czwartek, 22 września 2016

Chrzest Święty

W zeszłą niedzielę chrzciliśmy Maksyma. Z tej okazji zjechała się do nas delegacja rodzinna ze strony męża i spędziliśmy razem krótki, acz bardzo przyjemny weekend. Jako, że rodzinka z południa, ugościłam ich obiadem rodem z nadmorskiej promenady, tj. rybką w panierce z frytkami i kapustą kiszoną. Zaliczyliśmy obowiązkową wycieczkę nad morze.

Sama Msza i uroczystość Chrztu bardzo mnie wzruszyła. Zaczęło się już w piątek, gdy zabiegani, sprzątający po szybkim remoncie, zostawiliśmy dziećmi z babcią i wyskoczyliśmy wieczorem na spowiedź. Chrzest zaplanowaliśmy w małym Kościele w mojej rodzinnej miejscowości, ze względu na klimat, jaki tam panuje, maksymalnie dwa Chrzty naraz i moje wspomnienia. z dzieciństwa. Adrian też był tam chrzczony. 

Docelowo miała to być spowiedź przed Mszą i ewakuacja przed jej rozpoczęciem. W konfesjonale trafiliśmy na proboszcza. Ksiądz słysząc kiedy byliśmy ostatni raz u spowiedzi nieźle nam pojechał... Miał prawo, takie jego zadanie. Wróciliśmy do ławek z podkulonymi ogonami, a wtedy zaczął grać zespół... Nowy skład, kilka instrumentów, wokal męski i damski. Było coś niesamowitego w tej chwili, w zespole grającym w dzień powszedni na Mszy o 18, w niewielkiej grupie ludzi, którzy na nią przyszli. Spojrzeliśmy na siebie z mężem, kiwnęliśmy głowami - zostajemy. Głupio tak wyjść, gdy proboszcz patrzy, gdy tak pięknie grają. Dawno już nie było we mnie takich emocji. Piękne kazanie - o tym, żeby się na chwilę zatrzymać w tym pędzie życia, żeby zwracać uwagę na małe rzeczy, na siebie nawzajem... Z Kościoła wyszliśmy wręcz uduchowieni, jakkolwiek to nie zabrzmi. Uczucia te towarzyszyły mi także na Chrzcie Maksa. 

Sam Maksym pokazał charakterek - podczas, gdy ksiądz polewał mu główkę wodą, zrobił głośną kupę :). Konieczna  była wizyta w zakrystii. Adrian nie mógł usiedzieć w ławce i ciągle coś mówił normalnym tonem, żeby nie powiedzieć głośno. Dziadka wypytywał, czy naprawił mu zabawki, a jak klęczałam po Komunii ciągnął mnie za ramię i mówił "Mama, wstawaj!" :).

Chrzciny Adriana robiliśmy w domu. Tym razem postanowiliśmy być mądrzejsi i wynajęliśmy salę w restauracji. Całe szczęście - jak miło było nie martwić się o nic. Jedynie tort zrobiłam samodzielnie. Maks jest strasznie ulewającym niemowlakiem, więc chętni do noszenia go robili to ze strachem w oczach :)

Natomiast większość zdjęć z uroczystości mamy tego typu:


Pozdrawiam fotografa :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...