piątek, 24 marca 2017

Życie na kołowrotku

Gdy przypomnę sobie czasy szkoły średniej, kiedy to całymi popołudniami, weekendami, wieczorami i nocami mogłam bezkarnie leżeć i czytać książki... Gdy wszystko, co robiłam zrobić mogłam, ale nie musiałam, a jak nie zrobiłam, to świat się nie zawalał i konsekwencje tego ponosiłam tylko ja... Albo gdy łączyłam studia dzienne z pracą - wydawało mi się wtedy, że na nic nie mam czasu. Jakże się myliłam...

Teraz też łączę pracę, naukę z kolejną dziedziną życia, która otworzyła przede mną swoje wrota - macierzyństwem. Ze względu na dzieci dni są do siebie podobne, występują w nich stałe, powtarzające się elementy. Codzienna rutyna sprawia, że czuję się czasem niczym chomik w swym kołowrotku (moja ulubiona metafora dorosłości). Od trzech miesięcy nie dysponuję prawie żadnym czasem wolnym, pochłania mnie pewien projekt. Jak dobrze, że mam do pomocy mamę i babcię, które w razie potrzeby mogą zająć się dziećmi.

Maks zjada już ładnie posiłki inne niż mleko. Czasem mam wrażenie, że dzień upływa nam na odliczaniu do kolejnej pory jedzenia ;). Wyszarpuję z tej bieganiny 40 minut dziennie na ćwiczenia. Jestem w połowie drogi do celu - 5 kg za mną, 5 kg do zrzucenia przede mną. 

Lista rzeczy do zrobienia każdego dnia wcale się nie skraca, a wręcz rośnie. Mam tę przypadłość, że nie umiem odpuścić. Nie jestem perfekcjonistką, o nie. Ale jestem w biegu średnio od 6 rano do 22 wieczór. Nigdy nie byłam tak zajęta, jak jestem na tym etapie życia, a jednocześnie tak zorganizowana. Tę cechę na poziomie hard mają wykształconą tylko matki. Pracodawcy powinni to doceniać :).

W codziennej gonitwie mam jednak momenty zatrzymania się. Ogarniam dom, będąc przelotem w kuchni biorę łyk kawy. Stojąc oparta o blat, z kubkiem w ręce zerkam na dzieci i nagle czuję to - szczęście, miłość, świadomość idealnej chwili. Dzieci bawią się razem, co wydawało mi się niemożliwe przy prawie 4 letniej różnicy wieku, przytulają na podłodze. Przerywam wszystko, siadam z nimi i bawimy się wspólnie. Zlew pełen naczyń poczeka - dzieci nie muszą. 

Wracam do domu, dzwonię do Tomka z pytaniem, gdzie są - na placu zabaw. Idę tam wolnym krokiem, zachwycam się słońcem, wiosną, między drzewami widzę ich sylwetki - męża, Maksia w wózku, Adriana biegającego wokół. I choć w domu czeka mnóstwo obowiązków, zostajemy na placu dłużej. 

Prowadzę służbową rozmowę przez telefon, sprawy nie idą tak, jakbym chciała. Ogarnia mnie wściekłość, milion myśli, próbuję rozwiązać problem. Nagle Maks przypełza do mojej nogi i ciągnie mnie za nogawkę, Adrian pakuje mi się na kolana i żąda "przytulaczka". Zerkam na nich i wszystkie negatywne emocje mijają w jednej sekundzie. Powraca dobry humor. Poświęcam czas im, turlamy się, wygłupiamy, a w tym czasie niczym promień słońca oświeca mnie myśl, jak rozwiązać problem. Brawo ja ;).

Rodzina jest moją siłą napędową, a dzieci - nieustannym powodem do radości. Nawet gdy rozrabiają, jęczą i sprawiają, że godzina 20.00 wydaje się taaaaka odległa :).

sobota, 18 marca 2017

Wieczorny rytuał

Podczas rozmowy w babskim gronie padło pytanie o to, jak udaje nam się tak szybko kłaść dzieci spać. Szybko, mam na myśli godzinę 19.00 zimą, a 20.00 latem.

Nasz sposób wypracowaliśmy sobie sami i jest to sposób znany od lat - ścisłe trzymanie się rytuału wieczornego.

Wydaje się proste - przecież co dzień jest kolacja, kąpiel i spać.
Otóż nie. Liczą się szczegóły.

Poza kilkoma, naprawdę kilkoma dniami w roku (typu święta i wyjątkowe okazje) od godziny 18.00 jesteśmy w domu. Robię wieczorne wietrzenie mieszkania niezależnie od pory roku. Ogarniamy zabawki, szykuję ubrania do przedszkola na drugi dzień. Adi ma wtedy etap "nudzę się", staramy się unikać pobudzających zabaw, zaczynamy się lenić. Adi je kolację i około18.30 idzie się kąpać, teraz już razem z Maksem. Chłopcy bawią się w wannie czasem dłużej, czasem krócej i około 19.00 Adi leży już w swoim łóżku i Tomek czyta mu bajkę, a ja w drugim pokoju karmię (i usypiam) Maksa. Gdy Maks zaśnie (jeśli nie, przejmuje go mąż), ja idę na wieczorne przytulanki i rozmowy do Adriana.

Kiedyś siedziałam z nim, dopóki nie zasnął, ale to nie było dobrym rozwiązaniem. Wraz z poziomem rozgadywania się Adi miał wieczorem tysiąc pytań, próbując opóźnić moment zasypiania. Dochodziło do tego, że leżałam z nim tak czasem dłużej niż godzinę, myślami jednocześnie tworząc listę rzeczy, za które za chwilę muszę się zabrać. Zaczęliśmy się uczyć go samodzielnego zasypiania. Na początku po wyjściu z pokoju wołał mnie lub Tomka średnio 15 razy na wieczór (a to, a tamto...).
Teraz przytulamy się (leżę chwilę z nim), rozmawiamy o tym, co działo się w ciągu dnia i co czeka nas jutro, odpowiadam na pięćset pytań, przynoszę wodę / chusteczkę / autko / misia, po czym życzę mu dobrej nocy i wychodzę. Drzwi są otwarte, ale nie pali się u niego żadna lampka - najszybciej zasypia się w ciemności, zresztą Adi nigdy się jej nie bał. Gdy zaglądam do niego po 5 - 10 minutach, już śpi. 
Maks natomiast budzi się kilka razy w nocy, ale do północy przeważnie śpi ładnie. My rodzice mamy wtedy fajrant w obowiązkach rodzicielskich i czas dla siebie.

Kocham moje dzieci ogromnie, ale są dni, gdy wprost nie mogę się doczekać 20.00 ;).
Ten czas, te wieczory są nam bardzo potrzebne. Pozwalają nam zachować równowagę psychiczną po całodniowej gonitwie, zrelaksować się, popracować, nadrobić zaległości intelektualne, poćwiczyć, porozmawiać jak dorośli bez owijania w bawełnę i unikania brzydkich słów, pomalować paznokcie, zjeść coś, czego przy dziecku nie jemy, poczytać coś w spokoju, obejrzeć film... A przede wszystkim, te wieczory pozwalają nam poczuć się znowu sobą, małżeństwem, a nie tylko mamą i tatą.

Wyjątek stanowią piątki - piątek to dzień, na który Adi czeka cały tydzień, bo w piątki może zasypiać w naszym łóżku. Zasypia wtedy nieco później, może obejrzeć bajkę w telewizji lub na tablecie. Jednak to odstępstwo od reguły to też rytuał. Dzieje się tak tylko w piątki. Kilka razy popełniłam ten błąd, że pozwoliłam mu na zasypianie u nas w inny, dodatkowy dzień. Zasnął ponad godzinę później, a kolejnego dnia nie chciał już położyć się u siebie i był bardzo marudny. Raz też wzięłam go do siebie, bo bolał go brzuszek. Adi to mądry chłopiec i zaczął mówić częściej, że boli go brzuszek, więc będzie spał u mamy... Symulowanie szybko zostało rozpoznane ;). 

Imprezy rodzinne ustalamy na wcześniejsze godziny, tak żeby do 18 być w domu, a jeśli szykuje się wieczorne wyjście na dłużej, nie zabieramy dzieci ze sobą i angażujemy babcię do opieki. Latem godzina pójścia spać się przesuwa, bo nieco dłużej jesteśmy na dworze.
Gdy Adi był mały, kilka razy zdarzyło nam się gdzieś zasiedzieć. Wydawać by się mogło, że dziecko bardziej zmęczone zaśnie szybciej. Tak nie jest - gdy Adi jest bardzo zmęczony, jest też bardzo marudny i ma trudności w zasypianiu. Podobnie jest z Maksem.

Pilnujemy tego rytuału wręcz z zegarkiem w ręku, bo doświadczenie nauczyło nas, że każde odstępstwo niesie za sobą konsekwencje, które ponosimy my. Brzmi brutalnie, ale wolny wieczór to dla mnie świętość i nie oddam go a nic ;).

Na zdjęciu Magiczny Baranek Ewan - ratuje nas w nocy. Jego recenzję znajdziecie tu - klik.

wtorek, 14 marca 2017

"Ostatnia rodzina" - o filmie

Zanim obejrzałam film, od jesienie zeszłego roku zewsząd docierały do mnie informacje o nim - reportaże, wywiady, recenzje. Reklamowany był mocno, a przeważnie dostrzegam taką zależność, że im większy nacisk położony na reklamy, tym słabszy film. Nie spieszyło mi się zatem do kina, choć historia Beksińskich zainteresowała mnie już dawno temu. Dużo czytałam o ich tragicznych losach, fascynowała mnie mroczność obrazów Zdzisława Beksińskiego. Wczoraj szukając czegoś na wieczór, trafiłam na "Ostatnią rodzinę" online. 

Recenzja zawiera spojlery.


Film fantastyczny - historia wciągająca, rewelacyjni aktorzy, wspaniała muzyka. I to coś, co udaje się nielicznym - stworzenie odpowiedniego klimatu. Nie spodziewałam się, że postać Zdzisława Beksińskiego okaże się tak... sympatyczna, dobrotliwa. Jest taka scena, gdy odwiedzający mieszkanie rodziny Piotr Dmochowski wypowiada dokładnie moje myśli - spodziewał się czegoś mrocznego, na co Beksiński odpowiedział coś w stylu, że trupy i pająki pochowali po szafach. 

Ta codzienność, życie 'zwyczajnej' rodziny żyjącej w latach 70., 80. ubiegłego wieku z jednej strony jest normalna, z drugiej zaś przerażająca. Nauka nastawiania pralki pomiędzy tworzeniem iście barokowych obrazów ojca, obiad u mamy i częste kontakty z rodzicami mieszkającymi tuż obok, pomiędzy próbami samobójczymi i nieudanymi związkami u syna. Całość trochę smutna, trochę straszna, a trochę groteskowa. Motyw śmierci wpisuje się w tą codzienność, zostaje oswojona. Żyje się, pracuje, tworzy i co jakiś czas żegna kolejną osobę z rodziny. Czas upływa, mijają lata, następuje rozwój technologiczny, nadchodzi pora na picie pepsi i jedzenie z McDonald'sa. A potem tragiczny koniec - Beksiński zostaje zamordowany we własnym mieszkaniu, zasztyletowany przez nastolatka, którego ojciec wykonywał dla niego różne prace.

Andrzej Seweryn był w swojej roli fantastyczny, podobnie jak Dawid Ogrodnik w roli Tomasza Beksińskiego. Nie wiem na ile prawdziwie go odwzorował, bo po premierze były głosy protestu, płynące od ludzi, którzy znali go prywatnie, mówiące o tym, że Tomasz Beksiński nie był takim 'świrem'. Jednak Ogrodnik stworzył bardzo ciekawą postać, z ciekawym sposobem bycia i mówienia, ekscentryka walczącego z życiem i oddającego je walkowerem. Człowieka, który męczył się żyjąc - zapewne chorując na depresję.
Nie zachwyciła mnie za to Aleksandra Konieczna w roli Zofii Beksińskiej, a słyszałam o niej same pozytywne opinie. 

Jan Matuszyński, niewiele starszy ode mnie reżyser "Ostatniej rodziny" stworzył bardzo dojrzałe dzieło. Zakończony seans zostawił we mnie ambiwalentne uczucia - z jednej strony smutek, współczucie, że tak potoczyły się ich losy, że tak zakończyła się ich historia. Z drugiej zaś - ulga i radość, że mogę powrócić do swojej rzeczywistości, do historii, która cały czas się dzieje.

Polecam.

środa, 8 marca 2017

Dzień Kobiet - urodziny bloga

Rok temu naszło mnie na założenie kolejnego bloga. Myślałam, że szybko upadnie, że nie będzie mi się chciało pisać w kolejnym miejscu (to nie jedyny mój blog), a tymczasem żyje nadal. Macierzyństwo daje tysiące tematów na posty.

Co kupić kobiecie, która jest w trakcie 40-dniowego postu bez słodyczy? Ulubione pistacje :).

wtorek, 7 marca 2017

Ulewanie niemowlaka

Przy Adrianie nie wiedziałam tak naprawdę, co to jest ulewanie. Czasem zdarzyło się, po przejedzeniu, że coś tam mu pociekło przy odbiciu. Ale nigdy nie musiałam go z tego powodu przebierać. 

Gdy urodził się Maks, trochę ulewał od samego początku, ale nie było to jakieś problematyczne. Aż rozkręcił się z jedzeniem i zaczął efektywnie ssać, mniej więcej po trzech tygodniach. 

Zaczęła się rzeka wypływającego mleka, ulewanie po każdym posiłku, przy odbiciu, po odbiciu, bez odbicia, od razu po jedzeniu, podczas spania (!), przed drzemką, po drzemce i przed kolejnym karmieniem, gdy wydawałoby się, że poprzedni posiłek już strawił... Ulewanie różnych ilości, od niewielkich po chlustające. 
Pierwsze miesiące spał obok mnie, żebym miała go na oku także w nocy, bo zdarzało mu się ulewać na śpiocha - dlatego tez kładłam go w nocy tylko na boczku. Nie pomagało wyższe ułożenie główki, odbijanie w trakcie karmienia, ulewał czy najadł się trochę i zasnął, czy opróżnił obie piersi. Nie było reguły. Czasem ulewał 10 razy w ciągu godziny, czasem przez 2 godziny ani razu. Z polecenia pediatry dawałam mu przez jakiś czas syrop Gastrotuss Baby, który miał zniwelować ulewanie, jednak w żaden sposób nie działał - nie było po nim żadnej różnicy. 

Miałam mnóstwo ciuszków po Adrianie, jednak musiałam dokupić dwa razy tyle bluzek, ponieważ Maksa trzeba było przebierać 5-8 razy dziennie. Pralka chodziła co dzień, a czasem i dwa razy dziennie. Cieszyłam się, że było lato, że mogliśmy się wszyscy lekko ubierać. Tak, wszyscy, bo Maks ulewał na wszystko wokół, a więc głównie na nas i nie pomagało obkładanie się pieluchami tetrowymi itp, zawsze tak mu się udawało chlusnąć, że brudził nas z góry na dół. Gdy któreś z nas wychodziło do sklepu, oglądaliśmy się ze wszystkich stron, czy aby na plecach nie mamy mlecznej plamy - mąż raz tego nie zrobił i stał w sklepowej kolejce trzymając się za ramię i zasłaniając plamę :).
Dochodziło do tego, że wyjście na dwór zajmowało nam ponad godzinę - w najgorszych momentach przed wyjściem przebierałam go kilkukrotnie pod rząd! 10 minut - 5 bluzek. I dwie moje. 
Na Chrzcie Św. modliłam się dosłownie, żeby wytrzymał w garniturku chociaż do zdjęć... Tak też się stało, ulewać na potęgę zaczął w restauracji :).
Z tego powodu też w początkowych miesiącach ważyłam go co tydzień, na szczęście przybierał ładnie. Nie miał też kolek ani problemów z wypróżnianiem się, a pediatra mówiła, że minie mu z wiekiem, układ pokarmowy dojrzeje itp. Zatem czekaliśmy. I praliśmy, oj praliśmy...

Prawdopodobnie z powodu ulewania Maks nie lubi też jazdy autem i jazdy w wózku. 

Taki stan - bardzo intensywnego i bardzo częstego ulewania trwał 6 miesięcy. Wtedy synek zaczął się nieco podnosić do siedzenia, jeść stałe pokarmy. Ulewał nadal, jednak stopniowo częstotliwość i ilość zaczęła się zmniejszać. Dziennie zużywał już 2-3 bluzki, co było znacznym postępem. Chociaż doszło ulewanie kolorowe, obiadkiem itp. 

Wraz ze skończonym 8 miesiącem ulewanie właściwie się skończyło. Raz na kilka dni zdarzy mu się nieco ulać, zwłaszcza gdy od razu po jedzeniu czołga się po podłodze i uciska brzuszek, ale zdarza się to rzadko i wiąże się rzeczywiście z odbiciem powietrza. 

W końcu chodzi przez cały dzień w jednej bluzie, a napełnienie pralki zajmuje nam trzy dni. 

sobota, 4 marca 2017

Laktator - czy warto kupić?

Tuż przed porodem wiele przyszłych mam zastanawia się nad zakupem laktatora. Jest on elementem prawie każdej wyprawki. Przed urodzeniem pierwszego syna zdecydowałam się kupić laktator ręczny - żeby nie wydawać od razu tak dużo na elektryczny, bo 'może nie będzie potrzebny', ale wolałam go mieć już w szpitalu. To okazało się błędem, bo co prawda użyłam go dopiero w domu, ale nie potrafiłam korzystać z ręcznego laktatora - nie potrafiłam sama sobie sprawiać tego bólu, jaki jest na początku przygody z laktacją. Laktator elektryczny okazał się zbawieniem - ustawiam tempo dwoma ruchami i już w drugiej ręce mogę trzymać książkę, telefon, a czasem i dziecko ;). Wiele kobiet jednak jest zadowolonych z ręcznych laktatorów - wszystko pewnie zależy od częstotliwości ściągania mleka i własnej wygody.
Czy można karmić dziecko piersią przez długi czas i nie używać laktatora w ogóle? Pewnie można - wiąże się to jednak z tym, że przez długi czas nie ruszamy się nigdzie bez dziecka, lub ściągamy mleko metodą ręczną (i mozolną...).
Czy warto zatem kupić laktator? Według mnie - WARTO, a powodów jest kilka.

1. Przy nawale pokarmu

Na drugą lub trzecią, a czasem i czwartą dobę po porodzie następuje gwałtowna produkcja mleka w piersiach. Tworzy się go bardzo dużo, a mały noworodek nie jest w stanie wszystkiego zużyć. Piersi są obrzmiałe, twarde i bolące. Za pomocą laktatora możemy ściągnąć nadmiar mleka do uczucia ulgi.

2. Przy problemach z przybieraniem dziecka na wadze

Może się tak zdarzyć, z różnych przyczyn, że maluszek nie przybiera lub zbyt wolno przybiera na wadze. W takiej sytuacji musimy ściągać mleko po każdym karmieniu i / lub pomiędzy nimi i podawać dziecku mleko w butelce. Dokarmianie swoim mlekiem jest lepsze od sięgania po mleko modyfikowane. Widzimy, ile dziecko zjada z butli i kontrolujemy wagę.

3. Na rozkręcenie laktacji.

Często kobietom wydaje się, że mają za mało mleko, bo np. dziecko budzi się często i chce całymi dniami wisieć na piersi. To normalne - ono w ten sposób rozkręca laktację, ale pomóc w tym może także laktator. Ściągamy mleko tak często, jak możemy, pobudzając w ten sposób produkcję mleka. Ujrzenie swojego mleka w butelce dobrze też działa na psychikę - kobieta utwierdza się w przekonaniu, że jej ciało naprawdę jest do tego zdolne - może wykarmić dziecko.

4. To szansa na karmienie, gdy początki są trudne.

Czasem karmienie piersią nie zaczyna się tak naturalnie, jak byśmy sobie tego życzyły. Dziecko może nie umieć chwytać brodawki, może być trudno go przystawiać, może być zbyt senne (np. przez żółtaczkę), może nawet nie chcieć pić z piersi. Ściągamy zatem pokarm regularnie, co 3 godziny (a nawet co 2, jeśli dziecko tego żąda) i podajemy dziecku w butelce. Podejmujemy w tym czasie próby przystawiania niemowlęcia do piersi, za którymś razem może załapać.

5. Szansa na wygojenie się poranionych brodawek

Na początku nie mamy jeszcze wprawy w przystawianiu dziecka i często zdarza się tak, że któraś z naszych brodawek jest poraniona, popękana. Może pomóc użycie nakładki silikonowej, tzw. kapturka. Można też przed dobę nie podawać tej piersi, tylko z niej ściągać mleko laktatorem i podawać w butelce, a dziecko karmić z drugiej. Do tego smarowanie maściami i już po dobie brodawka będzie zregenerowana. Przeszłam to całkiem niedawno - Maks ma już w pełni wyżęte 6 zębów (i idą kolejne dwa!), a jedynki są całkiem pokaźnych rozmiarów. Jak mnie ugryzł, to krew się lała i powstało półcentymetrowe pęknięcie. Laktator uratował mi życie, pozwolił odpocząć i wygoić się piersi.

6. Chwila wytchnienia dla mamy

Bycie młodą mamą to praca na pełen etat, bez możliwości odpoczynku, zazwyczaj okraszony także sporym deficytem snu. Niemowlę może się budzić kilka-/ kilkanaście razy w ciągu nocy i szybko stajemy się przemęczone. Laktator daje nam szansę także na odespanie - jeśli ściągniemy odpowiedni zapas mleka, dziecko może nakarmić w nocy tata lub wezwana do pomocy babcia, a mama może w tym czasie przespać kilka godzin ciągiem, co także fantastycznie wpływa na ilość mleka i laktację w ogóle.

7. Można wyjść z domu bez dziecka.

Przez pierwsze pół roku dziecko może żądać piersi baaardzo często, nawet co godzinę. Ściągając pokarm możemy wyjść z domu bez niego na 2-3 godziny. Później karmienie jest rzadsze, mniej więcej co 3 godziny, i zostawiając mleka na 1 karmienie możemy opuścić dziatwę na całe 6 godzin, co często się zdarza przy powrocie do pracy.

Powyższe rady to moje prywatne spostrzeżenia. Przy problemach z laktacją warto udać się do doradcy laktacyjnego i zajrzeć na stronę Hafiji (klik) - najlepszej blogerki propagującej karmienie piersią.

czwartek, 23 lutego 2017

Przegląd lutowy

Walentynek nie obchodzimy jakoś szczególnie, chociaż w tym roku wypadło nam akurat świętowanie z tłumem... Dużo wcześniej mąż zarezerwował bilety na Greya, a skoro już mieliśmy załatwioną opiekę do brzdąców w postaci ukochanej babci na wieczór, wyszliśmy wcześniej, zjeść coś na mieście - to akurat nie był dobry pomysł, nie polecam siedzenia 2h w kinie z pełnym brzuchem ;).

Nie kupujemy sobie prezentów na tę okazję, ale w tym roku Tomek mnie rozczulił - uzupełnił pustą już butelkę moimi ulubionymi perfumami, z ulubionej perfumerii, gdzie perfumy sprzedawane są na mililitry... Nie spodziewałam się, że na to wpadnie. Zapewne rzucałam w przestrzeń jakieś "o nie, perfumy mi się kończą!", ale wiadomo, jak wybiórczy słuch ma facet. A tu taka niespodzianka :).

W lutym trochę testowaliśmy:



Trochę grzeszyliśmy - upominek za kampanię ambasadorską Wedla:


A trochę niestety - znowu - chorowaliśmy. Jako pierwszy padł mój mąż, gdzie ostatnio uchował się cało, gdy chorowałam ja i dzieci. Tym razem od niego się zaczęło, leżał trzy dni i chorował jak na typowego mężczyznę przystało, umierając od kataru i stanu podgorączkowego. Gdy domowy rosół i leki postawiły go na nogi, padłam ja... Tym razem wiedziałam, że przy karmieniu mogę Ibuprom, więc gdy gorączka sięgnęła prawie 39 stopni nie czekałam i go zażyłam. Do tego herbata z czarnego bzu i czosnek w ilościach mogących powalić niejednego wampira z odległości kilki metrów i jakoś dochodzę do siebie. 

Trochę też poczuliśmy wiosnę:


Ostatnio czytam mniej niż zwykle, ale coś tam łyknęłam:




A gdy Maks ma drzemkę, gramy w ulubioną grę Adriana:

Wiosno, wiosno, przybywaj!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...