środa, 26 kwietnia 2017

Mini bezy

Mąż męczył mnie o coś słodkiego do kawy. Mini bezy robi się ekspresowo. 

 

Składniki:
- białka z 6 jaj,
- 200 g cukru pudru,
- szczypta soli.

Białka ubić ze szczyptą soli, aż będą sztywne. Dodać cukier puder - łyżka po łyżce. Powstały krem przełożyć do pistoletu, rękawa cukierniczego lub tutki z papieru i wycisnąć mini beziki. 
Piec około 45 minut w 160 stopniach. Powinny być lekko zarumienione i chrupiące z wierzchu.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Paczka od Bobovity

Dostałam paczuszkę od Bobovity, a w niej słoiczek marchewki z ziemniaczkami, opakowanie kaszki Porcja Zbóż oraz Poradnik żywienia małego dziecka.
Bezpłatne zamówienie na stronie Bobovity, wysyłają po 6 miesiącu życia dziecka.



poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Jedno czy więcej

Zawsze wiedzieliśmy, że chcemy mieć minimum dwójkę dzieci. Znamy co najmniej kilkoro jedynaków, na których negatywnie wpłynęło to, że nigdy z nikim nie musieli się dzielić. Wiem, że to nie reguła, że jedynak też może zostać dobrze wychowany, jednak oboje z mężem mamy rodzeństwo, znamy wszystkie plusy i minusy z jego posiadania.

Wiedzieliśmy też, że chcemy różnicę wieku powyżej 3 lat. Dziecko do tego wieku jest dość trudne (jakby potem miało być mniej trudne, he he...), wymaga bardzo dużo zainteresowania, ale także fizycznej opieki i ciągłego nadzoru. Maks urodził się, gdy Adi miał 3,5 roku, a w zasadzie od 4 urodzin u Adriana dokonał się niesamowity skok rozwojowy. Nie wiem, jaki wpływ na to miało pojawienie się Maksa, ale obstawiam, że ogromny. 

Adrian jako jedynak był tak zwanym rodzynkiem. Najmłodszy w rodzinie, rozpieszczany, miał wszystko, czego zapragnął i każdy był na jego zawołanie. Na dzidzię z brzuszka czekał z niecierpliwością i ku naszemu zdumieniu od razu zapałał do niej miłością wielką. Miał krótki moment buntu, związany z tym, że nagle musi na coś poczekać, bo mama karmi Maksa / usypia Maksa / przewija Maksa. W oswojeniu się z nową sytuacją na pewno pomogły wspólne wakacje, wolne od przedszkola.

Trudne jest dzielenie czasu na dwójkę dzieci. Często starszy chce się pobawić, gdy uśpię młodszego, jednak ja wtedy muszę ogarnąć dom, obiad. Ogromną pomocą dla mnie jest tu przedszkole, które Adrian uwielbia. On przez kilka godzin bawi się i uczy wśród kolegów, a ja mogę ten czas poświęcić tylko Maksowi. Z dwójką na stałe w domu byłoby mi o wiele trudniej. 

Obecnie Adi zaskakuje nas na każdym kroku. Zrobił się o wiele bardziej samodzielny, ale jest bardzo opiekuńczy w stosunku do Maksa. On najlepiej potrafi zająć czymś brata, gdy ten jest marudny. Czasem Maks jęczy nawet u mnie na rękach, sam nie wie czego chce, a wystarczy, że podejdzie Adi z tym swoim "Co Maksiu?" i już młodszy uśmiecha się od ucha do ucha. Ich wzajemnym przytulankom nie ma końca. Bardzo bałam się, że Adi będzie zazdrosny o brata, tymczasem póki co nic takiego się nie dzieje, wręcz jest bardzo wyrozumiały i cierpliwy.

Mnie zaś zaskakuje to, że Adrian, jako nadal jednak małe dziecko (choć już 4,5-letnie), jest w stanie mi pomóc przy drugim! Tego się nie spodziewałam. Pohuśta Maksa w huśtawce, pobawi się z nim na podłodze, powygłupia, rozbawi, przypilnuje, żeby nie otwierał szuflad... Maks naśladuje go na każdym kroku, już teraz bawi się autkami! Bierze takie i raczkując jeździ nim po podłodze, wydając dźwięki imitujące "brrruuumm", bo tak robi Adi. Fantastycznie bawią się razem w wannie, Adi wręcz nie mógł się doczekać chwili, kiedy Maks będzie już siedział i będzie mógł się z nim kąpać. Ja w końcu nie muszę się moczyć po łokcie w wodzie :).

Pod wieloma względami przy dwójce dzieci jest trudniej niż przy jednym (plac zabaw z dwójką to hardcore, nawet babcia wymięka), jednak jest też podwójna dawka śmiechu, szczęścia, radości i miłości. Serce rośnie, gdy widzę, jak się kochają i cudowna jest świadomość, że zawsze będą mieli siebie.


Jakbym była nieco młodsza, to może i zdecydowalibyśmy się na trzecie. Obecnie biznes raczej zamknięty - no chyba, że wygramy w Lotka! :)

środa, 19 kwietnia 2017

Poświąteczny detoks

Przez Święta udało nam się nie przytyć, ale jak to powiedział mój mąż dziś rano, grozi nam przytycie poświąteczne, na dojadaniu resztek. Czas więc powrócić do zdrowych nawyków i wspomóc trochę jakże ważny organ naszego ciała - jelita. Obstawiam, że większość z nas nagromadziła w nich zapas grzesznego jedzenia godny kilku cheat meal'ów razem wziętych. 

U nas nieco pomogła królowa minionych Świąt, jaką okrzyknięta po fakcie została przez nas śliwka węgierka! Jako, że noc z poniedziałku na wtorek spędziliśmy z Tomkiem wymieniając się w drodze do miejsca, gdzie król chodził piechotą, zaczęłam zastanawiać się, co też mogło nam zaszkodzić. 

Tymczasem nic nam nie zaszkodziło, a wręcz pomogło w pozbyciu się zapasów brzusznych. Uświadomiłam sobie, że na świątecznym stole był schab ze śliwką, karkówka nadziewana śliwką, do obiadu sos z wędzonych śliwek (!), a na deser jednym z ciast była... pijana śliwka (z nutellą i śliwkami moczonymi całą noc w wódce... śliwkowej...). Tak więc śliwka śliwkę śliwką poganiała i na efekty nie trzeba było długo czekać :).

A jakie są nasze sposoby na to, by poczuć się lżej?

Każdego wieczoru przygotowuję dwie szklanki z wrzątkiem. Gdy przestygnie, dodaję po pół łyżeczki miodu. Rano (ale po umyciu zębów, to bardzo ważne - pozbywamy się z ust bakterii nagromadzonych przez noc) podgrzewam lekko wodę z miodem i dodaję kilka kropel cytryny. Wypijamy to na czczo, śniadanie jemy pół godziny później.

Mój poświąteczny jadłospis wygląda tak. Na śniadanie nieśmiertelna owsianka - z mrożonymi owocami (zapas z lata):

Lub jogurt z domową konfiturą jagodową (smakuje dokładnie tak samo jak Fantazja z jagodami!):


Lub po prostu koktajl mleczno - owocowy z dodatkiem otrębów, gdy kompletnie nie mam czasu na kuchnię z rana:


Nie wyobrażam sobie wyjść z domu bez śniadania, a gdy muszę to zrobić bardzo wcześnie rano, zjadam chociaż kawałek banana, natomiast koktajl zabieram ze sobą:


Pamiętam o odpowiednim nawodnieniu. Rzadko czuję pragnienie, picie wody wynika u mnie bardziej ze zdrowego nawyku, niż z pragnienia. 
Jak wyrobić sobie taki nawyk? Przede wszystkim warto zapamiętać równanie:

1 szklanka kawy / czarnej herbaty = jedna szklanka wody

Każdą wypitą szklankę napoju bogów lub zwykłej czarnej herbaty uzupełniamy wypiciem szklanki czystej wody. Kawa i herbata wysuszają, wypicie wody zrównoważy bilans. 
Wychodząc z domu zawsze mam w torebce butelkę wody, która wielkością odpowiada czasowi, jaki będę poza domem. Biorę ją nawet, jeśli wychodzę na godzinę.


W domu zaś korzystam z butelek 1,5 litrowych i do końca dnia taką butelkę opróżniam. Do tego zielona herbata, czasem czystek, czasem kawa inka lub jakiś sok. 
Na obiad po świętach najlepszy jest rosół:


A na kolację - sałatka z rukoli z pomidorem, twarożkiem, szczypiorkiem, posypana słonecznikiem i czarnuszką, z sosem z oliwy i cytryny.

Pomiędzy posiłkami przegryzam przeważnie warzywa lub piję sok. Do tego szklanka Verdin Fix na noc i rano budzę się z płaskim brzuchem i dobrym samopoczuciem. Docelowo w dniu takiego 'detoksu' nie jem pieczywa, bo ono powoduje u mnie wzdęcia. Na co dzień go nie unikam, ale też nie przesadzam z jego ilością. 
Aby dowiedzieć się więcej o działaniu naszych jelit polecam zapoznanie się z książką Gulii Enders "Historia wewnętrzna" - tytuł odeśle Was do notki o niej. 

Powodzenia w zrzucaniu poświątecznych kilogramów ;).

wtorek, 18 kwietnia 2017

Krem do rąk Bielenda - testowanie

Jednym z kosmetycznych hitów kończącej się zimy jest u mnie krem - Kompres nawilżający do rąk firmy Bielenda. 

Kontakt ze środkami czystości bez rękawiczek (niestety zdarza mi się ich nie założyć), ręczne pranie delikatnych rzeczy, zmywanie naczyń, a przede wszystkim częste i dokładne mycie rąk przy opiece nad niemowlęciem sprawiają, że moje dłonie bardzo często są przesuszone. Raz na jakiś czas poświęcam im kwadrans i nakładam na nie papkę z rozgniecionego ugotowanego ziemniaka z dodatkiem podgrzanej oliwy i zawijam w folię. Na co dzień jednak nie mam na to czasu, a zwykłe kremy do rąk dawały ulgę jedynie na chwilę. Przeważnie więc musiałam ich używać po każdym umyciu rąk, co też było problematyczne. 

Krem kompres Bielendy okazał się zaskoczeniem - nie tylko przynosi natychmiastową ulgę i ekspresowo się wchłania, ale także zostawia na skórze delikatną powłokę (ale nie jest tłusty), która nie znika po pierwszym kontakcie z wodą. 

Doskonale sprawdził się u mnie także na suche skórki wokół paznokci. Zazwyczaj po zmyciu lakieru musiałam potraktować skórki oliwką i przez kilka minut nic nie dotykać, aby oliwka się wchłonęła. Krem nawilżył te miejsca błyskawicznie i pozwolił mi oszczędzić czas. Także nazwa 'krem kompres' to nie jest tylko chwyt reklamowy, a najprawdziwsza prawda ;). Krem działa właśnie jak nawilżający kompres. 

Jego działanie wypróbowałam także na dłoniach mojego męża - jak wiadomo dłonie mężczyzny to znacznie cięższy kaliber (zwłaszcza takie lubiące poszperać pod maską samochodu), nie spodziewałam się więc widocznych efektów po pierwszym użyciu. Tymczasem miło się zaskoczyłam - skóra na dłoniach Tomka odzyskała zdrowy wygląd już po chwili od użycia. 

Krem pachnie rewelacyjnie, choć na tyle delikatnie, że nawet facet nie protestował przed wypróbowaniem go, a ja nie boję się używać go przy moim maluszku. Jest też bardzo wydajny - używany od ponad miesiąca, a w opakowaniu została jeszcze jakaś 1/4.

Polecam!

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Świątecznie

W pierwszy dzień Świąt pogoda nam dopisała i udał się świąteczny spacer. Zajączek przyniósł Adrianowi co nieco, w tym bańki, z których największą frajdę miała mama :).



Jestem w trakcie fascynującej książki Janusza Korczaka, 
której pierwsze wydanie przypadło na 1918 rok! A treść nadal aktualna. 
Rzeżucha na desce rozdzielczej nie należy do stałego wystroju wnętrza auta, jechała z nami w gości.



Hitem świątecznym wśród ciast jakie piekłam (pięć rodzajów) 
okazała się bezglutenowa babka piaskowa:

Zaś rozczarował mnie mazurek kajmakowy. Piekłam go po raz pierwszy, a to po prostu kruche ciasto z masą kajmakową. Nie wiem czemu mazurki zawsze kojarzyły mi się z jakimś bardzo pracochłonnym ciastem?








Zrobiliśmy sobie z mężem przerwę świąteczną w bieganiu. 
Coś czuję, że jutro bolesny będzie każdy kilometr :).

sobota, 15 kwietnia 2017

Zdrowych i rodzinnych...

Świąt Wam życzę :). 
Chociaż pogoda nie rozpieszcza, oby udało się wybrać choć na krótki spacer w przerwie od jedzenia. Doceńmy chwile w rodzinnym gronie, zwłaszcza tym widzianym kilka razy w roku.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...