Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzicielstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzicielstwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 kwietnia 2018

Walka ze schematami, czyli o głosach w naszej głowie

Dzieciństwo to czas, gdy zdani jesteśmy na łaskę dorosłych - oni objaśniają nam świat i pomagają go zrozumieć. Zewsząd słyszymy mądrości i zasady, które mają nas ukształtować. Mogą one nam się nie podobać, ale musimy się do nich stosować.

Wydawałoby się, że w dorosłym życiu jesteśmy całkowicie wolni i możemy postępować według własnych zasad. Wydawałoby się, że wychowując dzieci popełniamy własne błędy i ustalamy własne zasady. Pozwalamy dzieciom na to, na co nam nie pozwalano, chcemy dać im więcej, niż sami mieliśmy. Nie chcemy popełniać błędów naszych rodziców, a jednak... często je popełniamy, zupełnie nieświadomie. Pewne zdania, pewne schematy zostały zaszczepione w naszej głowie w dzieciństwie i przypominamy je sobie w różnych sytuacjach.

Najczęściej pod wpływem emocji - wypowiadamy je na głos bezwiednie. Czasem jednak zaczynamy się zastanawiać, dlaczego to powiedzieliśmy? Dlaczego nam to przyszło do głowy? Przecież wcale tak nie uważamy.
To właśnie jest zaszczepiony głos naszych rodziców. Rodziców, którzy wychowywali nas w zupełnie innych czasach, którzy nie mieli do dyspozycji tyle fachowej wiedzy i literatury na temat wychowania  i polegali najczęściej na tym, co sami wynieśli z domu, popełniając nieumyślne błędy.

Zapytałam na lokalnej grupie dla mam na Facebooku oraz na moim ulubionym forum o to, czy kojarzą takie zaszczepione schematy, z którymi nie do końca się zgadzają, a które zdarza im się powtarzać.

Kilkukrotnie zostało wymienione przysłowie "Dzieci i ryby głosu nie mają". Smutne, ale prawdziwe. Ilu z nas słyszało je w dzieciństwie? Zestawienie dziecka z rybą i pozbawienie go możliwości wypowiadania się jest jakże krzywdzące, a jednak w tamtych czasach się przyjęło. Dziś na szczęście większość współczesnych rodziców szanuje zdanie dziecka, a już na pewno pozwala mu  je wypowiadać na głos.

Równie często padało hasło "Uspokój się" w stosunku do płaczącego dziecka. Wymagano od nas zaprzestania płaczu, bo ten drażnił dorosłych. Jakie są tego skutki, przekonujemy się w dorosłym życiu. Emocje należy przeżywać, nie wolno ich tłumić. Naszym zadaniem jest bycie przy dziecku w trudnej dla niego chwili, zaoferowanie wsparcia, rozmowy. Akceptacja - a nie negowanie. Każdy człowiek ma prawo przeżywać emocje i nie należy wymagać od niego samokontroli.

Na trzecim miejscu znalazło się straszenie. "Nie biegaj, bo upadniesz", "Nie idź tam, bo pan cię zabierze" itp. Kiedyś straszenie dzieci było na porządku dziennym, robiono to w celu podporządkowania ich sobie. Nie tłumaczono im, dlaczego czegoś nie wolno. A wystarczyło powiedzieć: "Nie chcę, żeby stała ci się krzywda", "Nie chcę, żebyś się oddalał, boję się, że się zgubisz". Do dziś zastanawiam się, czy mnie ktoś w dzieciństwie nie straszył piwnicą, bo ja do piwnicy nie zejdę! Do naszej obecnej przez 6 lat mieszkania tu sama nie zeszłam nigdy :). Dziecku bardzo łatwo zaszczepić lęk przed czymś, warto uważać na to, co się mówi.

Pojedynczo padały znane chyba wszystkim: "Nie rób głupich min, bo tak ci zostanie""Nie siadaj na kamieniu, bo dostaniesz wilka", "Nie baw się ogniem, bo się w nocy zesikasz", a nawet "Nie płacz, bo będzie cię bolała głowa"... Kilka matek podpisało się także pod hasłem: "Inne dzieci tyle nie mają" - czasy się zmieniają, teraz dzieci mają prawie wszystko, ale nadal zdarza nam się tak powiedzieć.

Wymieniono także jakże krzywdzące "Chłopcy nie płaczą" oraz straszenie, że jeśli dziecko nie posprząta zabawek, to zostaną one mu odebrane i oddane komu innemu (padło nawet hasło Caritas!). Oczywistym jest, iż chłopcy tak samo jak dziewczynki mają prawo do płaczu, a strasząc dziecko odebraniem mu zabawek uczymy je, że tak naprawdę nic nie jest jego własnością.

Osobiście notorycznie walczę z hasłem, które ciśnie mi się na usta w momentach, gdy moje dzieci płaczą - "Nie ma powodu do płaczu!" (wersja znana mojej koleżance - "Zaraz dam ci powód do płaczu"). Uporczywe wycie dziecka, oczywiście z bardzo błahego powodu według mnie, potrafi wwiercać się do głowy i drażnić, zwłaszcza, gdy mój kubeczek potrzeb także jest pusty. Wiem jednak, że to, co słyszę w głowie - to nie jest moje, owszem, słyszałam to w dzieciństwie, jednak wcale tak nie uważam. Przecież wiem, że skoro one płaczą, to mają powód, dla nich zapewne bardzo ważny. Moją rolą jest bycie przy nich w tym trudnym momencie, zaakceptowanie ich uczuć i pomoc w zrozumieniu tego, co czują. Dzieci nie potrafią panować nad emocjami, ba, niejeden dorosły tego nie potrafi! A jednak uczuć dorosłych nikt nie neguje, natomiast moje pokolenie zostało wychowane w duchu mądrości iż ryby i dzieci głosu nie mają. Moje dzieci mają głos i moją rolą jest go wysłuchać - ignorując ten brzmiący w mojej głowie, zaszczepiony w dzieciństwie.

Nic nie poradzimy na to, jakie schematy zostały w nas zaszczepione. Możemy jednak być ich świadomi i walczyć z nimi, starając się być jak najlepszymi rodzicami dla naszych dzieci, rodzicami - przewodnikami, parafrazując Janusza Korczaka:

Dziecko jest cudzoziemcem, nie rozumie języka, nie zna kierunku ulic, nie zna praw i zwyczajów. [...] Potrzebny przewodnik, który grzecznie odpowie na pytanie. *

Wychowawca, który nie wtłacza, a wyzwala, nie ciągnie, a wznosi, nie ugniata, a kształtuje, nie dyktuje, a uczy, nie żąda, a zapytuje, przeżyje wraz z dzieckiem wiele natchnionych chwil, łzawym wzrokiem nieraz patrzeć będzie na walkę anioła z szatanem, gdzie biały anioł tryumf odnosi.**

 blog parentinkowy Słupsk, blog Słupsk, domowa bajka Słupsk,

* Janusz Korczak, Dzieła, tom 7: Jak kochać dziecko.  Prawo dziecka do szacunku, Warszawa: Oficyna Wydawnicza Latona, 1993
** Janusz Korczak, Dzieła, tom 7: Jak kochać dziecko. Dziecko w rodzinie, Warszawa: Oficyna Wydawnicza Latona, 1993

piątek, 23 marca 2018

Łóżko piętrowe Lano Meble

Moi chłopcy mają wspólny pokój. Na szczęście jest to największy pokój w naszym mieszkaniu, miejsca więc mają w nim dość. Do tej pory stało w nim rozkładane łóżko Starszaka i gościnna kanapa, łóżeczko Młodszego natomiast stało u nas. Jednak w czerwcu Młodszy skończy 2 latka, a to jest wiek, w którym Starszaka wyprowadziliśmy do swojego pokoju, tak samo więc zamierzaliśmy uczynić z Młodszym. W lutym rozpoczęliśmy odnawianie całego mieszkania, przy okazji więc postanowiliśmy załatwić sprawę nowych łóżek dla chłopców. 

Najpierw planowaliśmy kupić dwa pojedyncze łóżka, jednak już od jakiegoś czasu Starszak męczył nas o piętrowe. Nie byłam do końca przekonana, czy to przejdzie, czy Adi na pewno będzie chciał spać na górze, czy Młodszy będzie chciał spać na dole... Na Facebooku trafiliśmy na fanpage Lano Meble - producenta łóżek piętrowych, które można także bez problemu rozłączyć na dwa osobne łóżka. Gdy zobaczyłam, iż produkują oni także łóżka piętrowe ze skrzyniami na pościel i wysuwanym trzecim łóżkiem, przepadłam. W końcu zdarza nam się iść w nocy do chłopców i przysnąć z nimi, czasami nocuje u nas także babcia, gdy my mamy wychodne. Trzecie zapasowe łóżko to coś wspaniałego - nie zajmuje dodatkowego miejsca, a jest bardzo praktyczne. 

Do wyboru bogata kolorystyka, różne modele i materace. My wybraliśmy kolor naturalnego drewna w modelu Igor i na chwilę obecną zwykłe piankowe materace - z dziećmi jak to z dziećmi, różnie bywa, a niedługo i tak będziemy je wymieniać na lepsze, lateksowe. Szybciej na pewno dla Starszaka, bo u Młodszego przygodę z odpieluchowaniem mamy jeszcze przed sobą ;).

Wybraliśmy łóżko w największym rozmiarze, z największą przestrzenią między łóżkami, tak aby także mąż czuł się tam swobodnie, towarzysząc dzieciom w wieczornym rytuale czytania bajki. Dolna barierka łóżka jest zdejmowana, za jakiś czas więc można będzie ją zdemontować.

Czas realizacji zamówienia trwa do 6 tygodni, u nas kurier był po równym miesiącu. Dwa dni przed dostałam smsa-a z informacją o dostawie. 

Na instrukcji podano przewidywany czas zmontowania łóżek - 1,5 godziny i tyle też zajęło to mojemu mężowi. Wszystkie elementy wykonane są bardzo estetycznie.

łóżko 3-osobowe Lano Meble

Gdy całość stanęła na środku pokoju byłam lekko przerażona, łóżko jest ogromne. Jednak znaleźliśmy na nie miejsce idealne. Wykorzystaliśmy zachwyt chłopców i już pierwszej nocy oboje spali w swoich nowych łóżkach. Młodszy miał nawet dwie nocki przespane całkowicie, co do tej pory mu się rzadko zdarza, ale teraz któreś z nas może po prostu pójść na jego zawołanie i się koło niego położyć :).

Całość jest bardzo stabilna, nawet gdy mąż wchodzi na górę. Prawdopodobnie jednak za jakiś czas przykręcimy je do ściany - chłopcy rosną i różne rzeczy im do głowy przychodzą.

łóżko piętrowe, Lano meble, łóżko dla dwóch chłopców

Drabinka zaczyna się na tyle wysoko, że Młodszy nie ma szans na nią wejść. Za jakiś czas pewnie zmuszeni będziemy zdemontować dolny stopień, dla bezpieczeństwa. Kupiłam dwie lampki - chmurki, każdy będzie miał swoją. Z elementami ozdobnymi muszę się wstrzymać, Młodszy jest w trudnym wieku niszczenia wszystkiego :).

Chłopcy mają teraz baaaardzo dużo miejsca na zabawę, co przy wyścigach milionem autek jest ogromnym plusem... Obaj uwielbiają swoje nowe łóżko, i my również, bo dzięki niemu odzyskaliśmy swój pokój! Już zapomnieliśmy jak to jest spędzać wieczór przy zapalonym świetle, zamiast przy malej lampce :). 

A moi synowie, którzy robili co tylko mogli, by opóźnić pójście spać teraz kładą się bez problemu i zasypiają w 5 minut na swoim, jak to mówią, magicznym łóżku.

wtorek, 13 marca 2018

Domowe historie - cz. 1

Na fanpage Domowej Bajki na Facebooku (klik) umieszczam zabawne teksty opisujące sytuacje z naszej rodzinnej codzienności, krótkie przemyślenia, rozmówki z dziećmi. Jednak wszystko to umyka na facebookowej tablicy, aby więc nie uleciało całkiem, postanowiłam co jakiś czas zbierać je wszystkie i notować w zbiorczej notce na blogu. Część pierwsza poniżej, czyli wszystko to, co wydarzyło się przez pierwszy rok istnienia fanpage :).

blog Słupsk, blogi Słupsk, blog parentingowy Słupsk, Słupsk,

------------------------------------------------

28 czerwca 2017

Starszy syn nie lubi truskawek. Co roku mu proponuję, proszę o spróbowanie, przekupuję za zjedzenie ich, szantażuję i co tylko jeszcze mi do głowy przyjdzie. Co roku - przymuszony - zjada średnio jedną truskawkę z pierwszych kupionych i stwierdza, że nie lubi i nie będzie jadł. Gdzieś tam mu przemycę czasem, ale jak wyczuje, to koniec.
Sytuacja z dziś.
Młodszy zajada się truskawką. Mówię do niego:
- Ale synuś ładnie je truskaweczkę, od truskaweczki będzie taaaki duży! Jak tata!
Starszy na to, w wielkim szoku:
- Mamo! Od truskawek się rośnie?!?!
- No pewnie! - odpowiadam.
- To czemu nie mówiłaś!
- Przecież Ty nie lubisz truskawek. - przypominam mu.
- Ale jak się od nich rośnie, to zjem! Też chcę być taki jak tata!
Kładę przed nim miseczkę z truskawkami. Zjada pierwszą, lekko się krzywi. Pyta:
- Jak dużo zjem, to dużo urosnę?
- Oczywiście! - odpowiadam.
 Starszak zjada z 10 dużych truskawek.
- To musisz mi teraz codziennie dawać truskawki! - mówi.
O ja głupia. Przecież wychowałam się na haśle "Pij mleko - będziesz wielki". Wystarczy zamienić produkt.
Jutro mu powiem, że od brokuła to się dopiero rośnie!

----------------------------------------

2 sierpnia 2017

Jeśli ktoś byłby ciekawy, co się stanie, gdy wraz z praniem zostanie wyprany, całkiem przypadkiem oczywiście, zużyty pampers, to ja Wam powiem. Otóż gdy załadujecie już pralkę, ale wrócicie jeszcze na sekundę po jakąś rzecz do szafy, a w tym czasie mały gnom wrzuci do pralki owo zawiniątko, czego oczywiście nie zauważycie, to po skończonym praniu i otwarciu bębna zastaniecie taki widok: wszystko, absolutnie wszystko, łącznie z wnętrzem pralki będzie oblepione niezidentyfikowaną galaretowatą substancją... Najpierw doznacie zdziwienia, szoku i pomroczności jasnej, zastanawiając się co też to u licha jest, po czym wyciągając kolejne oblepione ubrania dokopiecie się w końcu do winowajcy zamieszania... Tfu oblepienia.
Wtem zdacie sobie sprawę, że instynkt macierzyński to jest właśnie to, co nie pozwala Wam w owej chwili wszystkich nagromadzonych negatywnych emocji wyładować na małym gnomie i pozwalacie sobie jedynie na głośnie uuugghtppprrrrrrrrwwwwwwrrrrrr!!!! I zatupanie nogami, a jako że czyniąc to trzymacie akurat jakieś oblepione ubranko w ręce, to galaretowata maź obsypie Wam się na stopy i w tym oto miejscu trafi Was szlag...
Jeśli ktoś się zastanawia, ile czasu zajmuje ręczne wypłukanie każdej rzeczy (z obu stron), to ja Wam powiem! Ponad godzinę! Plus 20 minut na czyszczenie wnętrza pralki i kolejny kwadrans na zlikwidowanie resztek galarety z podłogi! 

-----------------------------------------------

14 sierpnia 2017

Któregoś deszczowego dnia, gdy byłam z dziećmi uziemiona w domu, a one jęczały na zmianę 'nudzę sięęęęę' (to Starszy) z "mama, eeee, maaaammmaa" (to Młodszy), włączyłam im kanał muzyczny w tv. Adi uwielbia teledyski i uwielbia szaleć w rytm muzyki.
Gdy tak wygłupialiśmy się tańcząc i skacząc, trafiłam na stary teledysk Alicii Keys - Girl on Fire. Pamiętam go z czasów pnd (przed naszymi dziećmi), pamiętam, że zastanawiałam się, jak to będzie, gdy zostanę matką.
A teraz sama skaczę z moimi chłopakami, odpicowana w kieckę jak na odpust, chociaż dzień powszedni, z czerwoną szminką i paznokciami w tym samym kolorze, choć wybieraliśmy się nie dalej niż na osiedlowy plac zabaw i choć wiem, że z paznokci do wieczora nie zostanie nic. Tylko szpilek brakuje na domowych panelach .
I wzruszenie łapie mnie za serce. Bo doskonale pamiętam, co myślałam, oglądając ten teledysk kiedyś. Że co ona taka wystrojona w domu przy dzieciach - a teraz sama coraz częściej mam ochotę ubrać coś innego niż dres i zrobić wyjściowy makijaż, choć nie muszę. Że czemu tam są same kobiety - a w dorosłym życiu jestem o wiele bliżej z mamą i babcią, niż kiedyś. Że co ona tak wszystko sama w domu ogarnia, a chłop czemu nic nie robi, a jak już się nią zainteresuje, to ona woli posłuchać muzyki? Co to za związek w ogóle?? Czemu sobie razem nie siedzą i nie jedzą z dziubków? A teraz rozumiem doskonale - chociaż z mężem dzielimy się obowiązkami i tak więcej jest na mojej głowie, bo sama od siebie wymagam zrobienia tego i tamtego, zamiast poleżeć z nogami do góry. I czasem, po męczącym dniu, lubię zaszyć się z nosem w książce i warczę, gdy mąż próbuje mi przeszkadzać... Bo też potrzebuję chwili - nawet nie dla nas, a dla siebie samej.
Chciałam, to mam .
Ach, jeszcze tylko mieć tę czarodziejką moc, którą ma Alicia od 2 minuty teledysku. Pstryk i już!

 -----------------------------------------------

17 sierpnia 2017

Poranna rozmowa ze Starszakiem.
- Mamuś, co tak wzdychasz? - pyta synek.
- Bo mam dużo do zrobienia.
- I ci się nie chce?
- A no nie chce mi się. - odpowiadam.
- Mi też się czasem nic nie chce. O to wiesz co, mama?!
- Co kochanie?
- Wiem! Jak chcesz, to ja dam ci przerwę!
- Tak? Niby jak? - pytam zaciekawiona.
- Ty sobie usiądź i wypij kawę, a ja w tym czasie zajmę się bratem! Żebyś miała przerwę! - mówi.
Aż mnie ścisnęło w środku, jakie to mam kochane dziecko. Wyściskałam go i wycałowałam, aż miał dość .
Na spacerze zbiera mi stokrotki. Pod moich dachem rośnie ideał faceta - laski będą mi dziękować .

-------------------------------------------------

6 września 2017

Kilka dni temu wyszłam wieczorem z koleżanką. Przez ponad 3 godziny nikt nic ode mnie nie chciał, nie wołał co chwilę, nie pytał o nic. Zjadłam coś, czego nie zrobiłam sama, wypiłam gorącą kawę, zrelaksowałam się we wspaniałym towarzystwie.
Wróciłam do domu, gdy dzieci już spały. Mąż powiedział, że nie było łatwo. Młodszy włączył syreny, jak tylko zorientował się, że pora spania, a tu mamy nie ma. Walczył ponoć dobrą godzinę, aż padł. Gdy mężowi udało się go odłożyć, ze swojego pokoju przyszedł Starszy, który powinien już dawno spać. Usiadł, zrobił usta w podkówkę i będąc na granicy płaczu zapytał:
- Kiedy przyjdzie mama?
- Niedługo przyjdzie, a czemu ty jeszcze nie śpisz? - zapytał mąż.
- Ja chcę do mamy... - Starszy zaniósł się płaczem.
Mąż opowiada, że nie mógł ze śmiechu z tych dwóch 'cyców', ale udało mu się opanować sytuację, choć sam miał ochotę dołączyć do drużyny płaczków. Tęsknota rzecz straszna .Młodszy przez dwa dni karał mnie za to wyjście, a mianowicie nie dawał się odłożyć na drzemce i spędzał ją leżąc na mnie, jak za czasów niemowlęctwa.
Wczoraj za to stoimy w kasie w markecie, Młodszy jęczy, Starszy szaleje. Mąż do niego:
- Synu, stój spokojnie.
Bez efektu. Mąż na to:
- Nie szalej, bo inaczej mama znów dziś pójdzie do koleżanki...
- Nieeeeeeee!!!! - zawył synek z płaczem.
Kasjerka w śmiech.
Tak to jest z chłopami. Tacy twardziele, a bez mamy ani rusz .

--------------------------------------------------

15 października 2017

Wieczór. Młodszy w objęciach Morfeusza, starszy też już prawie.
Po ciężkim dniu pełnym rodzicielskiej uważności zaszyłam się w kuchni, zajrzałam do lodówki, a tam... Dwa desery Monte, które starszak dostał od dziadków. Tak je kiedyś lubiłam, a w dorosłym życiu nie kupuję, i dziecku też nie, no bo ten skład niechwalebny. Myślę, upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu. Zjem jeden deser i przypomnę sobie smak dzieciństwa, a tym samym zaoszczędzę dziecku sztucznych dodatków.
Zdjęłam wieczko, zjadłam pełną łyżeczkę, mhhhm...
- Mamo?? Mamo, chodź mi dać jeszcze jednego przytulaczka! - dobiega z pokoju głos syna.
- Yyy, już idę! - odpowiedziałam.
Przytulam syna.
- Dobranoc skarbie.
- Mamo, a czym ty tak pachniesz?? - pyta podejrzliwie moja najstarsza latorośl.
- A niczym... - idę w zaparte, choć płomień wstydu zaczyna mnie palić.
- Mamo! Pachniesz czekoladką! A gdzie mój deser od babci? - pyta.
- Jest w lodówce, dostaniesz jutro. - zapewniam.
Ma to to ledwo pięć lat, a takie jest wyczulone na punkcie zapachów. Może zostanie wybitnym senselierem? Na szczęście nie wiedział, że Monte były dwa .
Taki wstyd. Objadam dziecko. Dla jego dobra oczywiście. A jak to babcia przeczyta...

-------------------------------------------------

18 października 2017

Zaspaliśmy. Właściwie to zaspał mąż, a przez niego my, bo wyłączył i swój budzik, i mój. Wyskoczyłam z łóżka w tempie rakiety kosmicznej, obudziłam dzieci i podkręcałam właśnie tempo porannej rutyny, zastanawiając się, z czego mogę zrezygnować, gdy Starszak zaczął prosić, żeby nie iść dzisiaj do przedszkola... Taka piękna pogoda się robi, może byśmy poszli na długi spacer poszukać ostatnich kasztanów? Dopytałam, upewniłam się, że na pewno chce zostać. Potwierdził. Czas zwolnił, przestałam się śpieszyć i nawet humor mi się poprawił. Zgłosiłam nieobecność syna w przedszkolu.
Starszak zjadł śniadanie i powiedział, że jednak chce iść i zaczął pakować autka do plecaczka. Ja na to, że przecież nie chciał iść i już zgłosiłam, że go nie będzie, a tego nie da się odkręcić. On na to, że zmienił zdanie I IDZIE DZIŚ DO PRZEDSZKOLA. Ja, że kochanie już nie da rady, pójdziesz jutro. On, że IDZIE I KONIEC. I tu nastąpiło puszczenie tamy skumulowanych emocji i ogłuszyło mnie dzikie wycie. Młodszy zaczął starszego pocieszać, ja próbowałam stłumić narastające pulsowanie w skroni, czułam, że również zbliżam się do granicy. Usiadłam, zapytałam, czy chce się przytulić. Chciał. Powiedziałam, że widzę, że jest zły i rozumiem, że zmienił zdanie, jednak naturalną konsekwencją jego wcześniej podjętej decyzji jest to, że dziś niestety już nie może iść, ale za to spędzimy razem fajny dzień, a jutro już pójdzie do przedszkola. Syn na to, no dobrze i uspokoił się.
Uff.
Ciężko nadążyć za 5-latkiem.
Tylko spokój jest metodą w tym szaleństwie .
#selfreg
#rodzicielstwobliskosci
#dzienjakcodzien
-------------------------------------------

23 października 2017

Podczas porannych porządków nie mogłam znaleźć miotły. Przejrzałam wszystkie kąty, no nie ma. Przypomniało mi się, że wczoraj zamiatał mąż.
Dzwonię do niego:
- Kochanie, gdzie jest miotła?! - rzucam na wstępie.
- Jaka miotła? / (tylko facet może o to spytać...)
- No miotła, zamiatałeś wczoraj - mówię wkurzona, bo nieodkładanie rzeczy na miejsce to jego hobby i potencjalny powód rozwodowy.
- Odłożyłem tam gdzie zwykle.- mówi / (jaaaaaasne)
- Ale jej tam nie ma! Nigdzie jej nie ma! - poziom mojej irytacji sięga zenitu.
- To gdzie latałaś w nocy? - mówi ze śmiechem.
Oooo. Nasza dalsza konwersacja nie nadaje się do upublicznienia .
Z opresji wybawił mnie krasnal.
- Skarbie, gdzie jest miotła? - pytam synka.
- Tam! - pokazuje do góry rączką.
Patrzę... miotła leży sobie na regale z zabawkami, pod samiuśkim sufitem.
Obiadu nie będzie.


---------------------------------------------

15 listopada 2017

Jemy z chłopcami obiad. Za oknem słychać dźwięk odpalanego motoru.
- Brum brum! - mały ma świetny słuch.
- Tak skarbie, motor! - mówię.
- To skuter - mówi Starszak.
- Tak? A nie motor? - pytam zdziwiona.
- Nie, to skuter. Bo skuter ma takie pierdnięcie. - mówi poważnie.
Kurtyna.
Matka filolog spędza godziny i dni na edukacji krasomówczej i oratorskiej swojego 5-letniego syna, dba o jego rozwój, elokwencję, powiększa zasób związków frazeologicznych i robi co tylko może, by wychować go na językoznawczego Einsteina, ale na nic to.
Życia nauczy go ojciec, pasjonat motoryzacji wszelakiej, co po odgłosie silnika rozpoznaje markę. 

-----------------------------------------------

16 listopada 2017

Malując się rano spojrzałam krytycznie w lustro. Przyciemnione brwi i pomalowane rzęsy sprawiły, że w końcu nie wyglądałam na kogoś, kto wstał z łóżka 30 sekund temu. Tylko te brwi jakieś takie asymetryczne... Jedna wyżej, druga niżej, ciężko to poprawić makijażem. Ta jedna to całkiem całkiem, łuk brwiowy uniesiony, ale ta druga... Jakaś taka opadnięta... Ale jak ją uniosę, to są w miarę równe...
Istny cyrk i dzikie wrzaski dobiegające zza drzwi łazienki sprawiły, że zmuszona byłam zaprzestać te urodowe dywagacje i wrócić do matczynej rzeczywistości. Rozgromiłam walczącą o coś dziatwę i poszłam szykować śniadanie. Wtem usłyszałam trzask drzwi i okrzyk:
- Mamo! On zamknął się w łazience! - doniósł Starszak.
A w łazience, jak wiadomo, ogólnie dostępne niebezpieczeństwa. Rzuciłam garnek z owsianką, pobiegłam w te pędy, ledwo co wyrabiając na zakręcie i już już trzymałam rękę na klamce, już otwierałam drzwi, ale... Nie zdążyłam cofnąć nogi i pięknie, z całą mocą, jaką zamierzałam użyć do otwarcia drzwi, uderzyłam sobie nimi w łuk brwiowy.
Zwyczajny poranek wzbogacony został o całą feerię barw i milion gwiazd, które zobaczyłam przed oczami. Na chwilę też ogłuchłam, więc błoga cisza, której to mam zaszczyt zaznać dopiero po 20tej, przyćmiła nieco tępy ból rozchodzący się po mojej głowie. Gdy nieco doszłam do siebie, wyciągnęłam dziecko z łazienki i odważyłam się spojrzeć w lustro.
No, teraz oba łuki brwiowe są tak samo uniesione.
#nacokomumedycynaestetyczna
#dzienjakcodzien
#dzismelisazamiastkawy

----------------------------------------------------------

26 listopada 2017

Z racji tego, że Starszak bierze antybiotyk co 12 godzin, nastawiliśmy z mężem dwa budziki w swoich telefonach na po 3 w nocy, bo akurat tak wypada pora na kolejną dawkę. Dwa, bo podejrzewałam, że jeden budzik to któreś z nas może wyłączyć. Nie sądziłam jednak, że oboje wyłączymy swój budzik i pójdziemy spać dalej... Ja nie kojarzę nic, mąż mówi, że na niego fukałam, jak jego telefon zaczął grać, że po co to nastawia, jak jest weekend itp.
W związku z tym sy dostał lek z 40-minutowym poślizgiem, gdy ciszę nocną przerwał donośny płacz Młodszego. Żeby nie on, to pewnie spalibyśmy do rana, a jak wiadomo, przy antybiotyku bardzo ważna jest cykliczność.
Tacy to z nas rodzice roku - nieprzytomni z niewyspania .

----------------------------------------------------------

4 stycznia 2018

 Starszy leży w łóżku.
- Tato, daj bajkę na tablecie! - prosi.
- Wiesz, że tableta dostajesz w piątki. - odpowiada mu tata.
- A co dzisiaj jest?
- Środa.
Adi odśpiewuje do melodii "Panie Janie...":
- Poniedziałek, poniedziałek,
i wtorek, i wtorek,
środa czwartek piątek,
środa czwartek piątek,
sobota, niedziela....
Zaśpiewał cały tydzień.
- Tata, mówiłeś, że w jaki dzień będę miał tableta? - pyta jeszcze raz.
- W piątek. - przypomina mąż.
- Poniedziałek, poniedziałek... - śpiewa syn i cala zabawa zaczyna się od początku

----------------------------------------

5 stycznia 2018

Gdy musimy z mężem pilnie porozmawiać o czymś, czego nie może słyszeć dziecko, rozmawiamy po angielsku. Czasem zdarza mi się powiedzieć po angielsku co o nim myślę, gdy mnie wkurzy, oczywiście przemiłym tonem i z uśmiechem na ustach, z obietnicą czekającej go później pogadanki .
Dziś piątek - dzień w którym Starszak może pójść spać później niż zwykle, obejrzeć bajkę i zasnąć u nas. Już leżał wykąpany, gdy zachciało mi się czegoś słodkiego, co mi się rzadko zdarza. Zapytałam męża po angielsku, gdzie schował słodycze dzieci ze Świąt. Wiem, wiem, straszna jestem, cóż, oni też byli straszni dla mnie w dzień .
- Husband, where is the kids' bag with sweets from Christmas?
- You know, I just thought about the same thing? - odpowiedział. - We'll get to it when our little monster falls asleep!
- I can't wait! - zaśmiałam się.
Na co syn, który jak się wydawało zajęty był oglądaniem bajki, zaczął znienacka głośno i wyraźnie śpiewać:
- Łi łysz ju eleni krismas, łi łysz ju eleni krismas...!
Trzeci rok przedszkola i brzdąc wyłapuje, kiedy rozmawiamy po angielsku .
#RośnieNamPoliglota
#DziękiCiCartoonNetwork

---------------------------------------

17 stycznia 2018

Po całym dniu w wariatkowie, tfu, w domu, z jednym synem tuż po przeziębieniu i drugim przetrzymanym na wszelki wypadek, roztrząsaniu dramatów typu źle pokrojony banan, jabłko bez skórki, choć tym razem miało być z, słuchaniu półgodzinnego wycia Starszaka spowodowanego tym, że jakaś pani tuż przed nim wcisnęła guzik od świateł na przejściu dla pieszych dwa dni temu, zrobiłam ostry trening na macie z Mel B.
A teraz... siedzę i jem Mambę znaleziona w poświątecznej torbie ze słodyczami dzieci... 


---------------------------------------

1 lutego 2018

Starszy ma ferie. Mąż ma nadgodziny w pracy. Dziwny traf, też tak sądzę . Siedzę więc z dwójką dłużej niż zwykle, zanim wrócą ojcowskie posiłki. Dziś mój kubeczek cierpliwości został wyczerpany już w okolicach godziny 10-tej, zaraz po tym jak przerwałam młodszemu brzdącowi spacer po parapecie, ledwo uszłam z życiem po bliskim kontakcie z takim tam jednym hotwheelsem i wyczyściłam telewizor ze śladów po naklejkach, którymi to Starszak postanowił upiększyć nasze okno na świat.
Padłam na kanapę z kawą i zamiarem nieopuszczenia jej, póki nie ujrzę dna w kubku. Westchnęłam i powiedziałam pod nosem:
- Czy wy musicie oboje tak łobuzować od rana?
- Co dwie głowy, to nie jedna. - odparł rezolutnie Starszak.
Racja. 

---------------------------------------

7 lutego 2018

Rozmawiamy ze Starszym o jego ruszającej się jedynce. Szał i ekscytacja, bo przecież koledzy nie mają już nawet kilku zębów i u nich wróżka już była, no to kiedy jemu wypadnie?
- Mamo, a czy do mnie też przyjdzie Wróżka Zębuszka? - dopytuje syn.
- No chyba tak, skoro u kolegów była... - uświadomiłam sobie, że muszę zbadać temat, co by nie przepłacić .
- A dużo pieniążków przyniesie? - pyta syn.
- Hmm, chyba po jednym za ząbka... - waham się, czy będzie to moneta, czy papierek .
Po chwili namysłu syn stwierdza:
- A to ja nie będę dawał po jednym ząbku pod poduszkę. Będę je chował do swojej skrzyneczki, a jak uzbieram wszystkie, to wtedy włożę pod poduszkę i Wróżka przyniesie mi naraz duuuużo pieniążków! - tu wykonał gest szeroko rozpostartych rąk .

#BiznesŻycia
#RośnieMiRockefeller
#KtoZaToWszystkoZapłaci ?

-----------------------------------------

15 lutego 2018

Mój mąż ma w pracy samych 'prawdziwych' mężczyzn, którzy są aktywni fizycznie i tą aktywnością zarażają i jego. Od jakiegoś czasu więc dba o swoją kondycję, co też zaczyna być widoczne w jego muskulaturze.
Ja tymczasem musiałam chwilowo aktywności zaprzestać, bo nadwyrężyłam sobie jakiś mięsień w karku.
Przed pójściem spać próbowałam wcisnąć w zagłębienie między szyją a obojczykiem maksymalną ilość poduszki, by zminimalizować bolesny ucisk. Mąż przysunął się, by mnie przytulić.
- Oj czekaj, bo próbuję się z tym karkiem wygodnie ułożyć... - powiedziałam.
- Dzięki! - radośnie odparł on.


-----------------------------------

16 lutego 2018

W Walentynki syn przyniósł z przedszkola laurkę od koleżanki. Na drugi dzień odebrałam go z... kolejną laurką, od drugiej koleżanki.
- Kolejną dostałeś? Niemożliwe. - powiedziałam ze śmiechem, gdy schodziliśmy po schodach.
- Po prostu dużo dziewczyn z przedszkola mnie lubi. - stwierdził poważnie.
No po prostu .
A jeszcze niedawno mówił, że się ze mną ożeni...

#CastingNaSynową
#CzasStart

--------------------------------------

23 lutego 2018

Jadę ze Starszakiem samochodem. Na czerwonym świetle stajemy koło salonu samochodowego.
- Mama, zobacz tego jeepa! - wskazuje palcem za okno. - Takiego sobie kupię!
- No, to musisz się duużo uczyć, zdobyć dobry zawód, dobrą pracę i wtedy będziesz miał tyle pieniążków, że będziesz mógł sobie takie auto kupić. - mówię ze śmiechem.
- Co ty, mama! Najpierw to wiesz co trzeba mieć?
- Co takiego? - pytam.
- Najpierw to trzeba mieć portfel! Bo do niego się wkłada pieniążki i można je stamtąd wyciągnąć, a ja mam tylko skarbonkę! - mówi oburzony.
- Racja. Czas najwyższy ci kupić portfel. - stwierdzam.
- No czas najwyższy! - potwierdza on.
Po chwili mijamy drugi salon samochodowy.
- O, albo tutaj sobie kupię auto! - Syn znów wskazuje za okno.
- Naprawdę? - śmieję się.
- No dobra, kupię w tamtym salonie. Będzie bliżej.

#CiekaweJakieKupiMamie
#WożęPrzyszłegoMilionera

------------------------------------

3 marca 2018

Bawię się z moim 21-miesięcznym synkiem, który zaczyna coraz więcej mówić, ale idzie mu to wolniej, niż jego bratu w tym wieku. W pewnym momencie synek bawił się swoją ulubioną przytulanką - lwem. Złapał za jego wystającą z tyłu, zakończoną futerkiem część i powiedział:
- Ogon!
- Tak synku, to jest ogon. - potwierdziłam.
Wtedy on podszedł do mnie, sięgnął po moje związane w kitkę włosy i rzekł:
- Ogon!
Strach pomyśleć, na co jeszcze powie 'ogon'  .
------------------------------

6 marca 2018

Poranek. Remont trwa. Koczujemy całą czwórką na jednym pokoju, bo reszta mieszkania przechodzi lifting. Wszędzie pełno rzeczy, miejsca mało. Malowaliśmy do późna pokój chłopców, więc standardowa gwałtowna pobudka urządzona mi przez Młodszego wprawiła mnie w nastrój nie najlepszy, delikatnie mówiąc. Codzienne rutynowe czynności szły mi zdecydowanie wolniej, zwłaszcza że towarzyszył im harmider rodem z koszarowej stołówki. Obaj moi synowie z bateriami naładowanymi po nocy na 115% postanowili już z rana sprawić matce chrzest bojowy, co bym łatwiej zniosła potem trudy dnia powszedniego z dwójką urwisów u boku. Skakali, biegali, krzyczeli, rzucali się czym popadnie i gdy rozgardiasz ten osiągnął apogeum, moja cierpliwość, kulejąca i tak w ostatnich dniach, skończyła się gwałtownie i krzyknęłam:
- Cisza!!!
Chłopcy stanęli na ułamek sekundy, po czym wrócili do zabawy.
- Synu, uspokójcie się trochę. Mama jest od rana trochę zła, a jak mama zrobi się całkiem zła, to nikt z was nie będzie szczęśliwy, z tatą włącznie. - powiedziałam.
Na co Adi:
- Ale ja nie robię tego dla złości, tylko dla śmieszności!
To zmienia postać rzeczy . Zamiast krytykować, warto poznać motywy czyjegoś postępowania .
#Remont
#NiePolecam

---------------------------------------------------

piątek, 8 grudnia 2017

Słupsk - moje miasto, czyli co mnie tu trzyma?

Na lokalnej grupie mam na Facebooku ktoś zadał pytanie, jak żyje się w Słupsku? Jakie są ceny? Czy warto tu wrócić z emigracji?
 
Pierwsze, jak to zwykle bywa, posypały się komentarze negatywne. Pracy nie ma, kokosów nie zarobisz, nie ma możliwości rozwoju, drogo utrzymać dzieci, ja bym nie wróciła. Mówią to ludzie, którzy tu mieszkają. Jest im tu źle, ale wybrali życie tutaj.

I tak sobie myślę - współczuję. Ale nie rozumiem. Są różne sytuacje w życiu i abstrahując od rzeczywistej konieczności pozostania tu, to w każdym innym przypadku - co Was tu trzyma? Świat stoi otworem, można się spakować i szukać szczęścia gdzie indziej - w kraju lub za jego granicami.

Może zatem ja opowiem o tym, jak żyje się w Słupsku 4-osobowej rodzinie i co nas tu trzyma.


Zawsze byłam typem podróżniczki, babcia mówiła na mnie 'biała cyganka'. Wszędzie mi było dobrze, uwielbiałam nocować poza domem, jeździć w odwiedziny do rodziny, spędzać wakacje u dziadków. Za czasów nastoletnich byłam na pięciu zagranicznych koloniach, zbierając cudowne doświadczenia i poznając inny tryb życia w Czechach, we Włoszech, Francji, Hiszpanii i Grecji. Gdy poznałam Tomka (dzieliło nas 500km - klik), sporo czasu spędzałam w jego rodzinnym mieście. Później zaliczyłam kilka większych i mniejszych podróży z mężem, także po naszym pięknym kraju. Od kilku lat znacznie ograniczają nas dzieci, ale za jakiś czas odbijemy sobie i mam nadzieję, zaszczepimy bakcyla podróżniczego i im (o trasie z dziećmi pisałam tutaj - klik).

Mąż przez dwa lata po szkole pracował w swoim mieście, następnie przez jakiś czas jeździł do pracy za granicę, po czym przeprowadził się do Słupska i zaczęliśmy wspólne życie. Dzięki mojemu mężowi moglibyśmy w każdej chwili wyjechać do Niemiec i z miejsca zacząć tam legalnie żyć i pracować - mieszka tam też część mojej rodziny, podobnie jak we Francji. Przez kilkanaście lat miałam rodzinę w Hiszpanii, od kilkunastu mam w Szwecji. Jeśli bym chciała - tam miałabym punkt zaczepienia i łatwiejsze początki. Mogłabym wyjechać za granicę. Mogłabym wyjechać do rodzinnej miejscowości męża, na południe Polski. Mogłabym zamieszkać w miastach, które bardzo lubię - Wrocławiu, Poznaniu, Gdańsku. Mogłabym - ale nie chcę. Zatem za co lubię Słupsk?


BLISKOŚĆ

Słupsk ma 43km2. Można go przejść z jednego końca w drugi w ile - maksymalnie 2 godziny? Wszędzie jest blisko. Nie tracimy czasu na zbędne dojazdy, wszędzie można dojechać w kwadrans - zarówno komunikacją miejską, jak i autem. Tym drugim można swobodnie poruszać się po centrum - coś nie do pomyślenia w wielkich miastach. Dojazd do pracy zajmuje kilka minut. Nie wyobrażam sobie spędzać rano i wieczorem po dwie godziny w korkach czy środkach komunikacji. Wiem, że ludzie na całym świecie każdego dnia dojeżdżają dziesiątki kilometrów - to nie dla mnie. Życie toczy się poza pracą, chcę mieć na nie czas, czas dla rodziny, dla siebie.
Osiedla są małe, ale z dobrą infrastrukturą - co krok jest szkoła, przedszkole, place zabaw, a przynajmniej my takie osiedla wybieramy. Idąc na spacer na pobliski plac zabaw wiem na pewno, że spotkam tam kogoś znajomego, że syn spotka kolegów i koleżanki. Tego nie ma w dużych miastach.
Gdy wszyscy narzekają na wyrastające jak grzyby po deszczu markety, ja jestem zadowolona, że pod nosem mam Biedronkę, niedaleko Netto i wiele innych sklepów jest o przysłowiowy 'rzut beretem'. Nie marnujemy czasu na zakupy, nie spędzamy weekendów w galeriach, zakupy robimy wracając ze spaceru, nie musimy na nie specjalnie jechać.
Co prawda dzieci mam małe i dopiero teraz poznaję ofertę zajęć dodatkowych, ale także w tej kategorii można znaleźć coś fajnego. Basen czy karate także mamy niedaleko.


MORZE

Zazwyczaj jest tak, że gdy ktoś mieszka w górach, uwielbia morze. Ja mieszkam nad morzem i nie mam go nigdy dość. Nawet letni turystyczny gwar uwielbiam - ma to swój specyficzny klimat. Żyjąc tu i pracując nie plażujemy co prawda tak często jak turyści, ale nad morze jeździmy, gdy tylko zechcemy. Dwadzieścia minut jazdy (18km) i poobiedni spacer po plaży zaliczony. Piękne jest o każdej porze roku. Odpowiednia dawka jodu i od razu człowiek się lepiej czuje :).



ŚWIEŻE POWIETRZE

Pewnie przez bliskość morza powietrze w naszym mieście jest czyste przez większą część roku. Dni z naprawdę fatalną jakością powietrza bywa niewiele. Często, gdy prawie cały kraj oddycha smogiem - my oddychamy jodem ;). Ta świadomość, że nie trujemy się samym oddychaniem jest dla nas bardzo ważna, bo na dworze spędzamy z dziećmi bardzo dużo czasu.


 OKOLICA

Słupsk jest otoczony doliną Słupi, pięknymi lasami, kilkoma pięknymi jeziorami w okolicznych miejscowościach. Jest gdzie pojechać na wycieczkę latem, można zwiedzić całe wybrzeże na jednodniowych wycieczkach w tę i z powrotem :).


CENY

W komentarzach na Facebooku padł zarzut, że w Słupsku jest drogo. Drogie są mieszkania, drogie jest utrzymanie dzieci. Ja mam inne zdanie - w takim Gdańsku, to dopiero są ceny mieszkań i wynajmów! U nas można znaleźć naprawdę atrakcyjne oferty, rynek się zmienia. Podobnie z utrzymaniem dzieci. Jest duży wybór sklepów, ale jest też internet - wystarczy poszukać. Polując na wyprzedażach czy kupując na lokalnych grupach sprzedażowych można nabyć markowe ubrania (jeśli marka jest dla kogoś ważna) w atrakcyjnych cenach. Brakuje miejsc w przedszkolach, ale można się o nie starać co roku, do naszego także przechodzą dzieci z prywatnych.


ROZWÓJ

Miasto się zmienia, rozwija. Powstają nowe piękne osiedla, nowe miejsca. Ktoś mógłby powiedzieć, że firmy się otwierają i zamykają. To już nie te czasy, gdy człowiek przepracował całe życie w jednym miejscu pracy, jak większość rodziców moich rówieśników. Teraz to wręcz byłoby dziwne. Zaraz po studiach przez 3,5 roku prowadziłam własną działalność gospodarczą. Czy miałam w sobie żal czy smutek, gdy ją zamknęłam? Absolutnie nie. Tamten czas był cudowny i dał mi bardzo wiele pozytywnych doświadczeń, bardzo wiele się nauczyłam. Ale przyszedł moment, że straciłam do tego serce, albo inaczej, moim sercem całkowicie zawładnął mały synek. Zamknięcie firmy spowodowało, że otworzyły się przede mną kolejne drzwi, które również przyniosły wiele dobrego. Czy teraz miałabym mówić, że w Słupsku nie opłaca się nic otwierać? Otóż przeciwnie, opłaca się bardzo! Warto próbować, rozwijać się, iść do przodu. Nowe wyzwania są wspaniałe.


PRACA

Jak wszędzie - są oferty za najniższą krajową i są lepsze. Nie zgodzę się jednak z opinią, że w Słupsku nie ma pracy - kto szuka ten znajdzie. Dopiero szukając odkrywamy, ile tak naprawdę w Słupsku jest firm, o których nie mieliśmy pojęcia, które radzą sobie świetnie na rynku krajowym. Pracowałam w kilku różnych miejscach począwszy od klasy maturalnej. Mój mąż pracuje tu od 10 lat - w tym czasie także kilka razy zmieniał pracę, za każdym razem na lepiej płatną. Jeśli ktoś nas nie szanuje, nie docenia - sami zacznijmy się szanować. Nie liczmy, że ktoś nas pogłaska po główce, weźmie za rączkę i zaprowadzi w lepsze miejsce. Sami musimy zadbać o nasz rozwój.



Jedyne na co można według mnie narzekać, to ilość wydarzeń kulturalnych, jakie mają nam do zaoferowania ośrodki.  Dzieje się sporo, ale mogłoby więcej. Zazdroszczę większym miastom właśnie zaplecza kulturalnego. Ale to też specyfika miasta - często, gdy coś się dzieje, nie ma zainteresowania mieszkańców. Czyżbyśmy woleli spędzać czas wolny w domach? :)

Oczywiście tutaj trzyma mnie także rodzina i znajomi. Grono przyjaciół, z którymi znam się od podstawówki czy późniejszych lat edukacji - z którymi jestem w stałym kontakcie, na których mogę liczyć, to poza rodziną najważniejszy dla mnie aspekt. Tych bliskich znajomości, które utrzymały się przez przez te wszystkie lata, nie zastąpi żadna nowa znajomość z dorosłego życia - chociaż osobiście bardzo lubię poznawać nowych ludzi :).

Mój mąż, zapytany o to, za co lubi Słupsk, odpowiedział, że za to, że tak dobrze go przyjął :). Jakby nie patrzeć, przeprowadził się tu z drugiego końca Polski i jest mu tu dobrze. Dodał także, że nigdzie w Polsce nie ma tylu ładnych dziewczyn :). 


Nie wiem, czy tak będzie zawsze - być może kiedyś coś skłoni nas do wyjazdu, czy to tymczasowego, czy też na stałe. Wizja emerytury na Bora Bora też jest w marzeniach :). Póki co jednak - na co dzień dostrzegamy te pozytywne aspekty mieszkania w Słupsku.


W tym roku władze miasta szczególnie się postarały i na ulicy Sienkiewicza panuje iście bajkowy klimat:



sobota, 21 października 2017

Złoty środek w macierzyństwie - czy istnieje?

Odkąd zostałam matką mam wrażenie, że grupy rodziców dzielą się na tych, którzy widzą świat na biało i czarno, zapominając, że na świecie istnieje cała feeria barw. Rodzice na każdym kroku wzajemnie się oceniają, krytykując swoje wybory rodzicielskie i metody wychowawcze.

Jak sprawdzić, czy należysz do szanownego grona idealnych rodziców i tym samym masz prawo do krytykowania innych? Jakie rady i oceny chociaż raz słyszy każdy rodzic?
A no idzie to tak.

Rodzisz dziecko siłami natury - wtedy możesz nazywać się matką. Chyba, że rodzisz ze znieczuleniem zewnątrzoponowym, wtedy dbasz o własną wygodę, nie patrząc, że może to zaszkodzić dziecku. A jeśli rodziłaś przez cesarskie cięcie, no to sorry, nie możesz mówić, że rodziłaś - no bo nie rodziłaś, dziecko ci wyjęli przecież...

Karmisz piersią - super, jesteś Matką Polką, bio, eko i fit (bo wtedy chudniesz!), dajesz dziecku to, co najlepsze z natury. Ale pod żadnym pozorem, w żadnym wypadku, no nawet się nie waż choćby pomyśleć o podaniu swojego mleka z butelki, podaniu smoczka czy użyciu nakładek na brodawki, bo od tego zniknie ci pokarm! W jeden dzień!
Jeśli karmisz za wszelką cenę - męczysz siebie i dziecko, wtedy też je na pewno głodzisz, bo płacze przecież, no uparłaś się na to karmienie, a po co, czasem trzeba odpuścić, ja nie karmiłam i moje nie choruje... 
Jeśli już karmisz, to siedź w domu, nawet nie próbuj karmić w miejscach publicznych i narażać inne niewinne oczy na ten bulwersujący widok. 
I nie waż się karmić dłużej niż rok, bo wtedy to już krzywdzisz dziecko, po roku to sama woda, więc znów je głodzisz, poza tym niszczysz sobie piersi i no jak to, takie duże, to już patologia...
A w ogóle to po co chwalisz się tym karmieniem i sprawiasz przykrość wszystkim matkom niekarmiącym, przecież one też kochają swoje dzieci! Wywyższasz się, a przecież to nie ma znaczenia jak karmisz, ważne że nie głodzisz! Nie ważne, co z tego, że badania mówią inaczej.
Karmisz mlekiem modyfikowanym? No jak możesz, dajesz dziecku sztuczny wynalazek, idziesz na łatwiznę, jesteś wygodnicka, chcesz przesypiać noce mając małe dziecko - wstyd!

Dajesz smoczek - zapewniasz dziecku ukojenie, spokój, ale jednocześnie zapewniasz mu krzywy zgryz! Dziecko po roku ze smoczkiem to hańba! 
Jeśli nie dajesz, to przynajmniej nie zaburzy ci laktacji, ale wtedy co z ciebie za matka, pozwalasz dziecku płakać, nie dajesz uspokajacza...

Nosisz dziecko - przyzwyczajasz je, wejdzie ci na głowę, pozwalasz sobą manipulować. 
Nie nosisz dziecka, pozwalasz mu leżeć w bujaczku / leżaczku? Nie zapewniasz mu bliskości, stosujesz zimny chów, nie słyszałaś o rodzicielstwie bliskości??

Śpisz z dzieckiem - możesz je skrzywdzić, przygnieść, zrzucić, nie umiesz narzucić zasad, powinno spać w swoim łóżeczku.
Nie śpisz z dzieckiem - też je krzywdzisz, chcesz mieć całe łóżko dla siebie? Znów nie jesteś rodzicem bliskości...

Szczepisz dziecko - dbasz o jego zdrowie. Ale to znaczy, że nie czytałaś w ulotce o możliwych niepożądanych odczynach poszczepiennych (bo o możliwych niepożądanych działaniach występujących po zażyciu paracetamolu to każdy czytał), więc RYZYKUJESZ zdrowiem swojego dziecka! To może lepiej nie szczepić? Wtedy ryzykujesz, że zachoruje np. na gruźlicę, albo wyhoduje sobie w nosie pneumokoki antybiotykooporne... I jeszcze mogą ci ograniczyć prawa rodzicielskie, albo czort wie, czy nie zabrać ich całkiem i puścić za tobą w świat list gończy...

Trzymasz się zaleceń WHO co do rozszerzania diety, stosujesz na dziecku dzikie eksperymenty, jakimi dla niektórych jest zdrowe odżywianie, nie dajesz słodyczy? No i po co znowu jesteś taka eko, bio i fit, jak chemia jest WSZĘDZIE, to po co ją sobie ograniczać i zabierać dziecku dzieciństwo okraszone białymi kryształkami cukru? Dziecko musi jeść normalnie! Tylko zależy, co dla kogo znaczy normalnie... 
Dajesz dziecku parówki / Danonki /  Kubusia / gluten? No jak możesz tak je truć, nie słyszałaś o zdrowym odżywianiu?  Powinnaś od rana do wieczora stać w kuchni, robiąc zakwas na chleb, mleko kokosowe  i smoothie z jarmużu i avocado.

Normalnym jest za to, że w samochodzie małe dzieci mogą podróżować jedynie w fotelikach samochodowych. Masz taki? Uff? Oooo nie moja droga, bo co ty masz za fotelik! Nie markowy! To tak jakbyś nie miała wcale. I nie rwf? No jak to, nieważne, że auto masz za pięć tysięcy, fotelik za dwa tysiące musi być! Bo inaczej nie dbasz o bezpieczeństwo dziecka, tak mówią badania.
Aaa, masz rwf? No, teraz to wszyscy będą zaglądać ci do portfela, oskarżając o rozrzutność, a dziecko będzie ci się nudzić w aucie, nic nie widzieć i w ogóle to gdzie ono nogi założy! Na szyję??

Pozwalasz dziecku się ubrudzić, bawić w piaskownicy? Nie dbasz o nie, tam są ZARAZKI! 
Dbasz o jego czystość? No wiesz, dziecko nie może być wychowywane w sterylności...

Chwalisz dziecko? Myślisz, że wpływasz na jego rozwój, stosując pozytywne wzmocnienia, bijąc brawo? Ale z ciebie behawiorystka, tresujesz dziecko, zaburzasz jego zdolności do samooceny, uzależniasz jego samopoczucie od oceny innych... Nie chwalisz? Zaniżasz samoocenę dziecka, będzie się czuło niedoceniane, nic mu się nie uda w życiu...

Zapisujesz dziecko na zajęcia dodatkowe - dbasz o jego rozwój. Wróć, wypełniasz dziecku czas wolny, a ono się musi nudzić! Ale jak się nudzi, to przecież marnuje czas, nie rozwija się, musisz mu wymyślać jakieś kreatywne zajęcia...

I tak w kółko. Bez końca. Nie tknęłam tematu chrzcin, przekłuwania uszu niemowlakom, chodzików, pasty z fluorem, butów z twardą podeszwą, bajek, słoiczków, przedszkola, pory zasypiania dzieci... A przecież takich kontrowersyjnych tematów jest mnóstwo. 

I zawsze są dwie strony, zawsze są różne spojrzenia na dany temat. Każdy wybiera z tego to, co mu pasuje. 

Zabawne jest jednak, że w przypadku jednego tematu opieramy się na badaniach, a w przypadku innego te badania ignorujemy. 
Uważamy się za specjalistów w jakiejś dziedzinie i nawet nie dopuszczamy możliwości, że dla innych liczy się co innego, co innego jest ważniejsze. Zawsze warto jest rozmawiać. Tylko szkoda, że w przypadku tematów stricte dzieciowych rozmowa często szybko się kończy, przechodząc w płynące z dwóch stron monologi, czy wręcz elaboraty mające na celu przekonanie drugiej strony do swojego zdania. 

Dzielmy się wiedzą, uświadamiajmy, ale pozostawmy wolną drogę w wyborze innym ludziom.  

To ich życie, ich dzieci. Nie mam tu na myśli tematów, które nie podlegają dyskusji, takich jak bicie dzieci - stosowanie przemocy zawsze powinno być krytykowane. Ale wszystko inne podlega wyborom. Zanim więc skrytykujemy decyzje innych - skupmy się na swoich. Czy aby każda z nich jest tą najlepszą? 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...