czwartek, 31 marca 2016

Sok z buraka

Na przełomie zimy i wiosny brakuje nam witamin, mi dodatkowo stale brakuje żelaza.
Na wzmocnienie warto pić co dzień szklankę domowego soku z buraka. Sam burak ma średni smak, dla mnie znośny jest dzięki dodatkom - przeważnie sięgam po marchewkę, pietruszkę i jabłko.


 Mam zwyczajną sokowirówkę, która na szczęście nie jest zbyt skomplikowana w rozkładaniu i myciu.  


Z ilości warzyw ze zdjęcia wychodzą dwie pełne szklanki. Często robię podwójną porcję i przechowuję w lodówce na drugi dzień.


Burak to przede wszystkim doskonałe źródło kwasu foliowego, potasu, żelaza, witamin A, C i B.
Po kilku dniach regularnego picia gwarantowany jest odczuwalny przypływ energii :).

wtorek, 29 marca 2016

Pierwsza wizyta u stomatologa

Niedawno byliśmy z Adim po raz pierwszy u dentysty. Synek został poinformowany, że idziemy do pani, która obejrzy jego ząbki i sprawdzi, czy są zdrowe. Już wcześniej mówiliśmy mu, że czasem ząbki się psują, zwłaszcza gdy się ich nie myje, lub je się za dużo słodyczy. W myciu zębów bez protestów pomógł też widok babci, która przez kilka dni chodziła bez górnej jedynki. Adi powiedział, że babcia najwyraźniej nie myła ząbków i pani dentystka musiała jej ulepić nowego :).

Słyszałam od znajomych, że często już na tej pierwszej wizycie wykrywana jest jakaś dziurka i zalepiana od razu. Gotowa byłam uniknąć jakichkolwiek robót na tej pierwszej wizycie, gdyż sama mam straszne wspomnienia z dzieciństwa, związane z gabinetem dentystycznym. W dorosłym życiu jestem w nim częstym gościem wyłącznie ze strachu - częsta profilaktyka to mniej bólu. Stomatologa wybrałam starannie, rezygnowałam z tych, którzy kręcili nosem na małe dzieci.

Już na wejściu zapowiedziałam, że my pierwszy raz. Pani okazała się bardzo sympatyczna. Zaprosiła Adriana na magiczny fotel, który uniósł się do góry, po czym zapaliła magiczną lampę i pokazała synkowi lustereczko, za pomocą którego poogląda mu ząbki. Adi ładnie otworzył buzię i grzecznie siedział. Z ulgą usłyszałam, że ma ładne i zdrowe zęby. Pani pochwaliła, że widać nasz wkład w mycie zębów dziecka, bo rodzice często zrzucają winę za ubytki na dzieci, tłumacząc, że tak myją, bądź nie chcą myć. U nas Adi myje sam, po czym my po nim poprawiamy :).



Pierwszy ząbek pojawił się u Adriana, gdy miał 4,5 miesiąca. Zaczęło się mycie silikonową szczoteczką zakładaną na palec. To był dla mnie znak, że czas najwyższy pożegnać smoczek - udało się to w 6 miesiącu. Nie zasypiał z butlą, nie pił też słodkich soczków i herbatek.

Do drugich urodzin pojawiły się wszystkie zęby mleczne. Na początku używaliśmy past dla dzieci bez fluoru, po skończonym roczku - o zawartości fluoru 500 ppm, po trzecich urodzinach - z 1000 ppm. Ilość na szczoteczce to oczywiście odrobina. Od ponad pół roku Adi nauczył się płukać i wypluwać.

Najważniejsze, że dzięki profilaktyce od pierwszego ząbka, mycie zębów minimum 2 razy dziennie jest dla Adriana naturalne. Kolejna wizyta kontrolna - za pół roku.

poniedziałek, 28 marca 2016

Świątecznie

I wiosennie! W końcu! 

Ogródek dziadków wczoraj odwiedził zajączek. Adi go co prawda nie widział, ale jak mówi, coś go musiało wystraszyć, bo uciekając, pogubił po całym ogródku mnóstwo czekoladowych jajek. Synek  miał frajdę z szukania słodyczy po trawie (zwłaszcza po tym, jak pierwsze przypadkiem rozdeptał), ba, tak dobrze szukał, że znalazł nawet spychacz i 'karetkę pogotowie'! Ja nie wiem, co to za zajączek, co wyręcza Mikołaja. Adi od jakiegoś czasu ciągle powtarzał, że w kolekcji autek brakuje mu jeszcze karetki, mama powtarzała, że zbieramy na nią pieniążki w skarbonce przecież... Mama wyraziła zgodę na to, aby Adrianka odwiedził zajączek ze słodyczami, ale zajączek się nie posłuchał i  przyniósł też prezenty zabawkowe... Ponoć dziadek widział tego uciekającego zajączka... 
A karetka, oczywiście, jest na baterie. Mruga światłami i wydaje dźwięki, adekwatne dla karetki. Dziadek, tfu zajączek, na szczęście się zlitował i dźwięki są znośne dla ludzkiego ucha :).


Dziś natomiast zaliczyliśmy obowiązkowy spacer nad morzem - jak połowa naszego miasta i 90% znajomych z facebooka, o czym przekonałam się przed chwilą :).




sobota, 26 marca 2016

Wielka Sobota

Nasz kochany synek pozwolił nam dziś pospać dłużej. Dłużej nie oznacza wcale, że się wyspaliśmy. Nad ranem ze zdziwieniem odkryłam, że coś tu gorąco i mało miejsca... Patrzę, a to nasz szkrab do nas przyszedł, nawet nie wiem kiedy i leży rozwalony :).

Po wyprawie do Kościoła z koszyczkiem zajęłam stanowisko w kuchni. Chłopaki trochę mi pomagali, a później poszli na długi spacer. Upiekłam pięć ciast, w tym przepyszne babeczki z kremem cytrynowym i bezą. Plus jest taki, że po całym dniu wdychania i próbowania słodkości nie mam ochoty już na nic, nie obawiam się więc o jutro...


Pogoda dzisiaj dała już przedsmak wiosennej aury. Jeśli jutro też dopisze, zapowiada się szukanie czekoladowych jajek u dziadków w ogródku. 

piątek, 25 marca 2016

Przedświątecznie

Rozpoczęłam dziś pieczenie ciast, od babki i babeczek. W tym roku na mojej głowie zapewnienie atrakcji cukierniczych dla całej rodziny. Z tej okazji u dziecka uaktywnił się jakiegoś rodzaju skok rozwojowy, objawiający się wzmożonym jęczeniem o wszystko, 'chceniem' wszystkiego już, teraz, kompletnym brakiem współpracy przy standardowych codziennych czynnościach i ogólnym buntem, z głośnym wyciem co 5 minut i rzucaniem zabawkami przy każdej próbie sprzeciwu z naszej strony... Przy takim skoku to jutro zapewne będzie umiał mówić po chińsku... 

W przedszkolu za to dziecko zrobiło (zapewne z dużą pomocą pani) taką oto śliczną wielkanocną dekorację, którą następnie rodzic zmuszony był zakupić na kiermaszu, za kwotę 10zł. Dobrze wydane pieniądze :).


Żeby nie być gorszą, matka machnęła kilka styropianowych jajek.


I chociaż jeszcze wczoraj widok za oknem przypominał inne święta:


... to na moim parapecie już wiosennie:


 Zabezpieczyłam się też na najbliższe wieczory i mogę spać spokojnie :)

środa, 23 marca 2016

Tatą być

Odkąd urodził się Adi, z ust wielu koleżanek często słyszę zdania typu "ciesz się, że mąż ci się dzieckiem zajmuje", "ty to masz dobrze, że możesz go z nim zostawić", "dobrze, że pomaga ci przy dziecku".
Od mamy, babci, teściowej także słyszę, że powinnam być za to wdzięczna, bo one nie miały tak dobrze, bo kiedyś było inaczej. Bo czasy się zmieniły.

Zastanawia mnie, z czego wynika ta zmiana w postrzeganiu roli ojca. Czy stąd, że decyzję o byciu rodzicem w moim pokoleniu podejmujemy świadomie, będąc często w późniejszym wieku niż nasi rodzice kiedyś, że zazwyczaj jest to skrupulatnie planowane i wręcz 'wystarane'? Czy dlatego, że zmieniła się rola mężczyzny w związku w ogóle, bo zmieniła się także rola kobiety? Czy wreszcie jest to być może zasługa obecności ojca przy porodzie? Wszak uczestnicząc w nim, dostrzega zarówno kobiecy trud, jak i doświadcza cudu natury... Kiedyś dla mężczyzny dziecko po prostu pojawiało się w domu nagle, niczym królik z kapelusza... :)

Gdy ja byłam dzieckiem, tata pracował na dwa etaty, często wracał, gdy spałam, w weekend zaś odpoczywał. Mama miała dla nas czas zawsze, ale też chyba nie wymagała od taty większego zaangażowania w opiekę nad nami czy w obowiązki domowe w ogóle. Nie czułam, żeby mi czegoś brakowało, tak po prostu było i było to dla mnie naturalne. Być może dlatego dziś mam taki bliski kontakt z mamą. 

Zamieszkaliśmy z Tomkiem razem po kilku latach znajomości. Pierwsze kilka miesięcy były dość burzowym okresem dla nas obojga. T. spodziewał się, że na co dzień będzie tak jak dotychczas 'od święta' - wszystko zrobione, podane, trzeba tylko usiąść, zjeść i podziękować. W tamtym czasie studiowałam i pracowałam jednocześnie i nie wyobrażałam sobie, żebym wszystkim innym miała się zajmować sama. Nastąpił wypracowany podział obowiązków i nastały spokojne dni :). Tym bardziej więc dziwią mnie te wszystkie próby wyniesienia T. na piedestał z tego powodu, że zajmuje się własnym dzieckiem. Bo czy to coś nadzwyczajnego? Dziecko to nasza wspólna decyzja, wspólne oczekiwanie, wspólna radość i wspólne obowiązki.

Wiem, że i dziś są kobiety, które będąc w udanym związku, wychowanie dziecka biorą całkowicie na siebie. To kobieta wstaje w nocy, karmi, przewija, usypia. Męża nie budzi, bo przecież on chodzi do pracy, a ona na macierzyńskim ma wolne... Oboje wstają rano, mąż dostaje śniadanie i wychodzi. Żona spędza cały dzień z dzieckiem / dziećmi, w początkowych latach często nie mając chwili dla siebie, ogarnia pranie, sprzątanie, zakupy, gotowanie, itp. Mąż wraca, dostaje obiad podany pod nos i ma wolne... Często ma czas na kontynuowanie swojego hobby. Żona w pewnym momencie ma jednak dość codziennej rutyny i wtedy oczekuje od męża pomocy, zaczyna mieć pretensje, wymagania. A mąż zdziwiony, o co chodzi, przecież było dobrze?

Pod tym względem nigdy nie musiałam 'oczekiwać' i 'wymagać', mąż od początku zajmował się Adim w tak samo naturalny sposób, jak ja. W tamtym okresie prowadziłam swoją działalność gospodarczą, w zasadzie nie miałam macierzyńskiego. Razem nie przesypialiśmy nocy, razem wstawaliśmy. Dziecko zajęczało, on wstawał, przewijał, podawał mi do nakarmienia. Jeśli synek zasnął przy piersi, to go odkładałam, jeśli nie, mąż go nosił, dopóki nie zasnął... T. wychodził do pracy, ja zostawałam w domu z synkiem, ale też pracowałam. Uzupełnialiśmy się zarówno wtedy, jak i później, zamiennie wykonujemy wszystkie czynności opiekuńczo - pielęgnacyjne. Dzięki temu Adi ma tak samo silną więź emocjonalną ze mną, jak i z mężem. Oboje jesteśmy dla niego tak samo ważni. 

Bawimy się z nim w różny sposób, dostarczamy różnych pomysłów i atrakcji. Ze mną synek piecze ciasteczka, czyta książeczki, z tatą gra w piłkę i naprawia autka. Ja uczę go literek, T. nauczył go rozpoznawać wszystkie marki samochodów po znaczkach. Przykłady może nieco stereotypowe, ale cóż... Do dziś to T. częściej wstaje w nocy sprawdzić, czy Adi jest przykryty. Był czas, gdy synek budził się w nocy i wolał: "Tata! Przyjdź tu!". Mąż przychodził, a on mówił "Ja chcę do mamy, zanieś mnie" :). Oczywiście gdy tata robi coś, na co on nie ma ochoty, np. ubiera go rano, Adi mówi "Mama musi". Gdy mama daje śniadanie, Adi mówi "Tata musi". A gdy jedno czegoś zabrania, wtedy jest wołanie drugiego... Bądź babci, jeśli zabraniamy czegoś oboje :).

Nie jestem niezastąpiona tylko dlatego, że jestem matką i wcale nie jest mi z tym źle. Wręcz przeciwnie, obserwując moich chłopaków, każdego dnia doznaję wzruszeń. 


Na szczęście wśród znajomych i rodziny obserwuję coraz większą ilość 'zaangażowanych' ojców. Mężczyźni przestają być postrzegani jako "żywiciele rodziny" przede wszystkim, bo kobiety także spełniają się zawodowo. A nawet jeśli nie, to także potrzebują 'chwili dla siebie'.

Z drugiej strony też nie jestem w stanie zrozumieć sytuacji, gdy po rozpadzie związku, wraz z obowiązkiem alimentacyjnym ojciec dostaje przydział na spędzenie z dzieckiem jednego weekendu w miesiącu. A o każdy dodatkowy czas musi walczyć. Przecież ma do niego takie samo prawo, jak matka...

wtorek, 22 marca 2016

Z biblioteczki malucha

W naszej dziecięcej biblioteczce nowe nabytki. Adi uwielbia wierszyki :).



Przy okazji nie mogło tez zabraknąć kolejnego zeszytu z naklejkami.


poniedziałek, 21 marca 2016

"Everest" - o filmie

Zawsze lubiłam filmy i książki z motywem wspinaczki wysokogórskiej. Pewnie dlatego, że sama do śmiałków wędrujących po górach nie należę i najwyżej nad poziomem morza byłam rekreacyjnie na Śnieżce. Latem :). Jest jednak coś niesamowitego w tej pasji, której chociaż nie potrafię zrozumieć, to podziwiam. 
Dalsza część wpisu może zawierać spojlery.


 "Rok 1996. Podczas wspinaczki na najwyższy szczyt świata członkowie ekspedycji stawiają czoło potężnej burzy śnieżnej."
źródło

Oparty na prawdziwych wydarzeniach, ze wspaniałymi zdjęciami i muzyką film, w którym bohaterami jest cała grupa - każdy jest ważny i w zasadzie nie ma postaci nr 1. Wspinają się z różnych powodów, często poruszany jest motyw finansowy. Bohaterowie przedstawieni są jako zwykli ludzie, pragnący przezwyciężyć swoje słabości. Nie ma tu niezniszczalnych superbohaterów o nadludzkich możliwościach, nie ma szokujących, krwawych scen, przez co wspaniale ukazana została siła i bezwzględność gór - jeden podmuch wiatru i człowiek znika... W ciszy. 

Uderzyło mnie także coś, o czym wcześniej nie miałam pojęcia. Kolejki. Prawdziwe kolejki na Mount Everest, zbyt duża ilość grup próbujących zdobyć górę w tym samym czasie, czekanie na kilkustopniowym mrozie. Surrealizm.

Klimat filmu przypomniał mi tragedię na Broad Peak z 2013 roku, gdzie zginęło dwóch Polaków. Zapis ich ostatnich rozmów z bazą pozwala przypuszczać, co się wydarzyło - zbyt późne wejście na szczyt, opadnięcie z sił, przemarznięcie.  

Historia, która tkwi w głowie jeszcze kilka dni po obejrzeniu.  

niedziela, 20 marca 2016

Rzeżucha

Kojarzy się głównie z dekoracją wielkanocnych stołów. Tymczasem rzeżucha zawiera wiele cennych witamin: A, B, C, K, jest także źródłem wapnia, magnezu, fosforu, potasu, cynku i tak ważnego dla kobiet w ciąży jodu. Pobudza apetyt, ułatwia trawienie. Warto po nią sięgać przez cały rok.

Zazwyczaj sieję dwie paczuszki naraz.


Najpierw nasionka namaczamy w szklance wody przez 24h. Przez pierwsze 3 dni będzie wydzielać dość intensywny zapach, to zasługa olejków eterycznych, jakie zawiera.


Następnie wylewamy całość na talerz pokryty cienko watą. Uzupełniamy wodą, aby całość była wilgotna. Co dzień kropimy lekko wodą. Należy uważać na nadmiar wody, jeśli rzeżucha spleśnieje, trzeba będzie ją wyrzucić.


Rzeżucha po 3 dniach.


I po tygodniu. Rzeżucha ma wyrazisty, nieco ostry smak. Taką zjadamy w ciągu 3 dni - z każdym dniem robi się też bardziej ostra.


Używam ją do wszystkiego, zjadam z pomidorem, pokropioną cytryną, mężowi przemycam w  surówkach, dziecku drobno posiekaną w serkach i pastach kanapkowych.


Pamiętajmy o niej, nie tylko na wiosnę.

sobota, 19 marca 2016

Mus owocowy

Ten szybki deser robię zawsze, gdy rodzina żąda czegoś słodkiego, albo gdy mam nadmiar owoców. Truskawki póki co mrożone.

Składniki:
- kiwi
- banan
- truskawki
- jogurt naturalny
- płatki kukurydziane

Owoce zmiksować osobno, ułożyć warstwowo. Na górę położyć łyżkę jogurtu, posypać płatkami.


piątek, 18 marca 2016

Gillian Flynn - "Ostre przedmioty"

Po "Zaginionej dziewczynie" Gillian Flynn wiedziałam, że muszę sięgnąć po inne książki tej autorki.
W bibliotece trafiłam na jej debiutancką powieść - "Ostre przedmioty".


"Camille Preaker po krótkim pobycie w klinice psychiatrycznej wraca do pracy reporterki w „Daily Post” i otrzymuje i zlecenie na artykuł o tajemniczych zabójstwach dwóch małych dziewczynek w jej rodzinnym miasteczku. Z niechęcią wraca do wspaniałej wiktoriańskiej rezydencji, w której się wychowała, gdzie zaczyna ją prześladować wspomnienie tragedii z dzieciństwa. Stara się odkryć prawdę o brutalnych zbrodniach. Wszystkie tropy prowadzą jednak w ślepą uliczkę i zmuszają Camille do rozwikłania zagadki własnej przeszłości, której musi stawić czoło."

Wciągająca historia o nieco mrocznym klimacie, zwłaszcza jeśli czyta się ją w nocy, gdy reszta domowników śpi :). Interesujące spojrzenie na kobiety, ale także na słabości ludzkiej psychiki. Jedyny minus - nieco szybko nadchodzi zakończenie, niepotrzebnie też jest aż nadto streszczone. Niemniej ekranizacja mogłaby być świetna.

czwartek, 17 marca 2016

Czas na kiełki!

Moje ulubione kiełki uprawiam prawie cały rok.  Jednak wiosną zaczyna się szał, kiełki są dostępne wszędzie, w każdym markecie, na każdym straganie, do wyboru, do koloru! Zawsze wtedy robię wieeeelkie zapasy, żeby starczyło na jesień i zimę.

Wiosną są one najcenniejszym naturalnym źródłem witamin i minerałów, a także błonnika, białek i tłuszczy. Warto po nie sięgać w zastępstwie sztucznie pędzonych nowalijek.


























Niektóre rodzaje to pewniaki i ich uprawa udaje się zawsze (rzeżucha, lucerna, słonecznik, rzodkiewka), inne kiełkują o wiele słabiej, dłużej i rzadko je kupuję (brokuł, czerwona kapusta). Nigdy nie sięgam po kompozycje gotowe do spożycia, lubię obserwować cały proces rośnięcia, jest w tym jakaś magia :). 
Próbowałam różnych sposobów uprawy - na talerzu, na kiełkownicy, w słoiku, w woreczku, na sitku. Rzeżuchę i czasem rzodkiewkę sadzę tradycyjnie na talerzu - na wacie. Wszystko inne natomiast na zwykłym sitku, ułatwia to codziennie płukanie. Czas rośnięcia większości to 5 - 7 dni. Można je przechowywać w lodówce przez około tydzień, ja jednak najczęściej zjadam je w ciągu 3 dni od osiągnięcia ostatecznej fazy wzrostu. 

O uprawie i wartościach odżywczych poszczególnych rodzajów będzie w kolejnych wpisach.

środa, 16 marca 2016

Dlaczego warto czytać dzieciom?

Dlaczego warto zacząć czytać dzieciom już we wczesnym dzieciństwie? Ponieważ jest to najważniejszy okres życia, gdy zdrowe nawyki przyswajamy w naturalny sposób. W dorosłym życiu ciężko jest zakotwiczyć w sobie potrzebę czytania, potrzebę nieustającą, a wręcz pogłębiającą się z każdą kolejną książką. Właśnie dlatego spora część dorosłych ludzi nie czyta książek w ogóle - nie mają tego nawyku, nie czują potrzeby; jest to dla nich czynność męcząca, na której muszą się skupić. Wbrew ogólnie panującej opinii, często są to osoby bardzo inteligentne, odnoszące sukcesy, mające wiele ciekawych zainteresowań. Po prostu - nie czytają.

Ze swojego dzieciństwa pamiętam głos mamy czytającej nam co wieczór bajkę, a później codzienny rytuał zasypiania przy bajce puszczanej na kasecie magnetofonowej (uwielbiałam je!). Pamiętam widok babci czytającej w fotelu grubą powieść i dzień, w którym pierwszy raz poszłam z nią do prawdziwej, dużej biblioteki, aby się zapisać. Te emocje! :) Książki towarzyszyły mi zawsze i wszędzie, dzięki nim uczyłam się i odkrywałam świat.

Studia filologiczne pod względem czytelniczym były dla mnie trudnym czasem, ambiwalentnym uczuciowo. Ogromna ilość książek i publikacji do przeczytania 'na już' powodowała, że o wiele mniej czasu miałam na to, co chciałam czytać. Plusem jest, że wtedy niesamowicie podkręciłam u siebie tempo czytania.
Dziś należę do osób 'cierpiących' na coś, czego nazwę poznałam całkiem niedawno - abibliofobię ('strach przed tym, że nie będzie co czytać'). Jednym z najbardziej poprawiających mi humor widoków jest kupka książek czekających na półce na swoją kolej :). 

Synek codziennie widzi mnie z książką w ręku, często pyta co czytam, albo tez przybiega ze swoją książeczką, ogląda ją i opowiada, co się dzieje na poszczególnych stronach. Pomału zapamiętuje też literki (o tym będzie osobny wpis).

Zainteresował się książeczkami bardzo szybko. Jako, że pierwsze miesiące z nauką jedzenia były dla nas dość trudne, robiliśmy wszystko, by zjadł chociaż kilka łyżeczek nowości, także (niezbyt wychowawczo) odwracając jego uwagę. Gdy siedział już samodzielnie w krzesełku, kładłam przed nim książeczkę, pokazywałam zwierzątka itp., a łyżeczka lądowała w buzi :).


Na roczek Adi był w stanie pokazać paluszkiem większość rzeczy ze wszystkich swoich książeczek (gdzie jest kurka, gdzie jest kwiatek itp.). Pierwsze książeczki były z wierszykami i zamiłowanie do rymowanek zostało mu do dziś. Swoje ulubione zna na pamięć.



Książki niejednokrotnie nas uratowały - okazały się pomocne w odpieluchowaniu, pierwszych dniach w przedszkolu czy tłumaczeniu, dlaczego nie można jeść dużo słodyczy naraz :). Dzięki nim przetrwaliśmy niejedną daleką podróż samochodem czy długą kolejkę do lekarza.

Często, gdy chcę synkowi coś wytłumaczyć, opowiadam mu naprędce wymyśloną bajkę /historyjkę z odpowiednim morałem. Gdy bohaterem jest mały chłopiec imieniem Adi - każe sobie ją powtarzać kilka razy :). Cieszę się też, że gdy odbieram synka z przedszkola, często zastaję całą grupę na dywanie, zasłuchaną w czytaną przed panią bajkę. 


Kiedyś trafiłam na wywiad z Willem Smith'em, który nazwał czytanie jednym z 'kluczy do życia':
 
„Chcę coś powiedzieć i chcę abyście zapamiętali to do końca swojego życia. Słuchajcie uważnie. Daję Wam teraz klucz do życia. Klucz do życia to bieganie i czytanie. Mówię bardzo poważnie, klucz do życia to bieganie i czytanie.
Dlaczego bieganie? Gdy biegasz, jest tam jakiś mały człowieczek, który do Ciebie mówi. I ten mały człowieczek mówi: jestem taki zmęczony, zaraz wypluję swoje wnętrzności, tak bardzo cierpię, nie ma możliwości abym kontynuował. I chcesz się poddać, prawda? Jeśli nauczysz się jak pokonać ten głos podczas biegania, nauczysz się jak się nie poddawać gdy rzeczy stają się trudne w Twoim życiu. Bieganie, to jest pierwszy klucz do życia.
<Osoba, która pracuje najciężej, wygrywa>
Czytanie. Powód, dla którego czytanie jest takie ważne. Gdzieś tam były miliony, biliony i tryliony ludzi, którzy żyli przed nami wszystkimi. Nie istnieje żaden nowy problem, który mógłbyś mieć. Z rodzicami, ze szkołą, z chłopakiem, z czymkolwiek- nie ma problemu, który mógłbyś mieć, a którego ktoś wcześniej już nie rozwiązał i napisał o tym książkę.
Tak więc klucz do życia to bieganie i czytanie.”

Zgadzam się w 100%. 
Bo biegać też kocham :) . 

wtorek, 15 marca 2016

Inteligencja emocjonalna

Jak to się dzieje, że niektórzy ludzie potrafią doskonale nad sobą panować, nie tracąc zimnej krwi nawet w momentach stresowych, podczas gdy innych potrafi wyprowadzić z równowagi nawet drobnostka? Jednym dobry humor powraca po kwadransie od nieprzyjemnej sytuacji, inni będą ją przeżywać, martwić się i analizować kilka godzin, albo nawet dni... Jedni mogą mieć wysoki poziom IQ, w szkole same 5, a jednak funkcjonowanie w społeczeństwie sprawia im trudności. Inni natomiast, chociaż nigdy nie byli najlepsi w rywalizacji szkolnej, w dorosłym życiu osiągają sukcesy na wielu płaszczyznach.

Odpowiada za to szczególny rodzaj inteligencji - emocjonalnej. Definicja według Wikipedii:

------------------------------------

Inteligencja emocjonalna, inaczej EQ (ang. Emotional Intelligence Quotient; także EI – Emotional Intelligence) - kompetencje osobiste człowieka w rozumieniu zdolności rozpoznawania stanów emocjonalnych własnych oraz innych osób, jak też zdolności używania własnych emocji i radzenia sobie ze stanami emocjonalnymi innych osób.

------------------------------------

Tematem mojej pracy magisterskiej był "Świat ludzkich uczuć ukryty w polskich frazeologizmach". Ciekawiło mnie, dlaczego mówimy, iż nienawiść zżera nas od środka, czujemy przygniatający smutek, wzruszenie odbiera nam głos. W związkach frazeologicznych zapisaliśmy role emocji - personifikujemy je, one mają nad nami władzę, niczym realnie istniejące postaci. Tymczasem to nie one powinny nas kontrolować - to my powinniśmy kontrolować je. 
Aby to zrobić musimy nauczyć się słyszeć własne myśli.

Osobiście uważam się za osobę bardzo emocjonalną - często zastanawiam się co myślą / czują inni, jestem w stanie postawić się w ich sytuacji. Rozbudowana empatia bywa trudną zaletą, bardzo silnie odczuwam wzruszenie, współczucie. Kiedyś wystarczyło, że przypadkiem (podczas jedzenie kolacji) zobaczyłam fragment drastycznego filmiku o traktowaniu zwierząt w ubojniach, a mało nie zadławiłam się kanapką i przez dwa miesiące nie tknęłam mięsa. Po przeczytaniu książki z tragicznym zakończeniem rozmyślałam o niej przez kilka dni, podobnie jak po usłyszeniu w tv o czyjejś tragedii. Obecnie łatwiej jest mi odsuwać negatywne myśli, a w sytuacjach konfliktowych zachować zimną krew i porozumieć się z kimś negatywnie nastawionym. Nie jest to znieczulenie - jest to świadomość uczuć i ich akceptacja. 

Kiedyś w niekomfortowych dla mnie sytuacjach, gdy czułam jakieś zagrożenie, bardzo szybko zaczynałam reagować złością. Skupiałam się na uczuciu złości, poddawałam się mu. Tymczasem wystarczyło, że tylko raz rozłożyłam swoje emocje na czynniki pierwsze, a one zniknęły. Uświadomiłam sobie, że złość jest reakcją wtórną na strach, uświadomiłam sobie dalej czego konkretnie się boję, zaakceptowałam to - i przestałam się bać. To właśnie uświadomienie sobie faktu zaistnienia danej emocji powoduje, iż odseparowujemy się od niej, a w konsekwencji ona znika... Poznałam proces powstawania tych emocji we mnie i już nie mam z nimi większego problemu. 

Nad rozbudowaniem inteligencji emocjonalnej warto pracować, choć jest to niekończący się proces rozwoju osobistego. Świadomość własnych emocji, ale też emocji innych ludzi pozwala lepiej odnajdywać się w świecie relacji społecznych. Jeśli uświadomimy sobie, że nasze emocje negatywne wywołane zostały przez czyjeś negatywne emocje, będziemy w stanie zapanować nad nimi i wyciszyć je.

Posiadając rozwiniętą inteligencję emocjonalną mamy świadomość własnych ograniczeń, jednak nie skupiamy się na nich. Znamy swoją wartość, jednak mamy do siebie dystans. Uczymy się asertywności, nabywamy umiejętność neutralizowania ludzi toksycznych, a przy tym wszystkim potrafimy korzystać z siły emocji pozytywnych. Dzięki temu nadajemy swojemu życiu tempo, jakie nam odpowiada, nie tracąc przy tym czasu na destrukcyjne emocje negatywne, skracając czas ich trwania do minimum.

poniedziałek, 14 marca 2016

Sałatka z marchewki i pomidora

Ekspresowa przekąska, drugie śniadanie lub lunch.

Składniki:
- marchewka
- pomidor
- słonecznik
- siemię lniane
- szczypiorek
- starty ser żółty
- cytryna
- oliwa
- sól
- pieprz

Marchewkę obrać, obieraczką 'pociąć' w paseczki, pomidora pokroić. Posypać resztą składników, polać oliwą, skropić cytryną, doprawić do smaku. Ilość dodatków dowolna, co kto lubi :). Trzeba jednak pamiętać, aby nie przesadzić z ilością słoneczniku i siemienia lnianego - są bardzo zdrowe, ale i kaloryczne. Jeśli szykujemy porcję 'na wynos', w pudełko, radzę posolić dopiero bezpośrednio przed spożyciem, dzięki temu pomidory nie puszczą wody, a marchewka będzie chrupiąca.


niedziela, 13 marca 2016

Charlotte Link - zima pod znakiem kryminałów

Rzadko zdarza mi się czytać ciągiem kilka książek tego samego autora, ostatni raz miałam tak chyba z Cobenem. Po Charlotte Link sięgnęłam z polecenia bliskiej mi koleżanki i nie zawiodłam się. Ta niemiecka pisarka wydała bodajże 17 powieści sensacyjno - kryminalnych. W ekspresowym tempie połknęłam 10 z nich:

- Grzech aniołów
- Dom sióstr
- Wielbiciel
- Przerwane milczenie
- Nieproszony gość
- Drugie dziecko
- Echo winy
- Ostatni ślad
- Obserwator
- Gra cieni

Teraz na półce czeka Ciernista róża:


Polecam wielbicielom nieco zaplątanej fabuły, gdzie czytelnik trudzi się odgadnięciem tajemnicy do samego końca, a oczywiste tropy są bardzo mylące. Ogromnym plusem jest objętość książek, znaczna ich ilość ma 300 - 400 stron, a jedna z moich ulubionych prawie 700 (trzy wieczory z głowy!).

sobota, 12 marca 2016

Menu w przedszkolu

Wybierając przedszkole szczególną uwagę zwracałam na to, czy w budynku znajduje się kuchnia, czy zamawiany jest catering. Oczywiście druga opcja nie wchodziła w grę :).
Menu w przedszkolu mojego dziecka jest dla mnie więcej niż zadowalające, szczególnie w porównaniu z innymi przedszkolami. W dużym stopniu przypomina nasze domowe menu. Oto dania z jednego tygodnia:

-------------------------------------------------------------

poniedziałek

śniadanie I: baton z masłem, pasta z cieciorki z zieloną natką pietruszki, cebulką, bazylią, ziołami, papryka czerwona, żółta,  zupa mleczna: kasza manna z mlekiem 250ml 
śniadanie II: cocktail z jogurtu naturalnego z bananami 150ml,
obiad - zupa: pieczarkowa z makaronem pełnoziarnistym ze śmietaną 250 ml, pieczywo żytnie, słonecznik prażony 7g
obiad - II danie: nuggetsy (z piersi kurczaka ) 60g w cieście naleśnikowym z płatkami kukurydzianymi, ziemniaki z zielonym koperkiem 120g, surówka z marchwi, cytryny, ze śliwkami suszonymi, jabłkami 85g;  mięta z miodem, goździkami i cytryną 200ml 

wtorek

śniadanie I: stół szwedzki: chleb graham, żytni z masłem, szynkowa drobiowa z Hubarta 25g, ogórek świeży, roszponka, sałata, rzodkiewka, twarożek z miodem 12g, płatki kukurydziane Nestle z mlekiem 250ml
śniadanie II: melon 65g
obiad - zupa: zupa ogórkowa ze śmietaną, pieczywo żytnie, jabłko 65g
obiad - II danie: makaron pełnoziarnisty z jarzynami ( brokuł, fasolka szparagowa, marchewka, pomidory) 150g; herbatka ziołowa (rumiankowa) 200ml

środa

śniadanie I: chleb graham z masłem, pasta z jajka, szczypiorek, papryka czerwona, żółta, płatki żytnie z mlekiem
śniadanie II: gruszka 85g
obiad- zupa: brokułowo /szpinakowa 250ml, pieczywo żytnie
obiad - II danie: pałki drobiowe 70g z bazylią, z ryżem curry z zielonym koperkiem 100g, surówka: kapusta pekińska z marchewką, cytryną, słonecznikiem, kukurydzą 90g; mieszanka kompotowa 200ml, morele suszone 15g 

czwartek

śniadanie I: chleb pszenny z masłem, miodem pszczelim naturalnym, płatki pełnoziarniste owsiane z mlekiem, ze śliwka suszoną 250ml
śniadanie II: Actimel naturalny 1szt 100g, ciasteczka bez cukru 10g
obiad - zupa: krem z marchewki z pestkami dyni 200ml, pieczywo żytnie, mandarynka 1szt. 90g
obiad - II danie: klops pieczony z mięsa wieprzowo /drobiowego 55g z czosnkiem, majerankiem i ziołami prowansalskimi w sosie własnym, ziemniaki z zielonym koperkiem 120g, surówka: buraczki 90g; herbata ziołowa (rumianek, lipa ) 200ml 

piątek

śniadanie I: chleb razowy ze słonecznikiem z masłem, krakowska drobiowa 25g, pomidor, sałata, szczypiorek, zupa mleczna z kaszą jaglaną
śniadanie II: napój owocowy "smoothie " z mieszanych owoców z sokiem 100% z jabłek, 150ml ,
obiad - zupa: pomidorowa z ryżem i śmietaną, pieczywo żytnie z żurawiną 6g, migdały 8g
obiad - II danie: pulpety rybne z tuszek pstrąga 60g, ziemniaki z zielonym koperkiem 120g, surówka: ogórki kiszone z marchewką, cebulką, siemię lnianym, z oliwą 90g; mięta z cytryną 200ml

-----------------------------------------------------------

Muszę przyznać, że w kolejnych tygodniach dania rzadko się powtarzają. Bardzo pozytywne są dla mnie adnotacje co do jakości wyrobów - "budyń gotowany na mleku z malinami z laską wanilii (wyrób własny)", "gołąbki z kapusty włoskiej z ryżem, mięsem (karkówka)", "naleśniki (z mąki razowej)". Obiady na słodko czy produkty typu parówka zdarzają się, ale niezbyt często, zresztą mój syn i tak ich nie je (największe zdziwienie pań w przedszkolu - 'jak to możliwe, że pierogi ruskie zje, a naleśników z twarożkiem, bitą śmietaną i owocami nie tknie?').
Przedszkole nawiązało współpracę z gospodarstwami z okolic, dzięki temu produkty są regionalne - jaja z gospodarstw, miód z pasieki. Codziennie mam wgląd w jadłospis online, dzięki temu też wiem, czy zaraz po przedszkolu syn będzie chciał coś zjeść, czy nie.

Jedynym dla mnie minusem są cukierki i lizaki rozdawane dzieciom co jakiś czas 'na odchodne'. Po 1 sztuce i na szczęście nie co dzień, więc da się znieść :), aczkolwiek pierwszego cukierka - landrynkę czy lizaka (pokrojone nożem, bo nie wiedział, jak się do nich zabrać) synek zjadł właśnie po rozpoczęciu kariery przedszkolaka...


piątek, 11 marca 2016

Jak dbać o odporność małego dziecka?

Popularne jest twierdzenie, że dzieci chorują nawet do 10 razy w roku. Przez pierwsze 3 lata życia mojego dziecka bardzo mnie to twierdzenie dziwiło - raz miał zapalenie oskrzeli i może ze dwa razy lekki katar.

Gorzej zaczęła się nasza przygoda z przedszkolem - w ciągu dwóch pierwszych miesięcy syn trzykrotnie miał zapalenie ucha, a w konsekwencji brał antybiotyk. Po trzecim razie laryngolog przepisał także doustną szczepionkę odpornościową, aby zapobiec nawracającym zapaleniom ucha.

Zastanawiałam się nad rezygnacją z przedszkola, ale nasza pani doktor uświadomiła mi, że takie trudne początki z przedszkolem przechodzi prawie każde dziecko, że jak nie przejdzie tego teraz, to zabawa zacznie się na nowo w kolejnym roku, a chorując - także buduje swoją odporność. Poleciła utrzymywać zdrową dietę i stosować naturalne metody wzmacniania odporności.
Wszystko to stosuję u syna od momentu rozszerzania diety.


Dieta

Udało mi się karmić piersią przez 11 miesięcy. Rozszerzając dietę syna, przez pierwsze 1,5 roku bardzo restrykcyjnie przestrzegałam zasad zdrowego odżywiania, szerokim łukiem omijając produkty wysoko przetworzone, zawierające sztuczne dodatki. Od 2 urodzin zdarzają nam się odstępstwa, małe 'grzeszki', ale nie są one częste. Jesienią i zimą szczególnie zwracam uwagę na to, aby w naszym codziennym menu w zwiększonej ilości występowały sfermentowane produkty mleczne (jogurt, kefir, maślanka), kiszonki (zjadane bezpośrednio lub w postaci zup), duże ilości warzyw i owoców, świeżo wyciskane soki. I nie mam tu na myśli serka typu Danio czy plastra pomidora do kanapki.

Mój syn do dzisiaj je dwa dania obiadowe, z których jedno to warzywna zupa (bez kostki rosołowej). Często jestem pytana o to, czy chce mi się tak gotować po dwa dania. A no chce mi się, bo taka zupa to porcja warzyw i zdrowy posiłek, robi się praktycznie sama (jedna na dwa dni) i nie muszę wymyślać nic innego - jeśli by jej nie było, to syn i tak musiałby zjeść coś treściwego pomiędzy śniadaniem a obiadem. Od września 5 dni w tygodniu synek stołuje się w przedszkolu, mam więc więcej 'wolnego' :-).


Owoce i warzywa moje dziecko je różne - jeśli czegoś nie lubi, przemycam to w zmiksowanej zupie - kremie. Niezbędne dla niego są jedynie jabłka - zjada 1 lub 2 sztuki, każdego dnia. Sam o nie woła i bywało tak, że musiałam je chować, bo zjadłby i kilka naraz :-).

Przetwory mleczne kupuję naturalne i sama dodaję do nich owoce. Od czasu przedszkola zdarzy się jakiś Actimel czy słodzony serek, jednak rzadko. Na szczęście menu w przedszkolu jest dostosowane do obecnie panujących norm i nie mam do niego zastrzeżeń (będzie o tym osobny wpis).

Kwasy omega i zdrowe tłuszcze
Wiadomo - ryby (zwłaszcza morskie) minimum dwa razy w tygodniu. Do tego różnorodne oleje - używamy rzepakowego, kokosowego, lnianego i oliwy na co dzień, a co jakiś czas także ryżowego,   z pestek dyni, z pestek winogron.

Imbir
Od jesieni do wiosny dodaję gruby plaster imbiru do herbaty lub po prostu zalewam wrzątkiem, a po ostudzeniu dodaję odrobinę miodu i cytryny.

Czystek
Zdrowotne właściwości czystka stały się bardzo popularne w ostatnim czasie - i my pijemy napar z niego.

Miód
Na stałe w naszej kuchni, przed zimą jednak robię zapasy miodu w dużych litrowych słoikach - z bezpiecznego źródła, od pszczelarza z okolic.

Czosnek
Przemycam w potrawach, a przy pierwszych objawach przeziębienia robię synowi jego ulubioną grzankę z pomidorem i pod nim ukrywam świeży czosnek.

Staram się unikać wspomagaczy z apteki, sztucznych suplementów w słodkich syropkach. Regularnie podaję synkowi witaminę D, zimą także witaminę C, a podczas zachorowań dodatkowo probiotyki. Wiem jednak, że odpowiednio zbilansowana dieta zapewni dziecku wszystkie niezbędne witaminy i minerały. Aby uświadomić sobie, czy stosujemy taką dietę, wystarczy przez kilka dni spisywać to, co zjadamy. W podsumowaniu okaże się, jakich produktów jemy za mało, a jakie zjadamy zbyt często czy też zupełnie niepotrzebnie. 

Spacery

Synek urodził się w listopadzie - od początku spędzaliśmy na dworze minimum 2 godziny dziennie, nie licząc kilku dni, gdy było poniżej -5 stopni Celsjusza, aczkolwiek i wtedy wychodziliśmy na chwilę. Tegoroczna zima była dla nas najgorsza pod względem spacerowym, co także wydaje mi się być powodem zachorowań. Po przedszkolu robiło się ciemno, synek też zaczął być bardziej świadomy tego, że lepiej pobawić się w ciepłym domu i po chwili na dworze wołał "mama, ja chce do domku". Chętnie i na dłużej wychodził tylko wtedy, gdy spadł śnieg. Na szczęście wracają słoneczne dni - znów ciągnie go 'na rowerek' i 'na piłkę'.

 

Ważne jest także nieprzegrzewanie dziecka, ubieranie go stosownie do pogody i utrzymywanie właściwej temperatury w domu - optymalna dla nas to 21 stopni.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...