piątek, 9 czerwca 2017

O kobiecie, której nie lubię

Ona.

Wstaje rano i już wie, że będzie dziś zła (wróżka?). 

Niepotrzebnie siedziała do późna w nocy, próbując wycisnąć z wieczoru ile się da. Patrzy w lustro z niechęcią - cera blada, worki pod oczami. Próbuje przykryć je nieco korektorem. Włosy też nie bardzo, a wczoraj je myła. Lepi szybki koczek na czubku głowy. Staje na wadze - nic nie drgnęła od wczoraj. 

Wizytę w kuchni rozpoczyna od zrobienia kawy. Mocnej. Zerka na stos naczyń na suszarce - mąż nie pochował, a to jego obowiązek. Posyła mu w myślach wiązankę przekleństw.
Ubiera się w byle co. Budzi starszego syna. Ten nie chce wstać, pogania go. Patrzy na zegarek - żałuje, że przesunęła budzik o dwie drzemki. Nie ma czasu na ceregiele. Wsypuje synowi płatki kukurydziane, dodaje banana, zalewa jogurtem. Syn zadowolony z płatków, ale ich nie chce, bo z bananem. Przecież lubi banana? Lubi, ale do owsianki, do płatków nie lubi. Ona wyciąga plasterki banana spomiędzy płatków - no, to śniadanie ma już za sobą. Młodszy syn budzi się z rykiem. Dostaje mleko, co go trochę uspokaja. Ona próbuje go ubrać, jednocześnie poganiając starszego. 

Wychodzi z dziećmi na klatkę - zaczęło padać. Wróć - lać jak z cebra. To wraca i ona do domu po kurtkę przeciwdeszczową dla syna, folię do wózka i parasol dla siebie. Biegną do przedszkola, szybki cmok i powrót z młodszym do domu.

Od progu zauważa to, czego rano nie chciała widzieć. Wszędzie walające się zabawki. Większe i mniejsze. Autka, misie, puzzle, kredki, klocki, figurki, samoloty, pociągi. Zajmie się tym później.
Daje młodszemu śniadanie. Ten nie chce jeść inaczej, jak zabawiany zmieniającą się co dwie minuty rzeczą. Bawi się nią, je kilka łyżek i wyrzuca zabawkę na podłogę. Ona schyla się, podaje mu i tak sto dwadzieścia osiem razy do końca śniadania.

Zaczyna ogarniać mieszkanie. Młodszy chodzi za nią, marudzi. Jest nie w sosie, zupełnie jak ona. Bierze go na ręce, on się przytula - czas na drzemkę. A nie zdążyła zrobić połowy z rzeczy, które zazwyczaj wykonuje do drzemki. Siada z dzieckiem wtulonym w jej szyję, mały zasypia. Dla pewności siedzi tak z nim chwilę, przeglądając internet w telefonie. 

Odkłada go do łóżeczka, wypija resztki zimnej kawy. Ogarnia kuchnię, zaczyna rozwieszać pranie. Mały budzi się z rykiem po kwadransie. Bierze go na ręce, siada na kanapie, tym razem z poduszką pod głową. Robi lekcję angielskiego w telefonie, próbuje odłożyć małego do łóżeczka. Ten włącza syrenę przy najmniejszej próbie odklejenia go od mamy. Siada z nim ponownie. Podejmuje jeszcze dwie próby odłożenia dziecka po chwili dłuższej i krótszej, w końcu rezygnuje. Mości się wygodniej na sofie, z prawie jedenastoma kilogramami na klatce piersiowej. Głowę opiera o poduszkę. Nawet nie wie, że zasypia.

Budzi się z powodu przygniatającego ją ciężaru. Patrzy na zegarek, dwunasta! Spała z dzieckiem dwie godziny! Mały pomału się rozbudza, tym razem się wyspał - chociaż jemu było wygodnie. Zajmuje się chwilę zabawkami, ona rozwiesza pranie, które wygniotło się już maksymalnie, leżąc w pralce. Podejrzana cisza od dwudziestu sekund sprawia, że ona wychyla się z łazienki. Zastaje małego dziecia przeżuwającego właśnie kawałek ręcznika papierowego, który sięgnął sobie z szafki. Daje mu popić wody.

Wbiega do kuchni z zamiarem ekspresowej organizacji obiadu. Hmm, nie wyciągnęła mięsa do rozmrożenia. I nie kupiła warzyw. Trudno - będą paluszki rybne. Mały ma zupę z wczoraj na szczęście. 

Próbuje zrobić cokolwiek z listy zadań do wykonania, co chwilę przerywając, by ratować młodszego z zakamarków, w jakie się wciska. Odpowiada na trzy maile, jednak szef zarządza fajrant i zaczyna jęczeć. Ona zerka na zegarek - czas iść po starszego. Stoi już ubrana, z dzieckiem zapakowanym w wózek, gdy dzieć postanawia załatwić pilną potrzebę. Wyciąga go z wózka, rozbiera, zmienia pieluszkę. Pakuje ponownie, wychodzą. Starszy wita ją chmurną miną, bo kolega nie chciał się podzielić autkiem. Zostają na trochę na placu zabaw, ale wracają z niego z rykiem starszego, bo zgubił hotweelsa w piasku. Żąda natychmiastowej rekompensaty w postaci nowego auta.
W domu nadal jest obrażony na cały świat i odmawia zjedzenia surówki z kapusty kiszonej, jedynego warzywa, jakie ona znalazła w lodówce. Młodszy pluje zupą na kilometr. Super, a wczoraj myła podłogę.

Dzieci idą się bawić do swojego pokoju. Ona robi rekonesans, czy w zasięgu ręki małego dziecia nie ma zbyt drobnych przedmiotów. Idzie zrobić sobie drugą kawę, z zamiarem wypicia jej na ciepło. Młodszy psuje starszemu kolejkę z aut ułożonych na podłodze. Jęczą oboje - jeden, bo drugi mu psuje, drugi - bo chce psuć, a nie może. Ona zajmuje młodszego gitarą zabawkową. Idzie wziąć łyka kawy, słyszy huk. Wychyla się z kuchni i widzi, jak młodszy sięga po baterię, która wypadła z gitary i chce ją ugryźć. Ona rzuca się z okrzykiem "nie!", mało nie zabijając się o panel, który dla bezpieczeństwa młodszego chwilowo odgradza wejście do kuchni. Młodszy podskakuje ze strachu, odrzuca baterię i zaczyna zanosić się płaczem. Nosi go na rękach do uspokojenia, w tym czasie starszy włącza piosenkę pt. "Nudzę się" i przewija ją co chwilę od początku. Ona gra z nim w kółko i krzyżyk jedną ręką, drugą przytulając cały czas młodszego.

Wraca mąż. Wita go z chmurną miną. Ona mówi mu z wyrzutem o nieopróżnionej suszarce. On opowiada o pracy. Ona opowiada, czego nie udało jej się zrobić i z jaką ledwością przetrwała do jego powrotu.
Popołudnie mija w tempie pstryknięcia palcami. Nic jej nie wychodzi, jest zła, zmęczona. Nie będzie dziś biegać. Ćwiczyć też jej się nie chce. Chciałaby... sama nie wie czego. Chowa się w kuchni i zjada dwa rządki czekolady. Super. Jutro też nie ma co się ważyć.

Wieczorny rytuał przebiega opornie. Małe wampiry energetyczne, wysysające energię z rodziców robią wszystko, by nie pójść spać. Gdy w końcu to robią, jest dwudziesta pierwsza. Ona nie ma siły na nic. Robi wieczorny obchód mieszkania i ogarnia co nieco. Segreguje wysuszone pranie, prasuje to, co wymaga prasowania. Siada do komputera z zamiarem pracy twórczej. Gonią ją terminy, ale słowa nie przychodzą. Wpatruje się w pustą kartkę. Kończy się na tym, że przegląda Facebooka. Znajomi odzywają się na Messengerze. Pisze z nimi chwilę, ale czuje, że ma dość tego dnia. Kładzie się z zamiarem poczytania. Łapie się na tym, że czyta każde słowo po kolei, nie dając się wciągnąć w fikcję literacką. Nie jest w stanie czytać tak szybko, jak zazwyczaj, co ją strasznie męczy. Zirytowania postanawia pójść spać.

O dziwo nie zasypia od razu. Myśli o tym, jak nie lubi takich dni, jak nie lubi siebie w takie dni. Jak mało dziś zrobiła. Jak ją dzieci irytowały. Jak mąż ją denerwował. Jak cały dzień zmarnowała na wkurzanie się, sama nie wie na co. Jak powinna być wdzięczna, za to co ma. I zazwyczaj jest. Tylko nie dziś. Dziś ma dość tego kołowrotka i chce jedynie zasnąć. Bo wie, że jutro przyjdzie...


Ona.

Wstaje po pierwszych dźwiękach budzika. Idzie do łazienki, uśmiecha się do siebie w lustrze. Robi szybki makijaż. Z brwiami i rzęsami zaczyna wyglądać na osobę, której można sprzedać piwo bez pytania o dowód. Rozczesuje włosy, hmm, przyklapnięte jakieś. Psika je suchym szamponem, zbiera w kok. Ubiera się wygodnie. W kuchni wypija wodę z miodem i cytryną, zalewa owsiankę mlekiem. Gotuje starszemu płatki jaglane z rodzynkami. Wyjmuje coś na obiad z zamrażarki. Budzi dzieci. Wszelkie próby jęczenia zdusza w zarodku łaskotaniem i całuskami.

Poranek przebiega sprawnie, nastawia pralkę przed wyjściem do przedszkola. Po powrocie z niego i nakarmieniu młodszego z pomocą grzechotki w wersji eko (butelka wypełniona makaronem), organizuje mu zajęcie na całe pół godziny, w postaci zestawu garnków, pokrywek i łyżek. Przy dźwiękach domowej perkusji jak burza przechodzi przez mieszkanie, doprowadzając je do porządku. Robi sobie kawę, dorzuca do owsianki owoców i zjada na stojąco. Czas na drzemkę dziecka - roztkliwia się przytulając małe ciałko i głaszcząc piórka na główce syna. Po odłożeniu go do łóżeczka wrzuca kilka warzyw do garnka i gotuje zupę dla dzieci. Dom ogarnięty, może teraz usiąść z jeszcze ciepłą kawą i załatwić najpilniejsze sprawy na komputerze. Syn budzi się po godzinie i kontynuuje dosypianie na mamie. Ona wykorzystuje ten czas na nadrobienie lekcji angielskiego na aplikacji Duolingo i przeczytanie rozdziału książki. Gdy drzemka dobiega końca, synek budzi się uśmiechnięty. Ona również się uśmiecha - takiego ma już dużego klocka, a jeszcze wczoraj był tyci tyci. Spędzają czas na zabawie, mały brzdąc już doskonale rzuca piłką i naśladuje brata w jeżdżeniu autkami po podłodze.

Gdy odbiera starszego syna z przedszkola, ten rzuca się na nią z okrzykiem "Mama!" i zaczyna gorączkowo opowiadać, co też ciekawego się dzisiaj wydarzyło.

W domu dzieci zjadają zupę, ona śmieje się, że ma dwa dzioby do wykarmienia, bo starszy też się lubi czasem popieścić i prosi, żeby mama mu pomogła. Bawi się chwilę z nimi, ze wzruszeniem obserwując, jak jedno lgnie do drugiego. Jak się przytulają i wygłupiają, jak starszy prowadzi młodszego za ręce. Gdy bawią się wspólnie na podłodze, ona wrzuca do garnka na parę kawałek mięsa i kilka warzyw. Zalewa kuskus wrzątkiem i dodaje do niego przypraw.

Wraca mąż, jedzą obiad. On przejmuje dzieci, ona nadgania zaległe sprawy i idzie biegać / ćwiczyć. Wieczorny rytuał przebiega bez zakłóceń. Ona kręci hula hoopem w rytm muzyki, a z łazienki dobiegają wesołe piski i śmiechy dzieci i męża.

Ona usypia młodszego, mąż czyta bajkę starszemu. Później ona idzie na wieczorne przytulaski do starszaka. Gdy dzieci zasną, oboje z mężem ogarniają co trzeba, jedzą kolację, rozmawiają. Mąż rzuca jej loda z zamrażarki - pal licho dietę, należy jej się. Jutro poćwiczy dłużej.

Siada do komputera, słowa szybko układają się w tekst, który chodził za nią od tygodnia. Kończy zadowolona. Siada w łóżku z książką, połyka jej połowę w godzinę. Mąż i dzieci śpią. Dom jest cichy, spokojny. Ona jest trochę zmęczona, ale zadowolona. Dziś był dobry dzień. Lubi takie dni.

-----------------------

Obie One - to ja.

Na co dzień jestem tą drugą na szczęście. Pozytywnie nastawioną do życia, uśmiechniętą i zorganizowaną kobietą. Ale czasem, tylko czasem, jestem tą, której nie lubię. Wkurzoną dziewczyną z naburmuszoną miną, czepiającą się o wszystko. Nie lubię jej bardzo, ale jestem jej wdzięczna za to, że czasem się zjawia i pokazuje mi, jaka nie chcę być. Dzięki temu wiem, że jest sens pracować nad sobą. Jest sens co wieczór dziękować za to, co mam, nie dawać się trudom i szukać pozytywów na każdym kroku.

Bo żyjemy przecież tak, jak chcemy, z takim nastawieniem, jakie chcemy mieć. Nastawieni negatywnie - nie zauważamy spotykających nas na każdym kroku radości. Nastawieni pozytywnie - nie zauważamy wielu rzeczy, które mogłyby popsuć nam humor. Więc nic go nam nie psuje ;).

Nie szukaj drogi do szczęścia - to szczęście jest drogą. Krocz nią każdego dnia - z uśmiechem.

6 komentarzy:

  1. Jakże często mam wrażenie, że jestem jedną osobą, ale składam się z wielu pomieszanych ze sobą jednostek, jednak choć dostrzegam między nimi różnice, zawsze przebija się ich wspólny klucz - celebracja codziennych dni. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz świetny styl pisania! Odnajduję siebie w obu bohaterkach, choć nie mam partnera ani dzieci. Ale za to opiekuję się mamą w stanie wegetatywnym i babcią, a to nieporównywalnie cięższe niż opieka nad mężem i dziećmi. Ostatnio niestety bliżej mi do pierwszej bohaterki :/ Niestety nie zawsze da się mieć pozytywne nastawienie.
    http://altealeszczynska.blog

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo przyjemny tekst. Mi czasem zdarza się zapomnieć o dobrym nastawieniu, nie jest to takie łatwe ale staram się nad tym pracować :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zabawne, naparwdę kocham Twój styl i szczerość :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Chyba każdy z nas ma takie dwie strony. Ta wkurzona i zmęczona przeważnie wita mnie pod koniec tygodnia.

    OdpowiedzUsuń
  6. podstawowa zasada - nie wynosimy resoraków z domu !!!

    M.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...