sobota, 8 października 2016

Urlop macierzyński

Śpię. Mały Ktoś zaczyna jęczeć. Zapalam lampkę, biorę go - super, pielucha przeciekła. Zmieniam pajaca, pieluszkę, do cyca. Jeśli pospałam dłużej, włączam tv i oglądam nocne "Wiem, co jem" lub inne "Katastrofy w przestworzach", aż ssak się naje. Jeśli chwilę wcześniej się położyłam, siadam w pozycji półleżącej z głową opartą o parapet i karmię po ciemku, przysypiając. Gdy zje, odkładam go. W lepsze noce pobudka jest jedna, w gorsze trzy.

6 rano, zaczyna świtać, jęczenie się powtarza. Biorę Maksa, czuję - kupa. Zmiana pieluszki, karmienie, budzik męża. On wstaje do pracy. Jeśli była dobra noc i nie musiałam często wstawać, idę pobiegać zanim on wyjdzie.  Jeśli noc była ciężka, idę dalej spać, jednak nie na długo. Po 7 słyszę tupot większych, a jednak wciąż małych stóp i drugi syn pakuje mi się do łóżka z hasłem "bajki!". Adi dochodzi do siebie po infekcji, nie idzie do przedszkola. 

Mąż włącza telewizor przed wyjściem do pracy, młodszy jeszcze śpi, więc próbuję przykimać. W odpłynięciu w krainę snów na dobre przeszkadza mi milion pytań padających z ust starszego ("Mama, a kiedy wstaniemy?", "Mama, a czy idę dzisiaj do przedszkola?", "Mama, jestem głodny! Kiedy zrobisz śniadanie?). 

W okolicy 8 młodszy budzi się na dobre. Wstaję, szykuję płatki dla Adriana, zalewam swoją owsiankę wrzątkiem i wypijam szklankę wody z miodem i cytryną. Wracam do łóżka nakarmić Maksa, Adi je śniadanie. Wstajemy, ubieramy się. Starszy idzie się bawić tysiącem autek, młodszemu włączam karuzelę w łóżeczku i daję w łapkę grzechotkę. Ogarniam łóżka, siebie z grubsza, nastawiam pranie, ściągam pranie, które już wyschło. Młodszy ulewa notorycznie, zanim zdążę się uczesać i umalować na tyle, aby nie wystraszyć listonosza, przebieram go ze trzy razy i ze dwa zmieniam pieluchę - efekt nocnego jedzenia :).

Starszy chce jabłuszko. Obrane i pokrojone w kawałki. Dostaje. Szybko zamiatam podłogę w całym mieszkaniu, bo przedszkolak bawi się na panelach, pucując całym sobą wszystkie kąty. Pralka stanęła, rozwieszam ubrania. Nastawiam obowiązkową dla Adriana zupę i zaczynam szykować drugie danie. Młodszemu znudziło się w łóżeczku. Chwila noszenia na rękach i ląduje w leżaczku. Szybko zjadam zimną już owsiankę i zapijam kawą inką, marząc już o prawdziwej. 



Żeby nie było - zdjęcie zrobione jeszcze w czasie, gdy młodszy kopał mnie z brzucha.
 Obecnie nie ma szans na takie ceregiele rano.

Ustawiam młodszego w leżaczku tak, żebym widziała go z kuchni i zaczynam zmywać stertę naczyń, która powstała nie wiadomo skąd, bo przecież wieczorem zmywałam. Przerywam i kilka razy idę do pokoju Adriana na wołanie "Mamo, a chodź zobacz", "Mamo, nie mogę znaleźć...", "Mamo, a gdzie jest mój...".

Maks zaczyna jęczeć, jest po 10, pora na cyca i pierwszą drzemkę. Siadam na pół godziny, Maks zasypia. Odkładam go, kończę obiad, zabieram się za prasowanie sterty prania z wczoraj. Młodszy się budzi. Ulewa, kolejne przebierania. Po 11 Adi chce zupę. Zjada, zbieramy się na dwór. Zbieramy się tak nawet godzinę, bo a to kupa, a to ulanie, a to znowu młodszy brzdąc jest głodny. Idziemy na plac zabaw. Adi biega w najlepsze. Po 30 minutach Maksowi nudzi się leżenie w wózku i żąda możliwości oglądania świata z wysokości matczynych rąk. Noszę go tak aż a) nie zaśnie, b) ręce zaczynają mi odpadać. Jeśli zaśnie, zostajemy jeszcze, jeśli nie - wracamy do domu i Maks zasypia dopiero na piersi. 

Razem z Adim zjadamy drugie danie. Maks wstaje, kładę go na matę w pokoju Adriana i zaczynamy bawić się autkami. O 16 wraca z pracy mąż. Kolejne pół godziny z Maksem przy piersi. Jeśli jest ładna pogoda, chłopaki idą jeszcze na dwór, a ja mam półtora godziny na komputer / zakupy / odwiedzenie babci / ćwiczenie / bieganie. O 18 kolacja, mąż szykuje Adrianowi, ja karmię Maksa. Chwila zabawy i kąpiel. Mąż kąpie Adriana i czyta mu bajkę przed snem, ja kąpię i usypiam Maksa na piersi. Gdy zaśnie, idę do Adriana na wieczorne przytulaski i czekam, aż zaśnie. Między 19 a  20 dzieci śpią. Mamy z mężem czas dla siebie. Wieczory lecą bardzo szybko i około północy padamy jak kawki.

Oczywiście nie uwzględniłam wielu pobocznych czynności, które wykonuję każdego dnia. Nieco luźniejszy poranek mam, gdy Adi jest w przedszkolu i w weekendy. Nie mniej dzień za dniem leci tak szybko, a ja mam wrażenie, że ciągle coś robię, bo też ciągle jest coś do zrobienia. Niby pracując też to wszystko robiłam i to w krótszym czasie, a jednak praca poza domem pozwala na zdystansowanie się do domowych obowiązków. Niestety mam w sobie tą paskudną cechę, która nie pozwala odpuszczać. Dziecko śpi dłużej? A to poukładam jeszcze w szafie...

Nie ma co ukrywać, że dużo czasu zajmuje też karmienie piersią. Dziecko wisi na niej średnio 10 razy na dobę, raz dłużej, raz krócej.  Łatwiej będzie po 6 miesiącu, gdy zacznie się rozszerzanie diety.

Tymczasem czuję się ostatnio niczym chomik w kołowrotku, biegnę, biegnę i końca nie widać. A przecież mam wolne :).

Ten kto nazwał ten czas urlopem grubo się pomylił. Na pewno to był facet. 

2 komentarze:

  1. ha ha skąd ja to znam? moja Żona ma tak samo i bardzo Wam współczuję ale zapewniam w imieniu facetów, że robimy wszystko co w naszej mocy aby Wam pomóc ;-)

    choć teraz będzie zły czas, bo póki pogoda pozwalała to po pracy zabierałem Chłopaków na dwór a teraz na dworze jest strasznie :-(

    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój mąż też coś zaczyna się buntować, że za zimno, że wieje, czy coś? No przepraszam, a to moja wina? :)
      A poważnie, pamiętaj także, żeby odciążać żonę w obowiązkach domowych, żeby ona też mogła beztrosko spędzić czas na zabawie z dziećmi, nie myśląc o tym, co jeszcze musi zrobić...

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...