piątek, 15 września 2017

Wspomnienie lata

Rok temu o tej porze roku kąpaliśmy się w morzu, a dziś 15 stopni i chłodno w jesiennej kurtce. Sezon na zimne stopy i dłonie uważam za otwarty, na parapecie stoi dynia, a nawet kaloryfery zaczęły się robić już ciepłe... ale póki co - nasze wspomnienia z lata:







Całe szczęście zrobiłam w zamrażarce zapas truskawek!








Czas przygotować się na pół roku zimna. Mam nadzieję, że jesień będzie złota!

niedziela, 10 września 2017

Masz dziecko? Siedź w domu

Trafiłam niedawno na artykuł o ojcu, którego z dwójką dzieci wyprosił z autobusu kierowca. Wyprosił, bo dzieci były niegrzeczne.

Już sama sytuacja jest dla mnie niewyobrażalna i nie powiem, jakie słowa cisną mi się na usta, na myśl o tym kierowcy. Ciekawe, czy w ten sam sposób wyprasza grupki rzucających mięsem chłystków.

Ale włos zjeżył mi się na głowie dopiero po zajrzeniu w komentarze - 90% z nich popierała kierowcę. To, jakie epitety leciały w stronę ojca i dzieci, to przechodzi ludzkie pojęcie. 
W jakich czasach przyszło mi wychowywać dzieci?

W czasach, gdy zachęca się młodych do prokreacji i zakładania rodzin, z obawy przed tym, że nie będzie komu pracować na emerytury, a jednocześnie spycha ich na margines, każąc zamknąć się z dzieckiem w domu, nie karmić piersią w miejscach publicznych (chyba, że w to w toalecie), nie chodzić do restauracji, nie jeździć autobusem, pociągiem, nie latać samolotem, a jeśli już, to wszędzie trzymać dziecko na krótkiej smyczy, z buzią zaklejoną plastrem. Dorosły może sobie rzucić k..., dziecko nie ma prawa płakać czy się złościć.

To czasy, gdy nie zauważa się kobiet w ciąży, nie przepuszcza ich w kolejce do kasy w sklepie, nie ustępuje im miejsca w tramwaju, odmawia skorzystania z toalety w restauracji, bo jest tylko dla klientów! 

Gdy każdy ocenia nasze metody wychowawcze, choć niejednokrotnie sam nie ma dzieci i nie ma zielonego o  nich pojęcia. Gdy krytykuje się matki za długie karmienie piersią (co to kogo obchodzi!), za siedzenie w domu (a miejsc w żłobkach i przedszkolach jak na lekarstwo), za brak czapeczki czy za zbyt głośne mówienie do dziecka w sklepie (autentyk!). 

Gdy kobiety dostają wypowiedzenie z pracy tuż po powrocie z macierzyńskiego lub dlatego, że zbyt często biorą l4 na chore dziecko.

Gdy młode mamy nazywa się 'madkami', a dzieci mianem "500+". Gdy brak kultury i nieuprzejmość tłumaczy się roszczeniową postawą matek i ojców. Idą tacy z dzieckiem, z wózkiem do ludzi i mają czelność oczekiwać zrozumienia! 

Na szczęście są na świecie także ludzie normalni - dobrzy, pomocni i zauważający drugiego człowieka. Jakiś czas temu sama takiego spotkałam w osiedlowym sklepie (klik) i spotykam się na co dzień z miłymi gestami w stosunku do moich synów.

A wszyscy bezdzietni, krytykujący rodziców, nietolerujący dzieci i odmawiający im prawa do korzystania z przestrzeni publicznej zapominają, że kiedyś będą ponownie jak te dzieci właśnie - wymagający opieki, nieporadni, bezsilni, a nader wszystko samotni i pragnący kontaktu z drugim człowiekiem. Oby mieli szansę trafić na opiekunów, którzy są dobrymi ludźmi, bo kiedyś rodzice nauczyli ich empatii i szacunku do drugiego człowieka. 

niedziela, 3 września 2017

W trasie z dziećmi

Gdy urodził się Adrian, trasę 500km pokonywaliśmy kilka razy w roku, zaczynając od momentu, gdy miał 4.5 miesiąca. Synek uwielbia jeździć autem, do dziś zasypia w nim podczas jazdy dłuższej niż pół godziny. Ba, z nim potrafiliśmy jeździć autem po okolicy, gdy był mały, żeby tylko zasnął, bo jedynie w aucie się nie darł :). Zatem nie było żadnych problemów nawet w dłuższej trasie. Początkowo jeździliśmy nocą, a od jego 2 urodzin już w dzień. Turysta idealny.

Niedawno jechaliśmy do Koszalina - godzinka od nas. Wyjechaliśmy o 10 rano, w porze drzemki Maksa. Adi zasnął po kwadransie jazdy, a Maks dopiero przed samym dotarciem do celu.
Bo Maks zapalonym podróżnikiem niestety nie jest. W aucie drze się od pierwszej jazdy, rzadko w nim zasypia, nie da się go zabawić niczym dłużej niż 5 minut. Początkowo myślałam, że to wina ulewania, które męczyło nas do 8 miesiąca, jednak ulewanie się skończyło, a darcie japy (dosłownie) w aucie nie. Głównie dlatego nie wybraliśmy się w dłuższą trasę od narodzin Maksa.

Dygresja. W ciąży z Adim w samochodzie czułam się świetnie, dużo jeździliśmy po Polsce, prowadziłam wtedy firmę i służbowo jeździłam sama w trasy do 60km. Z Maksem jazdy autem nie cierpiałam, przeszkadzało mi wszystko i czułam się, jakbym miała chorobę lokomocyjną. Trasa przez Polskę to była męka, a z dużym brzuszkiem nie lubiłam już jeździć sama. Może dlatego chłopcy pod tym względem są tak różni?

W drugiej połowie sierpnia zdecydowaliśmy się wybrać w końcu do rodzinnej miejscowości męża, 500km w jedną stronę. Zastanawialiśmy się od której strony ugryźć temat - o jakiej porze wyruszyć. Nie wchodziła w grę podróż całodniowa. Wiedziałam, że średnio 8 godzin w ciągu dnia to dzieci w aucie nie wysiedzą. 

Kusiła nas podróż nocna, z wyjazdem na porę spania dzieci, jednak szybko z niej zrezygnowaliśmy. Maks nadal budzi się w nocy i potrafi zrobić niezły cyrk, a ukoi się tylko przytulaniem i ponownym zaśnięciem na rękach, a właściwie na nas. Wolałam nie ryzykować jego pobudki w środku nocy i stawania gdzieś przy drodze lub pilnego szukania stacji benzynowej, w celu spędzenia na niej czasu odpowiedniego do uśpienia Maksa oraz próby odłożenia go do fotelika... Każda godzinka na postoju to godzinka dłużej w trasie... Zaważyło też to, że przy dwójce dzieci chodzimy notorycznie zmęczeni i niewyspani, nie dla nas więc już jazda całonocna.

Rozważaliśmy wyjazd późnym popołudniem, powiedzmy 16-17, ale też z niego zrezygnowaliśmy. Maks już nie ma drugiej drzemki, dzięki czemu zasypia dość szybko wieczorem - bałam się, że jednak zaśnie na kilka popołudniowych godzin, a obudzi się na dobre po zmroku - o spokojnej jeździe wtedy nie byłoby mowy. 

Wybraliśmy wyjazd późnonocny, albo jak kto woli, wczesnoporanny :). Mieliśmy wszystko tak poszykowane, żeby tylko wstać, umyć się, ubrać, zrobić kawę i wyruszyć. Auto zapakowaliśmy już wieczorem (pakowanie dzieci na tydzień to koszmar, zabraliśmy pół domu....). Adi z wrażenia nie mógł zasnąć, co chwilę pytał, czy zaraz go obudzę. Wyruszyliśmy punkt 4 rano. Dzięki temu mieliśmy zapewnione pierwsze 3 godziny w ciszy - dzieci spały do 7. Gdy się obudziły, zrobiliśmy pierwszy postój, podczas którego zjedliśmy śniadanie, a Maks wypił mleko. Tydzień przed trasą zakończyliśmy karmienie piersią, miałam więc ze sobą termos z gorącą wodą i mleko modyfikowane, które synek pije teraz rano i wieczorem. 

Przeważnie wybieramy stacje Orlen, ponieważ na większości są przewijaki dla dzieci i toalety utrzymane na bardzo wysokim poziomie czystości. No i mają pyszną kawę. 

Dzieci zjadły naszykowaną wieczorem w słoiczki owsiankę na wodzie z jogurtem, bakaliami i bananem.

Wydawało mi się, że szybko się uwinęliśmy, ale gdy wsiedliśmy ponownie do samochodu, okazało się, że zajęło nam to 45 minut. Zdecydowanie za długo. Biorąc pod uwagę ilość postojów, do jakiej mieliśmy być zmuszeni w dalszej drodze, cała trasa mogła się przez to wydłużyć nawet o kilka godzin. Na kolejnych postojach więc streszczaliśmy się maksymalnie. 

Zazwyczaj po wstaniu Maks ma 3 godziny aktywności przed drzemką. W aucie, z racji ograniczonych ruchów, udał się na drzemkę już po dwóch godzinach, podczas których trochę udało mi się go zabawiać, trochę pomogły chrupki kukurydziane, a trochę też niestety marudził. Kolejny krótki postój i poszedł spać na prawie dwie godziny. Na drzemkę udał się też Adi :). 
Gdy dzieci się obudziły, zrobiliśmy trzeci postój i drugie śniadanie. 

I potem zaczęła się rzeźnia. Maks miał już dość jazdy, nie pomagało nic. W jednej chwili potrafił rozryczeć się kompletnie, zgrzać i zapowietrzyć. Robiliśmy więc kilka nagłych i bardzo krótkich postojów, żeby wyjąć go na chwilę, sprawdzić pieluszkę, poprawić, bo może go coś uwiera. Dlatego też wybraliśmy trasę drogami krajowymi, a jedynie kawałek ekspresówką i autostradą, by w razie czego móc się wszędzie zatrzymać. Nie wchodziło w grę wypięcie Maksa z fotelika podczas jazdy, ale możliwość szybkiego zatrzymania się była konieczna.

Męczyliśmy się wszyscy. Nie zmienialiśmy się za kierownicą, jak zwykle, bo mi nieco łatwiej jest zabawiać synka. Dobrze też pod tym względem spisał się Adi - on fantastycznie potrafi rozbawić braciszka. Adrian w pewnym momencie jednak odmówił współpracy i też zrobił się marudny, dostał więc tablet i zajął się nim na dobrą godzinę. Potem też już miał dość. Gdy zostało ostatnie 100km, nasze wyczerpanie i płacz Maksa o różnym natężeniu sprawił, że byłam u kresu. Wtedy włączyłam głośniejszą muzykę i zaczęłam śpiewać, przekrzykując ryczącego Maksa. Mąż się do mnie przyłączył i o dziwo... Maks przestał płakać. Gdy piosenka dobiegła końca, zaczął się znowu głośny ryk. Włączyłam więc następny utwór i znów, gdy my głośno śpiewaliśmy, on nie płakał i tylko się patrzył. Prześpiewaliśmy tak całą płytę. Gdy byliśmy już całkiem blisko, mały dostał nawet zakazany telefon i powerbank :). Tonący brzytwy się chwyta. I to dosłownie, bo Maksowi telefon nie służy bynajmniej do oglądania czegokolwiek na nim, a do obgryzania i rzucania nim...

Po dotarciu na miejsce my dorośli byliśmy jak przeciągnięci przez pustynię, za to dzieci odzyskały 200% energii. Ciężko za nimi nadążyć :). Trasę, którą pokonywaliśmy czasem w 7 godzin, tym razem zrobiliśmy w 9.

Gdy na drugi dzień wsadzaliśmy dzieci do auta z zamiarem pojechania do sklepu, Adi zapytał z przestrachem:
- Ale nie jedziemy daleko?
A Maks zaczął ryczeć jak tylko mąż zaczął wsadzać go w fotelik :). Taka trauma podróżna.

Drogę powrotną zaczęliśmy od tej samej godziny, tym razem jednak zrezygnowaliśmy nawet z tego kawałka ekpresówki i autostrady pod Poznaniem - przy wjeździe na nią widzieliśmy zakręcający długi korek (godziny porannego szczytu), a Adi wołał już o toaletę. I dobrze zrobiliśmy - na autostradzie stalibyśmy w niezłym korku,  a tak, jadąc jakimiś bocznymi drogami, oszczędziliśmy nawet 20km.

Po drodze zatrzymaliśmy się za pilną potrzebą dzieci na jakiejś stacji, której nazwy nie pamiętam. Wchodzimy, a tam karteczka "toaleta nieczynna". Podchodzę do pana w kasie i pytam:
- Obie nieczynne? Przewijak też? Jesteśmy z małym dzieckiem. 
Pracownik zrobił skruszoną minę i mówi:
- Raczej tak, jeszcze zapytam kierowniczki.
I zniknął na zapleczu, po czym po powrocie rzekł:
- Niestety tak. 
Wyszliśmy wkurzeni, zapakowaliśmy dzieci w auto i ruszyliśmy dalej. Maks oczywiście po tak krótkim postoju od razu urządzał rzeźnię. Tuż obok na szczęście pojawił się Orlen. 

W drodze powrotnej Maksym jakimś cudem poza spaniem od 4 do 7 miał jeszcze dwie drzemki po ponad godzinę, w tym zasnął jakieś 80km przed domem i spał prawie do samego Słupska - więc pomimo tego, że jechaliśmy 9,5 godziny, byliśmy mniej zmęczeni. Słuchanie płaczu dziecka, gdy tak naprawdę niewiele można zrobić, by go ukoić, jest bardzo obciążające. Jednak wiedzieliśmy już, czego się spodziewać i byliśmy na płacz Maksa przygotowani także psychicznie. On też może minimalnie mniej płakał w drodze powrotnej - chyba zaczął rozumieć, że nie ma wyjścia, musimy jechać dalej.

Pewnie łatwiej będzie, gdy już będzie można go bardziej zabawić książeczkami czy nawet bajkami na tablecie. Póki co, synek jest tak ruchliwym dzieckiem, że inne dłuższe wojaże sobie odpuszczamy, to nie na nasze nerwy :).

czwartek, 31 sierpnia 2017

Podsumowanie sierpnia

I tak oto dobrnęliśmy do końca wakacji. Były one bardzo aktywne, jako że realizowaliśmy listę wakacyjnych celów, z której to udało się nam odhaczyć prawie wszystkie pozycje. Dwie lub trzy z nich zostawiamy sobie jeszcze na ciepłe wrześniowe dni. 
Kolejny raz utwierdziłam się w tym, że dobrze robię, zostawiając Adriana na lato w domu i dając mu odpoczynek od przedszkola. Bynajmniej jednak się nie nudziliśmy, chociaż sierpień dał mi już nieco w kość - dwójka rozbieganych urwisów potrafi wykończyć :). Od połowy miesiąca Tomek ma urlop, we dwójkę łatwiej zapanować nad dziatwą. Obawiam się jednak, że mąż nie może już doczekać się powrotu do pracy, a gdy to nastąpi, gotów będzie pewnie ucałować ziemię, na której stoi siedziba firmy i coś zaczyna przebąkiwać o nadgodzinach. O nie mój drogi :).

W sierpniu pogoda nawet dopisywała, chłopaki wozili się więc furą po osiedlu:


W deszczowe dni zaliczaliśmy sale zabaw:


W słoneczne place zabaw:


Festyn ze Słupskimi Bańkami Mydlanymi:



Nie zabrakło aktywności na świeżym powietrzu:


Plażingu:


I basenu na ogródku - każdy miał swój :)


Nie zabrakło realizacji jednego z marzeń Adriana - ogniska i spróbowania ziemniaczka z niego:


Rodzice znów mieli wychodne - koncerty w Dolinie Charlotty w Strzelinku: Voo Voo, Patti Smith, Acid Drinkers i Korn.


Ustkę i inne nadmorskie miejscowości zwiedzaliśmy niczym turyści :)




Widok z latarni morskiej w Ustce:


Staw w Kobylnicy:


Na niedzielnej giełdzie w Koszalinie zaopatrzyliśmy się w nowe autka:


A na kiermaszach w nowe książeczki:


Zrobiliśmy też trasę 500km w rodzinne strony mojego męża. Kto zgadnie w jaki rejon? :)


Kluczbork:



Zalew, dawna żwirownia:

 
Zalew w Biskupicach, woj. opolskie:


Średniowieczny Gród w Biskupicach:



W trasę wyjeżdżaliśmy w nocy, dzięki czemu mieliśmy okazję podziwiać nastający świt na drodze ekspresowej:



Trasa z dziećmi to temat na osobny wpis, nie było lekko :).
 
Tymczasem od jutra Adi wraca do przedszkola, z czego cieszy się zarówno on, jak i my. Nie wiem, kto bardziej. Chwila moment i zacznie się sezon na moje ukochane dynie. 

W mijającym miesiącu niewiele czytałam, a jeśli już, to nie były to arcydzieła. Tak to już jest, że latem czytam mniej, a wraz z nadejściem długich wieczorów tendencja czytelnicza wzrasta.



W sierpniu nie byłam także zbyt twórcza pisarsko, powstały jedynie wpisy o:

środa, 30 sierpnia 2017

Fokarium w Dolinie Charlotty

Kilka dni temu wybraliśmy się ponownie do Doliny Charlotty w Strzelinku, tym razem mając w planie Fokarium. 

 

Razem z mężem byliśmy kiedyś w fokarium na Helu i nie zrobiło na nas wrażenia. Foki kryły się pod wodą (w końcu prowadzą raczej skryty tryb życia), czasem wystawiając łepek. Zbyt wiele nie zobaczyliśmy i wychodząc miałam wręcz poczucie źle wydanych pieniędzy.

Przed wyjazdem do Charlotty koleżanka poradziła mi, abyśmy udali się tam na godzinę karmienia (pory karmienia podane są na stronie internetowej). Tak też zrobiliśmy i to był strzał w dziesiątkę.

 

 

Na miejscu byliśmy kwadrans wcześniej - poczułam deja vu z wycieczki na Hel - foki niechętnie się ukazywały, jednak za każdym razem, gdy to robiły, wywoływały w naszych dzieciach ekscytację. Adrian wołał "tam jest, tam jest!", a Maks na widok foki robił "hau, hau!", myśląc chyba, że to piesek :). 

Gdy wyszły panie trenerki, zaczęło się show - pokaz karmienia połączony z treningiem medycznym. Jedna z bałtyckich fok szarych była szczegółowo badana i oglądana, a cztery wykonywały różne polecenia, w nagrodę oczywiście otrzymując śledzia. Wszystko wyglądało fantastycznie, byliśmy w szoku, że foki to takie mądre stworzenia - reagują na swoje imię, kojarzą swój znak (target), do którego podpływają, na polecenie robią slalom między nogami trenerki, obracają się wokół własnej osi, wypuszczają powietrze pod wodą i pokazują, że się wstydzą! 

Wszystkie urodziły się w takich ośrodkach i nie znają życia na wolności, zaś sam trening za śledzia jest imitacją takiego życia w morzu - wszak tam też muszą się napracować, żeby upolować rybkę.

Adi był zachwycony, my zresztą też. Pani trenerka w bardzo ciekawy sposób opowiedziała o fokach i opiece nad nimi, a same zwierzęta zachwycały - te starsze są ogromne!
Po powrocie Adi ulepił fokę z ciastoliny.

Polecam serdecznie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...