środa, 31 sierpnia 2016

Żegnaj lato

Lato 2016 zostanie przeze mnie zapamiętane na długo. Przede wszystkim dlatego, że czekaliśmy na nie wszyscy już od października zeszłego roku, kiedy to test ciążowy pokazał dwie kreski. Na częste pytania Adriana o to, kiedy pojawi się dzidzia, odpowiadaliśmy, że jak będzie lato. I lato przyszło, i pojawił się Maksym. 
Były to pierwsze wakacje Adriana, podczas których niesamowicie 'wydoroślał', zaskakiwał nas na każdym kroku, ale też dawał nieźle popalić :). Były to też pierwsze od czasów matury wakacje dla mnie, wolne od pracy zawodowej i przymusowej nauki.








 







Adi od jutra wraca do przedszkola, z czego wszyscy się cieszymy, na szczęście z głównym zainteresowanym włącznie. Cieszę się też na nadchodzącą jesień, którą uwielbiam. Byle tylko była złota. Na targu są już dynie!

sobota, 27 sierpnia 2016

Plażowanie

Korzystając z ostatnich w tym roku gorących dni lata pojechaliśmy na plażę. Odkąd mamy dzieci relaks na plaży relaksem zdecydowanie już nie jest. W drodze stres, czy wszystko wzięliśmy.
Rozpakowywanie się, namiot, ręczniki, dmuchanie basenu, napełnianie basenu (to mąż), karmienie, przebieranie, kamienie, przewijanie, karmienie (to ja). Dziecko starsze pielęgnuje w sobie lęk przed morzem i za nic do niego nie wejdzie, a jak mały był, to wchodził. W tym roku kupiliśmy mu większy basen i to  był nasz błąd, do małego potrzeba było mniejszą ilość wody. 

Ze strat i uszczerbków na zdrowiu - Adi podczas gry w piłkę sypnął sobie piaskiem w oczy. Płacz i wycie było takie, że pewnie go słyszeli na drugim molo. Przemywałam mu oczka zmoczonym ręcznikiem, aż tu nagle jak spod ziemi zjawiła się obok nas pani ratowniczka. Coś tam chciała zagadać do Adriana, ale on nie z takich, co to łatwo się uspokajają, więc panią olał. Pani zaproponowała, że przyniesie sól fizjologiczną do przemycia oczu. Adi jak to usłyszał, uspokoił się zanim pani zdążyła wrócić... Ziarenka piasku wypłukał łzami :). Natomiast zanim pani zdążyła odejść na dobre zaczął jęczeć, że jest głodny, a zjedliśmy już wszyscy swój przydział prowiantowy. W obawie przed tym, iż ktoś zaraz wezwie opiekę społeczną i z tekstem, że 'nie będziemy dziecka głodzić', mąż poszedł zakupić frytki w plażowej budce. Każdy powód jest dobry.

Podczas jego nieobecności siedziałam pod naszym półnamiotem z leżącym w foteliku Maksem, obok w basenie pluskał się Adi. Nagle słyszę głos jednego z trzech przechodzących obok fanów siłowni:
- Jaki ładny kolor czerwony...
I coś tam jeszcze. Poszli, zerkam wokoło, co też jest czerwone, no nic nie ma. Sięgając po telefon zobaczyłam swoje odbicie - szminkę miałam czerwoną... To dwójka dzieci nie odstrasza w tych czasach? :)

Z powrotem zbieraliśmy się dobrą godzinę, a to Maks ulał, a to zrobił niespodziankę w pieluchę, a to znów cyca wołał i tak w kółko. Jeszcze chwila, a trafiłby się nam zachód słońca. 

I ja również zaliczyłam uszczerbek na zdrowiu - wsiadając do auta nie zdążyłam schować nogi, drzwi poleciały i przytrzasnęłam sobie stopę, a że była w sandale, to teraz mam małego palca wielkości dużego i modlę się, żeby Altacet wystarczył.

Wróciliśmy do domu umordowani. Nie ma to jak relaks na plaży.






O książce jeszcze będzie, bo jest fascynująca i zasiliła moją domową biblioteczkę. 




piątek, 26 sierpnia 2016

Przeczekać czy wychować?

Wakacje dobiegają końca. Lipiec był wspaniały i zleciał migiem. Sierpień nieco dał nam w kość.
Adi zwyczajnie zaczął się nudzić, a ja nie mogę mu organizować każdej chwili - jest jeszcze Maksym. Wakacje to też czas luzu, mniej regularny plan dnia, całe dnie na dworze, późniejsze chodzenie spać.
I lody, lody, lody :). Niestety im więcej luzu, tym trudniej później egzekwować u dziecka cokolwiek. Adrian ogólnie jest grzeczny, jednak książkowo przechodzi wszystkie bunty. Obecny, czterolatka, objawia się niczym tsunami - niezbyt często na szczęście, ale znienacka i ciężko go powstrzymać. Czasami Adi nie chce zjeść obiadu, tylko dlatego, że coś mu się wizualnie nie podoba, bo jest w nie takiej formie, jak zazwyczaj, pomimo że wszystkie składniki jadł i lubi. Czasami nie chce myć głowy i żadne tłumaczenia nie pomagają. Nie chce sprzątać swoich zabawek, które zawalają cały pokój. Nie współpracuje, gdy musimy gdzieś iść 'na godzinę', czego efektem jest spóźnianie się. I niestety, ostatnimi czasy żąda słodkiego. Pradziadkowie, dziadkowie, tata, ciocia - każdy coś mu przynosi. Staram się ograniczać, ale wiadomo. W naszym domu nie ma słodyczy, bo ja ich po prostu nie kupuję. Jeśli są, to dlatego, że ktoś je przyniósł.
Niedawno też Adi przeszedł samego siebie - wylał do wanny wszystkie płyny, jakie stały na półce: szampon, żel pod prysznic, emulsję natłuszczającą Maksyma, żel do higieny intymnej, płyn do kąpieli... Zrobił to, pomimo że dzień wcześniej miał karę za wylanie jednego płynu.

Testujemy zatem kary na bajki, zabieranie zabawek, zakaz słodyczy za niezjedzony obiad itp. Trafił nam się uparty egzemplarz i sami uczymy się, jak z nim postępować.

Niestety, otoczenie nie pomaga. Z jednej strony, krytykuje się rodziców, których dzieci kładą się na podłodze w markecie i żądają zabawki. Padają teksty o bezstresowym wychowaniu, że powinno się dać takiemu klapsa, to by się nauczył. Z drugiej strony, gdy chcę, żeby Adrian stosował się do ustalonych przez nas zasad, niejednokrotnie słyszę: "daj mu spokój, to dziecko" - gdy chcę, żeby zachowywał się spokojnie w miejscu publicznym, "babcia ci kupi", gdy ja tego zabraniam, jednym słowem 'pozwól mu robić co chce', bo to taki wiek, taki etap, bo wyrośnie z tego, bo musisz przeczekać. Przeczekać? Co przeczekać, dzieciństwo? A ja myślałam, że muszę syna wychować, a nie przeczekać...

Idziemy w odwiedziny do cioci, Adrian jest tam po raz pierwszy. Ciocia stawia na stole miseczkę z ciastkami i lizakami. Adi zjadł jednego, sięga po drugiego. Są malutkie, ciocia mówi 'no daj mu', wyjątkowo pozwalam, ale zaznaczam, że to ostatni. Zjada i sięga po trzeciego. Nie pozwalam, odsuwam miseczkę. Adi zaczyna robić aferę z płaczem i rzucaniem się. Proszę ciocię o zabranie miski. Zabiera, ale słyszę, że przecież raz na jakiś czas może. Tylko że jest to niejednokrotnie raz od cioci, raz od babci, raz od dziadka, a to ja decyduję, ile słodyczy może zjeść. 

Proszę rodziców, żeby nie kupowali Adrianowi narazie żadnych zabawek, bo w wakacje dość już dostał i w zasadzie co chwila dostaje coś nowego, a ociąga się w sprzątaniu ich i odkładaniu na półkę, czego efektem jest wiecznie zawalona podłoga. Tymczasem - przy najbliższej okazji dziadek wręcza mu nowy tramwaj. 

Jadę do centrum handlowego z Adim i moją mamą. Po drodze tłumaczę Adrianowi, że wchodzimy tylko do dwóch sklepów, w konkretnym celu i nie kupujemy nic innego. Adi potakuje. Tymczasem moja mama kupuje mu loda, drugiego w tym dniu. Później dziecko nie chce zjeść kolacji.

Wszyscy inni są z Adrianem na chwilę i wydaje się im się, że mają prawo go rozpieszczać. Tylko nie powinni robić tego w sposób, który odbije się na nim negatywnie. Jeśli my - rodzice, mówimy jedno, a dziadkowie mówią drugie, dziecko dostaje sprzeczne komunikaty. Idąc do sklepu godzi się tylko pooglądać, w sklepie zaś robi aferę, bo on chce coś dostać, bo przecież ostatnio dostał. Dziecko musi znać granice, bo świat nie jest placem zabaw, na którym wszystko wolno. Dorastając w pełnej swobodzie dziecko narażone będzie na szok w zderzeniu z rzeczywistością pełną zasad, nakazów i ograniczeń.

Bardzo nie podoba mi się duch materializmu, w jakim niestety zaczyna dorastać moje dziecko. Zabawki są dla niego najważniejsze na świecie. Bawi się nimi bez ustanku, co oczywiście nie jest złe, ale też wychodzi z domu z jakąś zabawką w ręku i codziennie z inną śpi. Odkąd testujemy zabieranie jakiejś zabawki za karę, Adi przywiązuje się do nich jeszcze bardziej. Ostatnio, podczas czytania mu bajki na dobranoc usłyszałam "Mama, przesuń się trochę, żebym widział moje zabawki...". To otworzyło mi oczy - nie tego chciałam. Jak nauczyć dziecko, że ważne jest 'być', a nie 'mieć'? Że liczą się w życiu inne wartości? Jak ma zrozumieć, że coś jest wyjątkowe, skoro za chwilę dostaje kolejną rzecz? 90% zabawek, które ma moje dziecko to prezenty od rodziny. Od nas są te na urodziny i święta, bez okazji kupujemy właściwie tylko książeczki. Ja pamiętam większość moich zabawek z dzieciństwa. Czy jest szansa, że jakąkolwiek ze swoich Adi będzie wspominał z sentymentem, mając ich tak wiele? Jak rozbudzić w nim kreatywność w wymyślaniu zabaw, skoro z każdej strony zasypywany jest rzeczami, które świecą, grają i tańczą? Małe dziecko od pierwszych dni narażone jest na tak ogromną ilość bodźców, że nic dziwnego, iż później w zerówce czy pierwszej klasie ciężko jest mu usiedzieć w ławce na lekcji.

Rozmawiałam z mamą na temat tego, że przecież nam (mi i bratu) nie kupowali takiej ilości zabawek, jakie kupują Adrianowi. Mama na to, że kiedyś tego wszystkiego nie było. Zgadzam się, ale jednak były sklepy z zabawkami, tylko oni kupowali nam je w rozsądnych ilościach, nie widząc powodu, byśmy mieli mieć ich więcej. Ba, ja nie uważałam, że mi czegoś brakuje, doceniałam to, co miałam. Adrian natomiast ciągle mówi, czego to mu jeszcze brakuje, a dziadkowie marzenia wnuczka spełniają. Kilka razy w miesiącu. Dlaczego uważają, że wnuczek musi mieć więcej? Czy brak poczucia odpowiedzialności za wychowanie go (tym zajmują się przecież rodzice) wzmaga potrzebę rozpieszczania? Dlaczego nie potrafią realnie spojrzeć na to, że postępując wbrew zasadom, które dziecko już zna i do których się stosuje łatwo mogą go 'zepsuć'? I przecież chcąc nie chcąc w tym momencie też go wychowują, też uczą - pokazują mu, że może się do zasad nie stosować.

Parafrazując popularną ostatnio reklamę jakiegoś banku - moje dziecko, moje zasady. Czas więc chyba zacząć 'wychowywać' otoczenie, aby nie przeszkadzało nam być takimi rodzicami, jakimi chcemy być.

środa, 24 sierpnia 2016

Harlan Coben "Nieznajomy" - o książce

Niesamowicie ucieszyłam się, gdy podczas wizyty w bibliotece dostałam odłożoną specjalnie dla mnie najnowszą powieść Cobena. Zazwyczaj połykam takie w jeden wieczór, jednak z powodu pełnienia bardzo absorbującej czasowo funkcji matki karmiącej, tym razem zajęło mi to trzy wieczory. Coben mnie nie zawiódł i ponownie wciągnął w fascynującą fabułę.


Opis książki:
"Podczas spotkania rodziców dzieci grających w lidze lacrosse, ojciec dwóch nastoletnich synów, prawnik Adam Price,zostaje zaczepiony przez nieznajomego mężczyznę. Twierdzi on, że przed laty żona Adama, chcąc powstrzymać rozwój jego romansu, oszukała go udając, że jest w ciąży. Nieznajomy przekazuje Adamowi dowody świadczące o prawdziwości swoich słów. Kiedy zaszokowany Adam doprowadza do konfrontacji z żoną, ta początkowo obiecuje mu wyjaśnienia, lecz wkrótce znika bez śladu. "

Jak zwykle, autor pozwala nam zajrzeć do głowy głównego bohatera, którego idealne życie zostaje zburzone przez kilka zdań obcego mężczyzny. Ziarno wątpliwości zostaje zasiane i powoli kiełkuje, rujnując doszczętnie amerykański sen.
W bardzo wzruszający sposób Coben opisuje uczucia, jakimi rodzice obdarzają swoje dzieci, tą nierozerwalną nić łączącą rodzinę. Do czego bylibyśmy zdolni, by ją ochronić? Do czego jest zdolna kobieta, by zatrzymać mężczyznę? Czy kłamstwo zawsze niesie ze sobą nieodwracalne konsekwencje? 
Autor bardzo wnikliwie opisuje możliwości, jakie daje współczesny internet. Dzięki niemu obecnie można kupić naprawdę wszystko, zaspokoić każdą potrzebę, jednak nie istnieje w nim coś takiego, jak anonimowość.

Zakończenie nieco mnie przygnębiło, poniekąd dlatego, że nie cierpię niesprawiedliwości, jednak spodziewałam się go. I tu zabrakło mi tej 'niespodzianki', którą zazwyczaj zaskakiwał mnie Coben w swoich książkach. Mimo to przeczytać, polecam.

środa, 17 sierpnia 2016

Park Jurajski Łeba

W końcu udało nam się wybrać do Parku Jurajskiego w Łebie. Istnieje już od sześciu lat, godzinę drogi od nas, ale jakoś zawsze stało coś na przeszkodzie. Pojechaliśmy na dwa auta, z moimi rodzicami.
Bilet wstępu dla osoby dorosłej - 40zł, dziecko do lat 4 wchodzi za darmo.

Pogoda dopisała, było ciepło i słonecznie. Trochę obawiałam się takiej całodniowej wycieczki z Maksem, choć w razie czego rąk do noszenia było sporo, jednak Maks był dla nas łaskawy i dosłownie cały dzień przespał, z krótkimi przerwami na jedzenie. Świeże powietrze dobrze mu zrobiło.
Jako, że było święto, przypuszczam, że park odwiedziło mniej turystów niż zwykle. Do kasy nie było kolejki, a do atrakcji - kolejki umiarkowane. Można było spokojnie skorzystać z wszystkiego. Na zwiedzanie warto poświęcić cały dzień - nam to zajęło ponad 5 godzin, jednak odpuściliśmy sobie pole golfowe i kino 7d. 
Część parku to tereny wodne, bagniste, porośnięte dwumetrową trzciną. Spaceruje się po drewnianych kładkach, kamieniach, żwirze. Warto zabrać wygodne buty. Bez problemu jednak wszędzie można dostać się z wózkiem.


Cały park to przede wszystkim serki replik dinozaurów, i dużych, i małych. Szczególne wrażenie robiły oczywiście te największe.
 

Bardzo podobały mi się sztuczne (tak myślę) drzewa, tworzące klimat rodem z podwórka Flinstonów.



Wrażenie robiły także zacienione, roślinne tunele.



Po dwóch stawkach można pływać na rowerach wodnych, z czego skwapliwie skorzystaliśmy. Relaks na wodzie to jest to :).


W cenie biletu jest większość atrakcji, także spływ pontonem z czterech zjeżdżalni i to dowolną ilość razy. Na zdjęciu mój mąż :). Z mniejszej zjeżdżalni zjechał razem z Adim, niestety Adrian nie zagustował w tego rodzaju emocjach i zaraz po zjeździe się rozpłakał. Ewidentnie wdał się w tatusia, bo mnie w jego wieku nie można było wyciągnąć z Wesołego Miasteczka...


W jaskiniach i grotach można było podejrzeć scenki z życia naszych pradawnych przodów.


"Mama, a czemu ta Ziemia nie jest w kosmosie?" :)





Na terenie Parku znajduje się też mini zoo.


Cały teren to dość długa trasa do przejścia, pod koniec nasz prawie 4-latek narzekał, że 'on nie ma już siły dalej iść'. Jednak na końcu (a właściwie na początku, tylko my zostawiliśmy to sobie na koniec) był świetnie urządzony plac zabaw, na który jak się okazało siły się znalazły.


























Mini rowery wodne dla dzieci to świetny pomysł, koła boczne napędzane są ruchem rąk, dziecko tak jakby wiosłuje.





Kolorowa mapka prowadzi do wszystkich atrakcji, na niej też zaznaczone są punkty gastronomiczne i toalety. Co mi się bardzo podobało - zwłaszcza w tych ostatnich utrzymany był niesamowity porządek, wszędzie dostępny był papier toaletowy, mydło w płynie itp., co przy tej ilości turystów naprawdę jest dużym wyczynem. Punkty handlowe i gastronomiczne usytuowane są w przedniej części parku, dalej na skamieniałym wraku statku znajduje się kawiarenka - fajnie, że nie ma tam budek z lodami na każdym kroku. Chwali się też ogromna ilość ławek, nie miałam problemu ze znalezieniem miejsca do tego, by nakarmić synka piersią.

Polecam wycieczkę do dinoparku, jak mówi moje dziecko, gwarantowane wrażenia i relaks na łonie natury (wspaniałe tereny leśne) gwarantowane! A propos 'dinoparku', do obowiązkowego zaliczenia jest też przejazd dinopociągiem :).

wtorek, 9 sierpnia 2016

Drugie dziecko - większy luz

Eh, żeby człowiek wiedział 4 lata temu to, co wie teraz... 

Adrian nie miał kolek, a mimo to był raczej rozdartym niemowlakiem. Z nim zaznaliśmy prawdziwych, kompletnie nieprzespanych nocy, kiedy to nie spaliśmy oboje, na zmianę nosząc małego wyjca po domu, bujając go w rytm muzyki, i tak zastawał nas świt. Był bardzo wymagającym maluszkiem, długo płakał podczas kąpieli, przewijania, nie lubił być sam i po prostu leżeć. My byliśmy o wiele bardziej przewrażliwieni i to na wielu płaszczyznach. Moja mama do dziś wypomina mi zmienianie pampersa co 2 godziny, z zegarkiem w ręku, bez względu na to, czy był suchy czy mokry :). I ta wieczna niepewność, czy coś mu jest, czy boli go brzuszek, czy jest głodny, a może mam za mało mleka? Czy mu nie za ciepło, nie za zimno? Mistrzem w wymyślaniu coraz to nowszych teorii tłumaczących płacz Adriana był mój mąż, a hitem do dziś jest: "pewnie mu nie bardzo po tym nowym płynie do kąpieli z Biedronki!" 

Doświadczenie robi swoje - teraz jest zupełnie inaczej, do wszystkiego podchodzimy z większym luzem. Nie wiem, na ile z powodu naszej zdobytej już wiedzy, a na ile trafiło nam się spokojniejsze dziecko. Pewnie pół na pół, co nie zmienia faktu, że przy drugim dziecku wszystko jest łatwiejsze. 
Co prawda mijają dopiero 2 miesiące od pojawienia się na świecie Maksa, ale póki co nie mieliśmy ani jednej nieprzespanej nocki. Mały budzi się 2-3 razy na cyca i idzie dalej spać. Ze dwa razy trzeba było go nosić z godzinkę, bo był niespokojny z powodu bólu brzuszka, ale zapełniony po chwili pampers rozwiązywał sprawę. 
Mam w sobie więcej spokoju w kwestii karmienia piersią - przestałam nawet stosować 'dietę karmiącej matki'. Mały ładnie przybiera, nie ma wzdęć i kolek, więc bób króluje u mnie kilka razy w tygodniu (póki sezon!).
Maks potrafi też przez dłuższą chwilę poleżeć sam w łóżeczku. Dodatkowo mam teraz do pomocy Adriana - 'mama, ulało się!' :). Jak Adi był mały, musiałam co 10 sekund przerywać wykonywaną czynność i zaglądać do niego.

Teraz także nie trzęsiemy się już tak nad Adrianem - wszak duży z niego chłopak przy małym braciszku.

Oczywiście drugie dziecko także wiele zmienia - przede wszystkim czas niesamowicie przyspieszył. Trzeba ogarnąć dwójkę, jak jeden śpi - pobawić się z drugim, dwójkę wyszykować na spacer, wieczorem dwójkę wykąpać itp., jednak wewnętrznie jestem o wiele bardziej spokojna i cierpliwa. Cierpliwości uczy się też Adrian, często musi poczekać na coś, gdy karmię Maksa. Jest jednak wspaniały i bardzo opiekuńczy w stosunku do młodszego, a to miód na serce matki...


środa, 3 sierpnia 2016

O bezwstydnych matkach

Trafiłam dziś na ciekawy artykuł (link tu). W skrócie: kobieta chciała nakarmić swoje dziecko, będąc z rodziną na obiedzie w restauracji. Kelner zaprotestował i wskazał jej miejsce do nakarmienia tuż przy toalecie. Kobieta poczuła się dyskryminowana i wytoczyła restauracji proces.

I zapewne go wygra. 

Osobiście nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Serio? W dzisiejszym roznegliżowanym na każdym kroku świecie komuś przeszkadza tak naturalna rzecz jak karmienie piersią niemowlaka? 

Właściciel restauracji tłumaczy się, iż kelner działał na prośbę oburzonych klientów restauracji. Nawet jeśli tak było, to dlaczego kierował się osobistymi odczuciami zniesmaczonych ludzi, a nie dobrem małego dziecka i potrzebą natychmiastowego zaspokojenia głodnego brzuszka? Jeśli kogoś razi widok matki karmiącej dziecko, to proponuję wizytę u psychoanalityka, bo zapewne coś w jego procesie dojrzewania zostało zaburzone. A propozycja karmienia przy toalecie? Bez komentarza.

Pierwszego syna karmiłam przez 11 miesięcy. Pierwsze pół roku, gdy dziecko jest tylko i wyłącznie na piersi, nie musiałam zbyt często karmić w miejscach publicznych, zaledwie kilka razy. Była zima, wiosna, wszystkie wyjścia planowałam wcześniej, zazwyczaj też karmiłam w aucie. Później zaczęło się rozszerzanie diety, dłuższe przerwy od piersi, mogłam zabrać ze sobą jakieś chrupki czy soczek. 

Drugi syn urodził się w czerwcu, bardzo dużo czasu spędzamy na świeżym powietrzu. A dziecko karmi się na żądanie. Czyli zje, a za 10 minut znowu chce. Jakbym miała wracać do domu ze spaceru na każde karmienie, to chyba w ogóle bym z niego nie wychodziła, często więc zdarza mi się 'karmić publicznie'. I nie czuję się z tym komfortowo - zawsze wcześniej planuję dogodny ubiór, biorę ze sobą jakiś cardigan czy pieluszkę flanelową, siadam w miarę ustronnym miejscu, zasłaniam się wózkiem... Zapewniam, że nie widać mi nawet kawałka piersi. Jako matka powinnam nie mieć poczucia wstydu, wszak chodzi tu moje głodne dziecko, a jednak to poczucie mam i mimo wszystko wstydzę się. Niedawno byłam z Maksem na szczepieniu. Wiadomo, że zanoszące się od płaczu dziecko najłatwiej utulić przy piersi. W poczekalni dzieci zdrowych siedział jednak pan. Wzięłam krzesło, ustawiłam je przy oknie, tyłem do całego pomieszczenia i zaczęłam proces przystawiania krzyczącego dziecka. Spociłam się przy tym strasznie i zgrzałam z nerwów. Pan okazał się na tyle taktowny, że po prostu wstał i wyszedł na korytarz. Byłam mu za to ogromnie wdzięczna i mogłam w spokoju nakarmić synka.

Nie sądzę, żeby ta pani wystawiła na widok publiczny cały swój biust i zaczęła karmić. 
Ale nawet jeśli nie zachowała należytej dyskrecji, bo - litości, zazwyczaj ostatnie o czym myśli matka płaczącego niemowlaka to jej własna seksualność i uwaga innych ludzi - to kto każe takim wrażliwcom się gapić? Wystarczy odwrócić wzrok, to takie proste. Lub wyjść, skoro coś im każe patrzeć (i ponownie, udać się prosto do specjalisty). 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Opieka okołoporodowa

W związku z najnowszym raportem NIK dotyczącym opieki okołoporodowej w Polsce, zebrało mi się na refleksje na temat moich dwóch porodów.

Co mi się nie podobało:

Brak informacji o dostępnym zzo
Podczas pierwszego porodu w miarę narastania bólu dostałam paracetamol w kroplówce, a następnie gaz rozweselający. Gdy stwierdziłam, iż na mnie nie działa, pani położna powiedziała, że "niestety nic więcej nie ma i dziwne, bo na większość kobiet to działa". Oczywiście nie była to prawda, mogłam skorzystać jeszcze ze znieczulenia zewnątrzoponowego, o czym na szczęście wiedziałam i o nie poprosiłam. Co jednak, gdybym o nim nie wiedziała? Dodatkowo po podaniu zzo ciągle słyszałam, że spowolniło akcję, że przez nie skurcze są za rzadkie. Kolejny fałsz - za drugim razem po podaniu znieczulenia rozwarcie w pół godziny skoczyło z 4,5cm na 7, po kolejnej pół na 9. Położna przy drugim porodzie powiedziała, że zzo często przyspiesza wszystko, a za pierwszym razem po prostu w większości przypadków poród trwa dłużej.

Zaspany anestezjolog
Pan, który przyszedł podać mi zzo tuż nad ranem, zrobił to 'z wielką łaską', bo inaczej określić się tego nie da. Był wręcz niemiły, szarpał mną, próbując ustawić mnie w pozycji odpowiedniej do wkłucia i krytykował mnie kilkakrotnie, podczas gdy ja robiłam, co w mojej mocy.

"Poród boli"
To stwierdzenie przy pierwszym porodzie usłyszałam kilkadziesiąt razy i było ono wytłumaczeniem na wszystko. Owszem, boli, ale ból można zmniejszyć.

"Co to za skurcze!"
Patrząc na wykres ktg położne często dołowały mnie stwierdzeniem, iż moje skurcze są za słabe, pomimo podłączonej oksytocyny. Były stożkowe, podczas gdy powinny być trapezowe i regularne. Miałam wrażenie, że cierpię na darmo, że robię coś źle?! Nie jest to prawdą, o czym przekonałam się na drugim razem - urodziłam o wiele szybciej, na o wiele rzadszych, krótszych i nieregularnych wręcz skurczach. Przemiła położna, która wtedy mi towarzyszyła powiedziała, że zapis ktg nie zawsze oddaje siłę skurczy.

Naciskanie brodawek w celu sprawdzenia obecności mleka
Pierwsze krople siary po pierwszym porodzie pojawiły się u mnie na trzecią dobę. Tymczasem już od pierwszego dnia kilka razy dziennie położne i pielęgniarki ściskały mi brodawki, sprawdzając, czy poleci mleko. Dziś wiem, że było to zupełnie niepotrzebne, a przy tym bardzo bolesne. Niestety zaprotestowałam dopiero wówczas, gdy mleko zaczęło płynąć. 

Zasady szpitalne
W szpitalu, w którym rodziłam, ostatni posiłek - kolacja, podawany był o godzinie 16.
Do rana głodowałam :). 
Pomimo, iż byliśmy z synem w sali jednoosobowej, mąż nie mógł zostawać z nami na noc. Nawet na krześle, już nie mówię o organizowaniu łóżka. Matki muszą zostawać na noc same z dziećmi, co przy pierwszych ciężkich nocach bywa prawdziwym koszmarem, a mnie przy 9 dobach pobytu po porodzie z Adrianem mało co nie wpędziło w depresję. W szpitalu dużo płakałam i już myślałam, że mam baby bluesa, jednak po powrocie do domu wszystko minęło jak ręką odjął. 

Położne bez powołania.
Jak w każdym zawodzie zdarzają się osoby, które zawód wykonują, bo muszą. Trafiłam na kilka takich położnych. Szczególnie utkwiła mi w pamięci jedna. Byłam w szpitalu już jakiś tydzień, 6 rano, wchodzi położna. Była zima, zapala światło, budzi mnie. Krytykuje wygląd sali, torby leżące na podłodze, wodę i laktator stojący na parapecie i każe 'ogarnąć' przed obchodem. Ja na to, że przecież tu jest tylko jedna malutka szafeczka, gdzie mam to wszystko położyć, i że mąż 'ogarnie', jak przyjdzie. Ona na to: "A pani nie wstaje?". Ja: "Nie, dopiero co się położyłam, bo całą noc karmiłam piersią!". Zero taktu i wyczucia. 

Zamieszanie laktacyjne
Tylko niektóre położne miały jakąkolwiek wiedzę na temat laktacji. Jedne polecały karmić z nakładkami, inne kategorycznie je odradzały. Jedne mówiły o karmieniu na żądanie, nawet co chwilę, inne radziły odstęp minimum 1,5 godzinny, żeby dać odpocząć małemu brzuszkowi od ciągłego trawienia (co jest bujdą!). I dieta - dieta matki karmiącej. Przyznam się szczerze, że dopiero teraz wiem, że takie coś nie istnieje i nie ma potrzeby się ograniczać. Normalne, zdrowe odżywianie wystarczy, bo 'nie ma rurki łączącej żołądek mamy z piersią', a ewentualne gazy po potrawach wzdymających dokuczać mogą, ale matce, nie dziecku. Mleko produkuje się z tego, co przenika do krwi. 

Większość z tych rzeczy dotyczyła pierwszego porodu.

Co mi się podobało:

Szkoła rodzenia
W pierwszej ciąży chodziłam na zajęcia, które dały mi szeroką wiedzę na temat porodu i początków macierzyństwa.

Położne z powołania
Podczas porodu z Maksem trafiłam na wspaniałą położną, bardzo ciepłą i cierpliwą kobietę. Wiele nie wymagałam, miałam męża, wiedziałam, czego się spodziewać, a mimo to położna co chwila do mnie zaglądała, spędzała przy mnie dużo czasu, a w badaniu rozwarcia była bardzo delikatna. Mam porównanie do położnej z pierwszego porodu - niebo a ziemia. Cudowne były też młode położne i pielęgniarki, które po porodzie zaglądały do mnie kilka razy w środku nocy, słysząc płacz Adriana i pomagając przystawić dziecko do piersi.

Młodzi lekarze
Fantastyczne osoby, wykształceni młodzi ludzie, którzy traktują pacjentów bardzo jednostkowo, cierpliwie tłumaczą wszystko i odpowiadają na pytania. Należą do nich także pani anestezjolog i pielęgniarka anestezjologiczna, które zajmowały się mną za drugim razem. Rozweselały mnie, pomagały przyjąć pozycję w łagodny sposób, chwaliły moją czynność skurczową. 

Z perspektywy czasu rozumiem kobiety, które podczas porodu przeżywają taką traumę, iż nie decydują się na kolejną ciążę. Jeśli nie mają przy sobie osoby towarzyszącej, mogą się czuć osamotnione w bólu. Znajomej tuż po porodzie położna powiedziała, że jest za młoda na ciążę - znajoma miała 20 lat. Nie położne to oceniać i nikt nie powinien w ten sposób mówić do świeżo upieczonej mamy. Myślę,że to efekt tzw. 'ciepłej posadki' za państwowe pieniądze - założę się, że w prywatnym szpitalu nikt nie traktuje pacjentów w ten sposób. Widzę jednak różnicę na plus - cztery lata temu miałam styczność z kilkoma nietaktownymi położnymi, teraz zaledwie z jedną :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...