sobota, 7 października 2017

Współczesne macierzyństwo - jakie jest?

Pewnie każda mama usłyszała chociaż raz od swojej mamy lub babci, jak to kiedyś było ciężko, a jak teraz mamy dobrze - słoiczki, pampersy, tysiące zabawek, same udogodnienia, nie mamy prawa narzekać! No właśnie - nie mamy?

KIEDYŚ

Moja mama zaszła w ciążę zaraz po szkole, jak 3/4 jej koleżanek z klasy. Miałam to szczęście, że po moich narodzinach nie pracowała zawodowo i była zawsze przy nas (jak większość kobiet z jej pokolenia). Rodzice przez pierwsze 4 lata po ślubie mieszkali już z nami raz u jednych teściów, raz u drugich. Mama opowiadała, że tata przynosił obiady z pracowniczej stołówki, nie musiała więc gotować. Dziadkowie pracowali, ale i tak były to dwie pary oczu więcej do przypilnowania dzieci w czasie, gdy tego pilnowania potrzebują najbardziej.

Potem przenieśliśmy się 'na swoje'. Ja i brat nie chodziliśmy do przedszkola, odpadał więc poranny ekstremalny wyścig z czasem. Nie mieliśmy tylu zabawek, nie było więc czego sprzątać, oboje z bratem szanowaliśmy każdą sztukę.
W moich wspomnieniach jest obraz mamy gotującej obiad przez pół dnia, kręcącej się po domu, ogródku, zajmującej codziennymi domowymi sprawami, czytającej książki i czasopisma, oglądającej seriale. Takie czasy. Na zakupy jeździło się raz na jakiś czas, nie było przecież tylu sklepów, galerii, nie było komputerów, internetu. Czas płynął wolniej - sama potrafiłam całe godziny, wieczory, weekendy spędzać na czytaniu książek lub szlajaniu się po okolicznych łąkach z bratem i sąsiadką. Mama nie wymyślała nam zabaw, nie wisieliśmy jej przy nodze, na przydomowym podwórku nie musiał nas nikt pilnować. 

TERAZ

Moje macierzyństwo od początku nie było takie, jak te mojej mamy, chociaż świadomie zaplanowane. Jeszcze z Adim w brzuszku zamieszkaliśmy na swoim. Urodziłam pierwszego syna, prowadząc działalność gospodarczą, w domu z nim siedziałam jedynie miesiąc. Dzięki temu, że mama zostawała z małym na kilka godzin, ale też zastępowała mnie w firmie, mogłam łączyć pracę z macierzyństwem.

Po urodzeniu drugiego syna chciałam skorzystać tak prawdziwie z urlopu macierzyńskiego. A jednak nie dla mnie siedzenie w domu, pomimo karmienia piersią udało mi się zrobić studia podyplomowe.
Spełniam się obecnie w tak wielu dziedzinach, a wciąż mam nowe pomysły na rozwój, które tylko czekają na to, aż wcielę je w życie. Przez to niestety szwankuję na niektórych płaszczyznach - teraz na przykład starszak jest w przedszkolu, młodszy ma drzemkę. W zlewie czeka sterta naczyń, na podłodze leży milion zabawek, a ja poćwiczyłam z Mel B i właśnie zasiadłam z gorącą kawą i pomalowanymi paznokciami do nadrabiania zaległości na komputerze. Dla mojej mamy i babci to nie do pomyślenia - według nich obowiązki domowe trzeba zrobić najpierw, a do pracy zasiąść w czystym domu. Tylko, że przy dzieciach nasz dom nie jest nigdy tak naprawdę czysty, zawsze jest coś do zrobienia, a jeśli zabiorę się za sprzątanie teraz, za chwilę okaże się, że na pracę czasu już nie ma. Mój mąż też nie zabiera ze sobą do pracy brudnych naczyń czy sterty prania - wychodzi z domu i poświęca się pracy. Ja zmuszona jestem pracować w domu, przy dzieciach, muszę więc sobie skrupulatnie ten czas na pracę i rozwój wydzielać, bo inaczej nie zrobię nic. 

Próbuję uszczknąć z każdego dnia chwilę dla siebie, chociaż są one bardzo krótkie. Męczą mnie ciągi nocy ze snem przerywanym kilkukrotnie - Maks ząbkuje i często się budzi. Póki karmiłam piersią szybciej się uspokajał, teraz potrzebuje więcej bliskości, a prawie 12 kg leżące na klatce piersiowej to ciężar, z którym ciężko spać. 

Jestem zmęczona, a jednocześnie nigdy dotąd nie żyłam tak intensywnie, w takim tempie. Odkąd zostałam podwójną mamą, poziom mojej organizacji wzrósł niesamowicie, chociaż wiem, że sama sobie utrudniam. Zahaczam o wyczerpanie fizyczne i emocjonalne, a jednocześnie kocham swoje życie.

Mogłabym skorzystać z tego czasu i po prostu nic nie robić. Nic poza opieką nad dzieckiem, której mój 16-miesięczniak wymaga non stop. Dzieci w ogóle są dzisiaj o wiele bardziej wymagające, niż kiedyś. Pamiętacie powiedzenie "Dzieci i ryby głosu nie mają"? Moje dzieci mają głos i liczymy się z nim. My jesteśmy aktywni, rozwijamy swoje pasje i tego samego uczymy naszych synów. Adi zapragnął w tym roku chodzić na karate, to wozimy go dwa razy w tygodniu na zajęcia, chociaż nam się nie chce :). Jednak nie wypełniamy mu każdej wolnej chwili, zgodziliśmy się na jedne zajęcia dodatkowe, on też musi się trochę ponudzić, pobudzić wyobraźnię do samodzielnej zabawy.

Uwielbiam wszechobecny dostęp do wiedzy. Moi rodzice uczyli się na własnych błędach, ja mogę przeczytać o wszystkim, o każdym etapie rozwoju dziecka, o sposobach na odpieluchowanie, o rozszerzaniu diety, opinie o przedszkolu itp. Moja mama ze swoimi niepokojami była sama lub dzieliła się nimi przy okazji spotkań towarzysko - rodzinnych, ja mogę w każdej chwili porozmawiać z koleżankami w realu i w internecie.

Tak jak mama, gotuję. Bardzo rzadko zdarza nam się zjeść coś na mieście, jeszcze rzadziej kupujemy coś gotowego. Lubię sobie coś upichcić, choć obecnie chyba nie lubię gotować. Męczy mnie wymyślanie posiłków, planowanie zakupów pod nie, robienie obiadu nam i zupy co 2 dzień dla dzieci. Czas na to poświęcony wolałabym spędzić inaczej. Świadomość żywieniowa nie pozwala mi jednak nie gotować. Musimy jeść, dzieci muszą jeść i musi to być zdrowe. Adi po przedszkolu musi mieć zupę. Staram się więc działać maksymalnie ekonomicznie - planuję posiłki, robię jedne ogromne zakupy raz w miesiącu, mrożę owoce i warzywa sezonowe, co nieco wekuję.

Współczesne matki nie mają lekko, a ich największym wrogiem jest CZAS. Czas, którego w dobie jest tyle samo, co 30 lat temu, czas, który upływa jednak znacznie szybciej niż kiedyś, czas, którego brakuje każdemu. Żyjemy obecnie bardzo szybko, mamy tysiące spraw do załatwienia każdego dnia, staramy się je wypełnić maksymalnie, a i tak często wieczorem mamy poczucie porażki, bo z czymś nie zdążyłyśmy. Dziś jest o tyle trudniej, że świat wymaga od nas więcej, więc i my więcej wymagamy od siebie. Pogodzenie współczesnego macierzyństwa z pracą zawodową i rozwojem osobistym jest niczym balansowanie na wysokościach, na cienkiej linii w cyrku. Często coś odbywa się kosztem czegoś. Gdy mąż przejmuje opiekę nad dziećmi, muszę wybierać, na co poświęcę popołudnie czy wieczór. Nie da się zrobić wszystkiego, nie ma co się łudzić. Ale też nie wszystko muszę robić co dzień. Nie co dzień muszę sprzątać, nie co dzień muszę biegać, co dzień za to muszę mieć czas dla rodziny i dla siebie.

Grunt, to nie mieć zbyt wygórowanych oczekiwań co do rzeczywistości przy małych dzieciach - pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Z drugiej strony jednak nie ma co traktować dziecko jako wymówkę - nie mam kompletnie na nic czasu, bo mam dziecko. Lenia mam, a nie brak czasu :). A jeśli czasem narzekamy? Wtedy wystarczy nam, że ktoś nas wysłucha i powie: rozumiem cię, też tak mam, to minie. Najważniejsza, jak we wszystkim, jest równowaga. My kobiety, każdego dnia udowadniamy, że się da. Wszystko się da - dla nas nie ma niemożliwego i dlatego jesteśmy tak fantastyczne, w każdej roli, w jaką wpisuje nas galopujące życie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...