Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie piersią. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie piersią. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 maja 2017

Laktacyjni specjaliści

Rodzisz dziecko. Zaczynasz karmić je piersią. Pojawiają się problemy (słabe przybieranie na wadze, ciągły płacz, wzdęcia, kolki itp). Problemy, na które całe twoje otoczenie ma jedno orzeczenie w trzech wersjach - "nie masz mleka / masz za mało mleka / masz chude mleko" i jedno lekarstwo - "podaj mleko modyfikowane".

Litości!

Mleko modyfikowane nie jest lekarstwem na nic. Lekarstwem właśnie może być mleko mamy.

Zastanawia mnie, skąd wzięło się to przekonanie, że mm jest rozwiązaniem wszelkich problemów. Że wystarczy zapchać dziecko butlą mleka i już będzie spokój? Może i będzie - bo mały brzuszek dziecka będzie próbował strawić mm i na nic więcej nie będzie już miał energii. A może nie będzie, bo i po mm dzieci płaczą.

Jak to się dzieje, że w czasie, gdy świeżo upieczona mama potrzebuje najzwyklejszego wsparcia, jej środowisko rzuca jej kłody pod nogi?

Przychodzi w odwiedziny rodzina - mama, babcie, ciocie, widzą płaczące dziecko i stwierdzają jednogłośnie "jest głodne! nie masz mleka, podaj mu butlę".

Przychodzą koleżanki, które nie karmiły piersią z różnych względów, mówią takiej mamie, że pewnie nie ma mleka, bo one też nie miały, a ich dzieci na mm wychowane mają się przecież dobrze.

Przychodzi wreszcie pielęgniarka lub położna na wizytę patronażową i mówi takiej mamie, że dziecko na pewno jej płacze od tej wody gazowanej, co to stoi w kuchni, a skoro nie przybiera, to pewnie nie ma ona mleka i należy (!) podać mm.

Skąd ten brak wiary w możliwości laktacyjne kobiety? Przecież jej ciało wyprodukowało nowego człowieka, jak może nie poradzić sobie z produkcją pożywienia dla niego?

Natura wie co robi! 

Smutne, że tak jak niszczymy swoje środowisko naturalne, tak potrafimy niszczyć naturalny sposób żywienia niemowląt. Dlaczego tak się dzieje w kraju wysoko uprzemysłowionym, idącym z duchem czasu i tak rozwiniętym w sferze bio, eko i fit? Skąd takie mylne przeświadczenie, że mm jest lepsze, że jest lekarstwem na cokolwiek?
Skąd ta pozytywna aura wokół mleka modyfikowanego, stworzona przez sprzedażowy marketing i dlaczego nie ma jej wokół karmienia piersią? Nawet dziś na funpage'u Radia Zet zadano pytanie: "Co sądzisz o karmieniu piersią w miejscach publicznych?". No kurczę! A co sądzisz o jedzeniu w miejscach publicznych? Dziecko to człowiek - chce jeść wszędzie i ma do tego prawo (pisałam o tym tu).

Dajmy na to - kobieta w Afryce rodzi dziecko. Czy nagle cała wioska się zbiera i wspólnie stwierdza, że nie ma ona mleka? Nie, bo wiedzą, że skoro urodziła, to i wykarmi. Czy komuś przeszkadza, że 'publicznie' karmi piersią dziecko? Nie. Pewnie dlatego, że tam kobiety chodzą półnago? Cóż, w naszym kraju niejednokrotnie też i to nie te karmiące!

U nas wszyscy są specjalistami od laktacji, wszyscy wiedzą o niej wszystko i podkopują wiarę młodej mamy we własne możliwości. I niestety, jeśli taka młoda mama nie spotka na swojej drodze kogoś, kto pomoże jej uwierzyć, że da radę - rezygnuje z karmienia.

Dlatego tak ważne jest, by w razie problemów szukać specjalistów. A kto jest specjalistą od laktacji? Czy jest nią pielęgniarka środowiskowa? Położna? Lekarz pediatra? Żadna z tych osób nie musi mieć wiedzy na temat laktacji, co nie przeszkadza jej szerzyć nieprawdziwe informacje. Nadal są położne, które nakazują stosować dietę matki karmiącej i nadal są lekarze, którzy każą odstawić dziecko od piersi, bo mama musi wziąć antybiotyk (spotkałam takiego klik). Nawet położne pracujące na oddziale poporodowym nie zawsze są specjalistkami od laktacji (niestety!), oceniając możliwości laktacyjne kobiet po wyglądzie ich brodawek lub wielkości piersi.

W obu przypadkach, gdy moje dzieci za mało przybierały zaraz po urodzeniu, położna na wizytach patronażowych wyraźnie namawiała mnie na podanie mm i nie wierzyła mi, gdy mówiłam, że mleko to ja mam. Na szczęście wierzyła we mnie pediatra (klik).

Pielęgniarka środowiskowa, która odwiedziła nas niedawno, na wieść, że jeszcze karmię, powiedziała "no proszę, to się pani udało!". Zapytałam: "dlaczego udało?". Na co ona opowiedziała, że gdzie nie pójdzie, tam kobiety nie karmią piersią, bo a to jedna za słaba była po porodzie i miała chude mleko (sic!), a to inna się przeziębiła i musiała leki brać... No cud, rzeczywiście cud, że mi się udało. Cud to chyba, że mam tak wspaniałą mamę, która mnie karmiła piersią i która zawsze, przy wątpliwościach, które miałam przy obu synach, upewniała mnie w przekonaniu, że dam radę! Że mam mleko, że muszę dać dziecku czas się rozkręcić, żebym dała sobie spokój z tymi drogimi preparatami na laktację, a tylko przystawiała dziecko na żądanie. Że normalne jest wiszenie dziecka na piersi całymi godzinami, jedzenie co 15 minut, wierzganie i niecierpliwienie się... Że na wszystko potrzeba czasu.

Kochana Mamo, okazałaś się być najlepszym specjalistą od laktacji! Wykorzystałaś wiedzę ze swojego kursu laktacyjnego pt. "karmiłam dwoje dzieci, w tym jedno przez dwa lata", po to, abym i ja mogła wykarmić swoje. Dziękuję!!!

A wam drogie przyszłe i świeżo upieczone mamy, w razie problemów szukajcie doradców i specjalistów laktacyjnych. W Słupsku Poradnia Laktacyjna ze wspaniałą panią Gabrysią działa w przychodni na ul. Westerplatte. Polecam z całego serca!

Natomiast do poczytania niezmiennie polecam Hafiję - klik

czwartek, 4 maja 2017

O terrorze laktacyjnym raz jeszcze

Jakiś czas temu na moim ulubionym forum jedna z dziewczyn poprosiła o wsparcie. Karmi piersią inaczej, czyli ściąga mleko laktatorem i podaje w butelce. Godne podziwu, bo czasochłonne, ale dziewczyna samozaparcie ma i dziecko jest tylko na jej mleku. Jak to zwykle przy niemowlaku bywa, łapią ją kryzysy, ma już dość, jest zmęczona, niewyspana i napisała coś w stylu "proszę powiedzcie, że to, co robię ma sens". Większość mam napisała jej same pochwały, jaka to jest dzielna, że ją podziwiają i wspaniale, że daje dziecku to, co najlepsze. Wtem odezwały się mamy, których przygoda laktacyjna skończyła się szybciej niż zdążyła się na dobre zacząć i opisały swoje odczucia, jak to odetchnęły z ulgą, odżyły i w ogóle poczuły niekończące się szczęście i radość życia, gdy przeszły na mleko modyfikowane... Więc może ona niepotrzebnie się męczy, bo trzeba myśleć o sobie i takie tam...

Zignorowałam te wypowiedzi i napisałam słowa wsparcia, że da radę, że to tylko kilka miesięcy, że jeszcze zdąży się wyspać. Na co jedna z mam niekarmiących piersią zacytowała moją wypowiedź z komentarzem: 'w depresję też zdąży wpaść'. 

Ręce mi opadły. No bo jak tak można! Jej nie wyszło z karmieniem, to jeszcze namawia inną mamę do niekarmienia! Nieco mnie poniosło i napisałam wypowiedź, której potem trochę żałowałam, bo nie lubię robić innym przykrości. Część dziewczyn napisała, że przesadziłam i że to właśnie jest terror laktacyjny... W takim razie jak nazwać grożenie, że przez karmienie piersią może wpaść w depresję? Obietnice, że po przejściu na mm zazna się szczęścia i radości macierzyństwa w końcu?! Jaki to terror, pro mm? 

Z autopsji wiem, że początki karmienia piersią nie są łatwe. Pisałam o tym tu, tu i tu. Nawet pomimo 11-miesięcznego doświadczenia przy pierwszym dziecku, napotkałam te same problemy przy drugim. Nikogo do karmienia nie zmuszam, nie myślę: 'nie karmiłaś piersią - jesteś złą matką'. Nie oceniam. Owszem, uświadamiam ile mogę, bo niestety niewiedza kobiet na temat laktacji nadal jest ogromna. Ale wkurza mnie, gdy przez pryzmat własnych wyrzutów sumienia (bo jaki byłby inny powód takiego zachowania) rozpowszechnia się kłamstwo. Kłamstwo typu - 'nie karmiłam, bo nie miałam mleka' (tylko ok. 2% kobiet na świecie nie ma go rzeczywiście, z powodu wad genetycznych), i 'nie ważne jak karmisz, ważne że karmisz' (porównując - woda czy cola, marchewka czy cheeseburger?). Karmienie piersią dzieje się tylko raz przez jakiś czas, krótki okres, który wpływa na całe życie. Mleko modyfikowane zawsze możesz podać, do karmienia wyłącznie piersią już nie wrócisz, a ten czas jest najcenniejszy. 

Jeśli ty, droga mamo, zdecydowałaś się nie karmić dziecka piersią, twój wybór, ale nie namawiaj do tego innych. Nie karmiłaś swojego, ok, ale nie wpływaj na sposób karmienia innych dzieci. Jeśli nie pomagasz, to przynajmniej nie przeszkadzaj!

A dla szukających fachowej wiedzy na temat laktacji niezmiennie polecam Hafiję. I Mataję też ;)

piątek, 28 kwietnia 2017

Dobry pediatra - czyli jaki?

Dobry pediatra przyjmuje bez kolejki noworodka, którego mama ma obawy co do stanu jego zdrowia.

Dobry pediatra nie zaleca podania mleka modyfikowanego na wieść o zbyt słabym przybieraniu niemowlaka. daje mu czas na rozkręcenie, a mamę mobilizuje do karmienia i upewnia, że z jej mlekiem jest wszystko w porządku.

Dobry pediatra nie zaleca rozszerzania diety niemowlaka przed ukończonym 6 miesiącem życia, nie mówi, że po tym czasie w piersiach mamy jest woda zamiast mleka, że mleko mamy jest już bezwartościowe, że dziecko dostanie próchnicy itp. 

Dobry pediatra radzi, jaki antybiotyk może wziąć chora mama, żeby móc przy nim karmić piersią. 

Dobry pediatra pamięta historię chorób dziecka bez zaglądania do karty.

Dobry pediatra nie ignoruje intuicji matki i zleca kolejne badania lub kieruje do specjalistów, jeśli wyczerpał swoje możliwości działania bądź nie ma odpowiedniej wiedzy w jakiejś dziedzinie medycyny.

Dobry pediatra odbiera telefon i rozwiewa wątpliwości matki, czy ciągnąć dziecko do przychodni, czy obserwować w domu.

Dobry pediatra nie przepisuje antybiotyku bez potrzeby (a czasem potrzeba trzech wizyt, gdy choroba się rozwija), unika go za wszelką cenę, ale też nie boi się go przepisać niemowlakowi (bo zna się na dawkowaniu do wagi dziecka), by mógł być leczony w domu, a nie w szpitalu. 

Dobry pediatra doradza w kwestii profilaktyki, co warto suplementować dziecku, a czego nie ma potrzeby podawać. 

Dobry pediatra ma podejście do dzieci. I rodziców :).

Na szczęście mamy takiego pediatrę.

wtorek, 7 marca 2017

Ulewanie niemowlaka

Przy Adrianie nie wiedziałam tak naprawdę, co to jest ulewanie. Czasem zdarzyło się, po przejedzeniu, że coś tam mu pociekło przy odbiciu. Ale nigdy nie musiałam go z tego powodu przebierać. 

Gdy urodził się Maks, trochę ulewał od samego początku, ale nie było to jakieś problematyczne. Aż rozkręcił się z jedzeniem i zaczął efektywnie ssać, mniej więcej po trzech tygodniach. 

Zaczęła się rzeka wypływającego mleka, ulewanie po każdym posiłku, przy odbiciu, po odbiciu, bez odbicia, od razu po jedzeniu, podczas spania (!), przed drzemką, po drzemce i przed kolejnym karmieniem, gdy wydawałoby się, że poprzedni posiłek już strawił... Ulewanie różnych ilości, od niewielkich po chlustające. 
Pierwsze miesiące spał obok mnie, żebym miała go na oku także w nocy, bo zdarzało mu się ulewać na śpiocha - dlatego tez kładłam go w nocy tylko na boczku. Nie pomagało wyższe ułożenie główki, odbijanie w trakcie karmienia, ulewał czy najadł się trochę i zasnął, czy opróżnił obie piersi. Nie było reguły. Czasem ulewał 10 razy w ciągu godziny, czasem przez 2 godziny ani razu. Z polecenia pediatry dawałam mu przez jakiś czas syrop Gastrotuss Baby, który miał zniwelować ulewanie, jednak w żaden sposób nie działał - nie było po nim żadnej różnicy. 

Miałam mnóstwo ciuszków po Adrianie, jednak musiałam dokupić dwa razy tyle bluzek, ponieważ Maksa trzeba było przebierać 5-8 razy dziennie. Pralka chodziła co dzień, a czasem i dwa razy dziennie. Cieszyłam się, że było lato, że mogliśmy się wszyscy lekko ubierać. Tak, wszyscy, bo Maks ulewał na wszystko wokół, a więc głównie na nas i nie pomagało obkładanie się pieluchami tetrowymi itp, zawsze tak mu się udawało chlusnąć, że brudził nas z góry na dół. Gdy któreś z nas wychodziło do sklepu, oglądaliśmy się ze wszystkich stron, czy aby na plecach nie mamy mlecznej plamy - mąż raz tego nie zrobił i stał w sklepowej kolejce trzymając się za ramię i zasłaniając plamę :).
Dochodziło do tego, że wyjście na dwór zajmowało nam ponad godzinę - w najgorszych momentach przed wyjściem przebierałam go kilkukrotnie pod rząd! 10 minut - 5 bluzek. I dwie moje. 
Na Chrzcie Św. modliłam się dosłownie, żeby wytrzymał w garniturku chociaż do zdjęć... Tak też się stało, ulewać na potęgę zaczął w restauracji :).
Z tego powodu też w początkowych miesiącach ważyłam go co tydzień, na szczęście przybierał ładnie. Nie miał też kolek ani problemów z wypróżnianiem się, a pediatra mówiła, że minie mu z wiekiem, układ pokarmowy dojrzeje itp. Zatem czekaliśmy. I praliśmy, oj praliśmy...

Prawdopodobnie z powodu ulewania Maks nie lubi też jazdy autem i jazdy w wózku. 

Taki stan - bardzo intensywnego i bardzo częstego ulewania trwał 6 miesięcy. Wtedy synek zaczął się nieco podnosić do siedzenia, jeść stałe pokarmy. Ulewał nadal, jednak stopniowo częstotliwość i ilość zaczęła się zmniejszać. Dziennie zużywał już 2-3 bluzki, co było znacznym postępem. Chociaż doszło ulewanie kolorowe, obiadkiem itp. 

Wraz ze skończonym 8 miesiącem ulewanie właściwie się skończyło. Raz na kilka dni zdarzy mu się nieco ulać, zwłaszcza gdy od razu po jedzeniu czołga się po podłodze i uciska brzuszek, ale zdarza się to rzadko i wiąże się rzeczywiście z odbiciem powietrza. 

W końcu chodzi przez cały dzień w jednej bluzie, a napełnienie pralki zajmuje nam trzy dni. 

sobota, 4 marca 2017

Laktator - czy warto kupić?

Tuż przed porodem wiele przyszłych mam zastanawia się nad zakupem laktatora. Jest on elementem prawie każdej wyprawki. Przed urodzeniem pierwszego syna zdecydowałam się kupić laktator ręczny - żeby nie wydawać od razu tak dużo na elektryczny, bo 'może nie będzie potrzebny', ale wolałam go mieć już w szpitalu. To okazało się błędem, bo co prawda użyłam go dopiero w domu, ale nie potrafiłam korzystać z ręcznego laktatora - nie potrafiłam sama sobie sprawiać tego bólu, jaki jest na początku przygody z laktacją. Laktator elektryczny okazał się zbawieniem - ustawiam tempo dwoma ruchami i już w drugiej ręce mogę trzymać książkę, telefon, a czasem i dziecko ;). Wiele kobiet jednak jest zadowolonych z ręcznych laktatorów - wszystko pewnie zależy od częstotliwości ściągania mleka i własnej wygody.
Czy można karmić dziecko piersią przez długi czas i nie używać laktatora w ogóle? Pewnie można - wiąże się to jednak z tym, że przez długi czas nie ruszamy się nigdzie bez dziecka, lub ściągamy mleko metodą ręczną (i mozolną...).
Czy warto zatem kupić laktator? Według mnie - WARTO, a powodów jest kilka.

1. Przy nawale pokarmu

Na drugą lub trzecią, a czasem i czwartą dobę po porodzie następuje gwałtowna produkcja mleka w piersiach. Tworzy się go bardzo dużo, a mały noworodek nie jest w stanie wszystkiego zużyć. Piersi są obrzmiałe, twarde i bolące. Za pomocą laktatora możemy ściągnąć nadmiar mleka do uczucia ulgi.

2. Przy problemach z przybieraniem dziecka na wadze

Może się tak zdarzyć, z różnych przyczyn, że maluszek nie przybiera lub zbyt wolno przybiera na wadze. W takiej sytuacji musimy ściągać mleko po każdym karmieniu i / lub pomiędzy nimi i podawać dziecku mleko w butelce. Dokarmianie swoim mlekiem jest lepsze od sięgania po mleko modyfikowane. Widzimy, ile dziecko zjada z butli i kontrolujemy wagę.

3. Na rozkręcenie laktacji

Często kobietom wydaje się, że mają za mało mleko, bo np. dziecko budzi się często i chce całymi dniami wisieć na piersi. To normalne - ono w ten sposób rozkręca laktację, ale pomóc w tym może także laktator. Ściągamy mleko tak często, jak możemy, pobudzając w ten sposób produkcję mleka. Ujrzenie swojego mleka w butelce dobrze też działa na psychikę - kobieta utwierdza się w przekonaniu, że jej ciało naprawdę jest do tego zdolne - może wykarmić dziecko.

4. To szansa na karmienie, gdy początki są trudne

Czasem karmienie piersią nie zaczyna się tak naturalnie, jak byśmy sobie tego życzyły. Dziecko może nie umieć chwytać brodawki, może być trudno go przystawiać, może być zbyt senne (np. przez żółtaczkę), może nawet nie chcieć pić z piersi. Ściągamy zatem pokarm regularnie, co 3 godziny (a nawet co 2, jeśli dziecko tego żąda) i podajemy dziecku w butelce. Podejmujemy w tym czasie próby przystawiania niemowlęcia do piersi, za którymś razem może załapać.

5. Szansa na wygojenie się poranionych brodawek

Na początku nie mamy jeszcze wprawy w przystawianiu dziecka i często zdarza się tak, że któraś z naszych brodawek jest poraniona, popękana. Może pomóc użycie nakładki silikonowej, tzw. kapturka. Można też przed dobę nie podawać tej piersi, tylko z niej ściągać mleko laktatorem i podawać w butelce, a dziecko karmić z drugiej. Do tego smarowanie maściami i już po dobie brodawka będzie zregenerowana. Przeszłam to całkiem niedawno - Maks ma już w pełni wyżęte 6 zębów (i idą kolejne dwa!), a jedynki są całkiem pokaźnych rozmiarów. Jak mnie ugryzł, to krew się lała i powstało półcentymetrowe pęknięcie. Laktator uratował mi życie, pozwolił odpocząć i wygoić się piersi.

6. Chwila wytchnienia dla mamy

Bycie młodą mamą to praca na pełen etat, bez możliwości odpoczynku, zazwyczaj okraszony także sporym deficytem snu. Niemowlę może się budzić kilka-/ kilkanaście razy w ciągu nocy i szybko stajemy się przemęczone. Laktator daje nam szansę także na odespanie - jeśli ściągniemy odpowiedni zapas mleka, dziecko może nakarmić w nocy tata lub wezwana do pomocy babcia, a mama może w tym czasie przespać kilka godzin ciągiem, co także fantastycznie wpływa na ilość mleka i laktację w ogóle.

7. Można wyjść z domu bez dziecka

Przez pierwsze pół roku dziecko może żądać piersi baaardzo często, nawet co godzinę. Ściągając pokarm możemy wyjść z domu bez niego na 2-3 godziny. Później karmienie jest rzadsze, mniej więcej co 3 godziny, i zostawiając mleka na 1 karmienie możemy opuścić dziatwę na całe 6 godzin, co często się zdarza przy powrocie do pracy.

Powyższe rady to moje prywatne spostrzeżenia. Przy problemach z laktacją warto udać się do doradcy laktacyjnego i zajrzeć na stronę Hafiji (klik) - najlepszej blogerki propagującej karmienie piersią.

środa, 25 stycznia 2017

Chorobowy armagedon

Co może być gorsze niż dwójka chorych dzieci w domu?
Zapewne nikt na to nie wpadnie - dwójka chorych dzieci pod opieką chorej mamy!

Ostatnie dwa tygodnie dosłownie przejechały po mnie walcem. 

Adi przyniósł z przedszkola kaszelek, jak to często bywa. Taki sobie suchy kaszel, jaki już nie raz miał. Syropki w ruch. Mąż coś marudził o dreszczach i 'niewyraźnym samopoczuciu', łyknął na noc Coldrex i mu przeszło.

Po dwóch dniach kaszelek nabył też prawem rodzinnej wymiany wirusowej Maksym. W tym czasie Adi zaczął mieć już kaszel dość napadowy. Poszłam z nim na osłuchanie - czysto. Żadnych więcej objawów. 

Minęły kolejne dwa dni, charakter kaszlu Adriana się zmienił, moje wprawne ucho wyłapało oskrzelowe tony. Poszłam do pediatry z obojgiem. Diagnoza: u Adriana już słychać szmery na oskrzelach - antybiotyk. U Maksa czysto. 

Kolejne dwa dni, Adrianowi zaczynało przechodzić, ale oskrzelowe tony usłyszałam w kaszlu Maksa, do tego i ja zaczęłam kaszleć, takim dziwnym mokrym kaszlem. Pojechałam z Maksymem do pediatry - u niego już też świsty. Pierwszy antybiotyk niestety. Pani pediatra osłuchała też mnie, jak usłyszała, że kaszlę. U mnie było czysto, chociaż zaczynałam czuć się tragicznie. 

Po dzieciach poza kaszlem nie było widać choroby, ja natomiast z każdym dniem czułam się gorzej. Nie pomogło to, że włączyłam całą serię działań, które miały naturalnie wyciągnąć mnie z przeziębienia. Kilka dni wcześniej zaczęłam brać probiotyk, od zawsze piję rano na czczo wodę z cytryną i miodem, po wystąpieniu kaszlu najadłam się czosnku, wypiłam z nim i miodem gorące mleko, wymoczyłam nogi w gorącej wodzie z solą, wypiłam wodę z dwóch litrowych słoików ogórków kiszonych i zjadłam zawartość jednego z nich (smakowały jak ambrozja, organizm pokazuje, czego potrzebuje), ugotowałam rosół z kaszą jaglaną. Piłam syrop wykrztuśny. 

Myślałam, że będzie jak zwykle, że zduszę w zarodku. Niestety ostatnie nieprzespane noce (ząbkowanie) znacznie przyczyniły się do spadku mojej odporności. Może gdybym poleżała, odpoczęła, ale nie, latałam, załatwiałam ważne sprawy. Aż rozłożyło mnie całkowicie, z gorączką włącznie. Poszłam ponownie do lekarza, osłuchowo czysto. Na hasło 'karmię piersią' proponowali czosnek, herbatkę z lipy (działa cuda, ułatwia oddychanie w kaszlu!). Paracetamol na gorączkę. "A może jakiś ibuprom - przeciwzapalnie mogę?" - "Niestety nie. Leżeć i wypoczywać." Taaa, bo przy dwójce dzieci się da. Dużo pomogły mi mama i babcia, przeleżałam w miarę możliwości całą dobę. 

Wstałam następnego dnia (a trwało to już tydzień) i nie było poprawy. Nadal była gorączka, katar zmienił kolor na żółty, za to zanikał mi głos, bolała głowa, zatoki, a do tego zatkało się ucho, które także zaczynało boleć. Poszłam wieczorem do punktu nocnej i świątecznej opieki medycznej. Dyżur miał fajny, młody lekarz, którego do tej pory uważałam za fachowca. Zbadał mnie - diagnoza, zapalenie krtani i ucha. Niestety z wirusa zrobiło się nadkażenie bakteryjne, nie obejdzie się bez antybiotyku. 

- Ok, proszę zatem o taki, przy którym można karmić piersią. 
- Niestety przy żadnym nie można. 
- Jak to, a amoksycylina? Brałam ją w ciąży, z tego co wiem, przy karmieniu piersią można ją zażywać.
- Ciąża to co innego, antybiotyk przenika do mleka. Proszę ściągać i wylewać, a dziecku dać modyfikowane. 
- Ale to nie wchodzi w grę, on nie chce pić z butelki (taki ma odwrót odkąd ząbkuje).
- Jak to, 7-miesięczne dziecko? Dziecku w tym wieku trzeba podawać już inne pokarmy i odstawiać od piersi. Karmić piersią należy przez 6 miesięcy.
- Nie, panie doktorze, karmić piersią wyłącznie należy przez 6 miesięcy, ale rekomendowane jest do roku i dłużej. Przecież amoksycylina widnieje w wykazie leków przy laktacji jako bezpieczna.
- Nie ma takiego wykazu, który potwierdzi pani, że antybiotyk jest 100% bezpieczny.
- Czyli mówi pan, że przy tym antybiotyku (dostałam Duomox) nie mogę karmić?
- Moim zdaniem nie.

Wyszłam z receptą, kupiłam lek i wróciłam do domu. Sprawdziłam jeszcze raz LAKTACYJNY LEKSYKON LEKÓW, w którym to amoksycylina figuruje jako L1 - najbezpieczniejsze:

Grupa ta obejmuje leki, które były przyjmowane podczas laktacji przez dużą liczbę matek bez żadnego zaobserwowanego negatywnego efektu u karmionego dziecka. Na lekach z tej grupy były przeprowadzane badania wśród matek karmiących piersią, które nie wykazały ryzyka dla dziecka ani możliwości odległego działania szkodliwego.

Skandaliczne, że lekarz tego nie wiedział, i zalecał mi wręcz odstawienie małego od piersi. Młody lekarz tym bardziej powinien się dokształcać, ale jak widać, nadal panuje strach przed podaniem czegokolwiek zarówno kobietom w ciąży, jak i matkom karmiącym. Na szczęście, gdy byłam w ciąży, trafiałam na kompetentnych lekarzy, którzy nie bali się przepisać mi leków, gdy takowe były konieczne. 

Skandaliczne jest też wprowadzanie mnie jako pacjentki w błąd - WHO zaleca 6 miesięcy wyłącznego karmienia piersią, i bynajmniej nie rekomenduje odstawiania od piersi półroczniaka! Założę się, że ten lekarz odradza też pacjentkom zjadanie smażonych i ciężkostrawnych posiłków podczas kp, bo przecież wszystko przejdzie do mleka... 

Wiedziałam więc, że przy tym antybiotyku mogę karmić. Zastanowiła mnie inna rzecz. Maksym przyjmował jeszcze swój, inny antybiotyk, ale z tą samą substancją. Czy z moim mlekiem nie dostanie go za dużo? Był późny wieczór, rano miałam zadzwonić do pediatry. Przeszukałam internet - wiele mam na polecenie lekarzy brało antybiotyki podczas kp, gdy ich dzieci też je brały, ponoć przenikają w niewielkich ilościach. Wzięłam więc tabletkę.

Rano w rozmowie z pediatrą opowiedziałam jej historię - potwierdziła, że oczywiście mogę przy tym antybiotyku karmić, Maksowi mam dalej podawać jego antybiotyk, i w żadnych wypadku nie odstawiać od piersi. 

Co lekarz to inne zdanie. Nie powinno tak być. 

Szkoda, że lekarz nie tylko wykazał się niewiedzą, ale kurczę, chyba tez nietaktem, bo poczułam się tak, jakbym karmiła co najmniej 4-latka...

Najważniejsze jednak, że laktacja uratowana :). I zdrowie wraca, a wraz z nim nadzieja, że znów będę mieć siły na wszystko, bo moje biedne dzieci i tak wykazywały się dużą cierpliwością przez ostatnie dni. Że nie wspomnę o piętrzącej się stercie rzeczy do prasowania... Ostatni raz byłam tak chora chyba w liceum, przypuszczam, że powrót do formy trochę zajmie.
A Ibuprom też można podczas karmienia, może gdybym wzięła go na początku, to nic by się nie rozwinęło?

sobota, 7 stycznia 2017

10 mitów o macierzyństwie

Macierzyństwo to ciężka praca, na którą nikt i nic nas nie przygotowuje. Funkcjonujemy w świecie pełnym mitów, które sprawiają, że młodych rodziców zaskakuje wiele rzeczy i trudno im poradzić sobie w nowej roli.

1. Lukrowane macierzyństwo
Reklamy pełne są obrazków idealnych Matek Polek, które pretendując do tytułu Perfekcyjnej Pani Domu, z niemowlakiem na ręku ogarniając WSZYSTKO, łącznie ze swoją figurą. Matek, które są wypoczęte, bo ich dzieci nie płaczą i dzięki suchej pieluszce przesypiają całą noc. 
Niestety, nie ma magicznych pieluszek, które spowodują, że niemowlę nie będzie budziło się w nocy po kilka razy. Tak, będziesz niewyspana. Przez długi czas. I nie będziesz miała czasu na nic. I w kółko będziesz robić to samo, a efektów nie będzie widać. I tak - mogłabym tak długo wymieniać :).

2. Karmienie piersią jest proste
Czynność tak naturalna okazuje się w praktyce wcale nie być prosta. Nawet gdy mamy 'rzekę mleka', napotykamy trudności: poranione brodawki, problemy z przystawianiem, słabe przybieranie na wadze, problemy z wybudzaniem dziecka, dziecko przy piersi przez 24h na dobę. To na szczęście tylko początki, o których jednak mało kto mówi. A szkoda, bo przez to mamy często rezygnują z karmienia, myśląc, że nie poradzą sobie z tymi problemami.

3. Nie mam mleka / mam za mało mleka
To mit, który rozpowszechniają same kobiety, zarówno te nieświadome powodów, z których ich laktacja ustała, jak i te, które zrezygnowały z karmienia świadomie. Brak mleka po porodzie dotyka zaledwie 2% kobiet i jest to spowodowane hipoplazją (niedostateczny rozwój gruczołów). Jeśli dziecko jest przystawiane do piersi, mleko na pewno się pojawi. Ale może zniknąć, jeśli dziecko dostaje coraz więcej mleka modyfikowanego, a coraz mniej je z piersi. Rzadsze przystawianie to dla naszych piersi znak: zapotrzebowania brak, produkcja stop! 

4. Od karmienia piersią się chudnie.
Cóż, może niektóre kobiety są tymi szczęściarami i chudną po porodzie automatycznie. Inne karmiąc nie mają czasu na jedzenie i też chudną. Ja niestety do nich nie należę, a już na pewno nie pomaga mi w tym nieregularne jedzenie. Dodatkowe kilogramy same nie znikły ani po pierwszej ciąży, ani teraz.

5. Dieta karmiącej matki
4,5 roku temu na zajęciach w szkole rodzenia wkładano nam do głowy listę produktów, których karmiąca matka musi unikać. Wzdymające nie, gazowane nie, ostre nie, smażone nie. Mleko nie, pomidor i cytryna nie. Zostawała gotowana marchewka i chleb z masłem (albo i nie). Na szczęście to mit, który został już obalony i coraz szersze grono mam nie boi się jeść bigosu, zapijając go colą (chociaż nie polecam tego połączenia), bo bąbelki mogą zrobić rewolucję w brzuchu mamy, ale do mleka na pewno nie przenikną i wpływu na dziecko nie będą miały.

6. Dziecko musi się wypłakać
Niemowlęta płaczą, owszem. Jednak nie robią nam tego na złość i na pewno nie próbują szantażować dorosłych. Płacz to jedyny sposób na zwrócenie na siebie uwagi rodzica, a ten nie powinien go ignorować. Jeśli rodzic będzie pozostawiał płaczące dziecko w celu samouspokojenia się, taki maluch owszem, zmęczy się płaczem i przestanie, z każdym razem będzie też płakał krócej, aż w końcu nie będzie płakał wcale, bo będzie wiedział, że i tak nikt do niego nie przyjdzie, nikt mu nie pomoże. Chyba nie tego chcemy nauczyć nasze dzieci.

7. Dziecko płacze z głodu
Niemowlę płacze z wielu powodów, nie tylko z głodu. Może być mu za gorąco, za zimno, niewygodnie, może go uwierać pieluszka, podwinięta bluzeczka, mogą go boleć dziąsła, brzuszek, może też być po prostu znudzone.

8. Noszenie dziecka jest złe
"Nie noś, bo się przyzwyczai" - któż nie słyszał tej złotej rady? Dziecka nie da się przyzwyczaić do noszenia - ono było noszone przez 9 miesięcy w brzuchu. Ono zna ten ruch, to kołysanie, co najwyżej można je od tego próbować odzwyczaić - tylko po co? Na rękach jest super, jest ciepło i bezpiecznie, wszystko widać, coś się dzieje, kto by chciał tylko leżeć :).

9. Patrzy się na jedzenie - czas rozszerzać dietę
Obserwowanie przez dziecko jedzących rodziców jest normalne, jednak nie oznacza gotowości do jedzenia stałych pokarmów. Z rozszerzaniem jego diety najlepiej wstrzymać się do ukończenia przez nie 6 miesiąca życia, jak to zaleca WHO.

10. Później będzie łatwiej
O, ten mit uwielbiam szczególnie. Będzie łatwiej jak zacznie raczkować. Będzie łatwiej jak zacznie chodzić. Będzie łatwiej jak pójdzie do przedszkola.
Cóż, karierę w macierzyństwie mam nieco ponad 4-letnią, ale już widzę, że nie ma momentów, gdy jest łatwiej. Jest inaczej. Mijają jedne trudności, przychodzą nowe. Mija jeden bunt, przychodzi następny :). I tak do 18-tki :).

A przy tym wszystkim jedyną i najważniejszą prawdą jest to, że bycie matką jest najwspanialszą rolą w życiu każdej kobiety.
























sobota, 8 października 2016

Urlop macierzyński

Śpię. Mały Ktoś zaczyna jęczeć. Zapalam lampkę, biorę go - super, pielucha przeciekła. Zmieniam pajaca, pieluszkę, do cyca. Jeśli pospałam dłużej, włączam tv i oglądam nocne "Wiem, co jem" lub inne "Katastrofy w przestworzach", aż ssak się naje. Jeśli chwilę wcześniej się położyłam, siadam w pozycji półleżącej z głową opartą o parapet i karmię po ciemku, przysypiając. Gdy zje, odkładam go. W lepsze noce pobudka jest jedna, w gorsze trzy.

6 rano, zaczyna świtać, jęczenie się powtarza. Biorę dziecko, czuję - kupa. Zmiana pieluszki, karmienie, budzik męża. On wstaje do pracy. Jeśli była dobra noc i nie musiałam często wstawać, idę pobiegać zanim on wyjdzie.  Jeśli noc była ciężka, idę dalej spać, jednak nie na długo. Po 7 słyszę tupot większych, a jednak wciąż małych stóp i drugi syn pakuje mi się do łóżka z hasłem "bajki!". Przedszkolak dochodzi do siebie po infekcji, nie idzie do przedszkola. 

Mąż włącza telewizor przed wyjściem do pracy, młodszy jeszcze śpi, więc próbuję 'przykimać'. W odpłynięciu w krainę snów na dobre przeszkadza mi milion pytań padających z ust Starszego ("Mama, a kiedy wstaniemy?", "Mama, a czy idę dzisiaj do przedszkola?", "Mama, jestem głodny! Kiedy zrobisz śniadanie?). 

W okolicy 8 Młodszy budzi się na dobre. Wstaję, szykuję płatki dla Starszaka, zalewam swoją owsiankę wrzątkiem i wypijam szklankę wody z miodem i cytryną. Wracam do łóżka nakarmić niemowlaka, Starszy je śniadanie. Wstajemy, ubieramy się. Starszy idzie się bawić tysiącem autek, młodszemu włączam karuzelę w łóżeczku i daję w łapkę grzechotkę. Ogarniam łóżka, siebie z grubsza, nastawiam pranie, ściągam pranie, które już wyschło. Młodszy ulewa notorycznie, zanim zdążę się uczesać i umalować na tyle, aby nie wystraszyć listonosza, przebieram go ze trzy razy i ze dwa zmieniam pieluchę - efekt nocnego jedzenia :).

Starszy chce jabłuszko. Obrane i pokrojone w kawałki. Dostaje. Szybko zamiatam podłogę w całym mieszkaniu, bo przedszkolak bawi się na panelach, pucując całym sobą wszystkie kąty. Pralka stanęła, rozwieszam ubrania. Nastawiam obowiązkową dla syna zupę i zaczynam szykować drugie danie. Młodszemu znudziło się w łóżeczku. Chwila noszenia na rękach i ląduje w leżaczku. Szybko zjadam zimną już owsiankę i zapijam kawą inką, marząc już o prawdziwej. 



Żeby nie było - zdjęcie zrobione jeszcze w czasie, gdy młodszy kopał mnie z brzucha.
 Obecnie nie ma szans na takie ceregiele rano.

Ustawiam młodszego w leżaczku tak, żebym widziała go z kuchni i zaczynam zmywać stertę naczyń, która powstała nie wiadomo skąd, bo przecież wieczorem zmywałam. Przerywam i kilka razy idę do pokoju Starszego na wołanie "Mamo, a chodź zobacz", "Mamo, nie mogę znaleźć...", "Mamo, a gdzie jest mój...".

Młodszy zaczyna jęczeć, jest po 10, pora na cyca i pierwszą drzemkę. Siadam na pół godziny, dziecko zasypia. Odkładam je, kończę obiad, zabieram się za prasowanie sterty prania z wczoraj. Młodszy się budzi. Ulewa, kolejne przebierania. Po 11 Starszy chce zupę. Zjada, zbieramy się na dwór. Zbieramy się tak nawet godzinę, bo a to kupa, a to ulanie, a to znowu młodszy brzdąc jest głodny. Idziemy na plac zabaw. Starszy biega w najlepsze. Po 30 minutach Młodszemu nudzi się leżenie w wózku i żąda możliwości oglądania świata z wysokości matczynych rąk. Noszę go tak aż a) nie zaśnie, b) ręce zaczynają mi odpadać. Jeśli zaśnie, zostajemy jeszcze, jeśli nie - wracamy do domu i Młodszy zasypia dopiero na piersi. 

Razem ze Starszym zjadamy drugie danie. Młodszy wstaje, kładę go na matę w pokoju Starszego i zaczynamy bawić się autkami. O 16 wraca z pracy mąż. Kolejne pół godziny z dzieckiem przy piersi. Jeśli jest ładna pogoda, chłopaki idą jeszcze na dwór, a ja mam półtora godziny na komputer / zakupy / odwiedzenie babci / ćwiczenie / bieganie. O 18 kolacja, mąż szykuje Starszemu, ja karmię Młodszego. Chwila zabawy i kąpiel. Mąż kąpie Starszego i czyta mu bajkę przed snem, ja kąpię i usypiam Młodszego na piersi. Gdy zaśnie, idę do Starszaka na wieczorne przytulaski i czekam, aż zaśnie. Między 19 a  20 dzieci śpią. Mamy z mężem czas dla siebie. Wieczory lecą bardzo szybko i około północy padamy jak kawki.

Oczywiście nie uwzględniłam wielu pobocznych czynności, które wykonuję każdego dnia. Nieco luźniejszy poranek mam, gdy syn jest w przedszkolu i w weekendy. Nie mniej dzień za dniem leci tak szybko, a ja mam wrażenie, że ciągle coś robię, bo też ciągle jest coś do zrobienia. Niby pracując też to wszystko robiłam i to w krótszym czasie, a jednak praca poza domem pozwala na zdystansowanie się do domowych obowiązków. Niestety mam w sobie tą paskudną cechę, która nie pozwala odpuszczać. Dziecko śpi dłużej? A to poukładam jeszcze w szafie...

Nie ma co ukrywać, że dużo czasu zajmuje też karmienie piersią. Dziecko wisi na niej średnio 10 razy na dobę, raz dłużej, raz krócej.  Łatwiej będzie po 6 miesiącu, gdy zacznie się rozszerzanie diety.

Tymczasem czuję się ostatnio niczym chomik w kołowrotku, biegnę, biegnę i końca nie widać. A przecież mam wolne :).

Ten kto nazwał ten czas urlopem grubo się pomylił. Na pewno to był facet. 

sobota, 10 września 2016

Terror laktacyjny?

Natrafiłam ostatnio w sieci na artykuł pewnej mamy, urażonej szerzącym się wszem i wobec 'terrorem laktacyjnym'. Czy propagowanie NAJLEPSZEGO sposobu żywienia niemowląt można nazwać terrorem? Czy ktoś młodym matkom w szpitalu przystawia pistolet do głowy, siłą każe wyciągać pierś i karmić? Jak można negować sens kształcenia młodych mam w tym temacie, pisząc, że każda mama wie, co dla jej dziecka jest najlepsze?

Dziecko nie jest własnością matki, dziecko to mały człowiek i jeśli środowisko medyczne i naukowe stwierdza, że kobiece mleko jest najlepsze, to jest ono najlepsze i tyle.

Pisałam już o tym, że w przypadku obu moich synów był problem z przybieraniem, dużo spadali z wagi, Młodszy prawie 450g. Powodem była przedłużająca się żółtaczka, a w konsekwencji ich senność, oraz po prostu brak umiejętności efektywnego ssania. Szybko zasypiali na piersi i słabo przybierali, nawet budzeni co 2 godziny. Obu dokarmiałam ściągniętym mlekiem, Młodszego na zmianę z modyfikowanym (przy dwójce dzieci nie tak łatwo o czas na ściąganie), przez mniej więcej 3 tygodnie, a gdy nadrobili, zostawiałam ich tylko na piersi. Waga dla niemowląt bardzo mi w tym czasie pomogła. Mleka miałam dużo, o czym przekonałam się, gdy oswoiłam się z laktatorem.

Bo używania laktatora trzeba się nauczyć. Najlepiej zaopatrzyć się elektryczny - załatwia za nas całą robotę :). Pierwsze razy to zazwyczaj nieudane próby, albo ściągnięcie kilku kropel. Jednak za każdym razem udaje się ściągnąć coraz więcej. Tym samym ilość ściągniętego mleka nie świadczy o ilości mleka w piersi. Trzeba się po prostu odblokować, nie myśleć o tym, że czujemy się niczym dojne krowy, bo to niestety najczęściej przychodzi do głowy. Warto się zrelaksować, wyłączyć. Na początku pomagała mi bliskość dziecka, jego zapach, dotyk, mleko szybciej napływało. Teraz potrafię już trzymać laktator w jednej ręce, a w drugiej książkę, bo używam go najczęściej, gdy mały śpi, a ja gromadzę mleko na dłuższe wyjście.

Jednak w początkach macierzyństwa rozum płata nam figle. Myśl 'a może ja nie mam mleka' towarzyszy nam bardzo często, z czym nawet teraz, przy drugim dziecku, musiałam walczyć. Tymczasem tak po prostu bywa, że początki są trudne, małe dziecko także musi nauczyć się odczuwać głód i zaspokajać go.

Najważniejsze jednak, aby został obalony mit 'braku mleka', 'chudego mleka' i 'zbyt małej ilości mleka'. 

Tylko około 2% kobiet na świecie rzeczywiście nie ma mleka po porodzie i jest to spowodowane hipoplazją, niedostatecznym rozwojem gruczołów. Nie licząc sztucznych ingerencji, operacji piersi i zaburzeń hormonalnych, 98% kobiet jest zdolna do karmienia piersią. Dodatkowo kobiece mleko ma zawsze idealny skład i nie może być 'za chude', niezależnie od tego, jak mama się odżywia. Jeśli dziecko jest przystawiane na żądanie, mleka nie będzie też nigdy brakować, bo tworzy się ono na okrągło. Karmienie piersią to w dużej mierze kwestia psychiki. Wątpimy w swoje możliwości, a przecież to natura je nam dała. Nasze ciało stworzyło nowego człowieka! Czymże jest przy tym wyprodukowanie ilości mleka potrzebnej do wykarmienia go.

Każda zdrowa kobieta jest w stanie wykarmić swoje dziecko, jeśli tego chce. 

Mój przykład pokazuje, że słabe przybieranie na wadze w pierwszych tygodniach życia dziecka nie jest spowodowane brakiem mleka - ściągałam go tyle, że zapas nawet mroziłam. Ponieważ jednak dziecko i tak wisiało mi całe dnie na piersi, bez wyrzutów sumienia sięgałam też czasem po mm, zamiast być podłączona jeszcze stale do laktatora. Niestety do mm namawiała mnie także położna, która odwiedzała nas po porodzie. Młodszy przybierał na początku po 140g na tydzień, a powinien minimum 200 według norm. Wiedziona doświadczeniem z początków pierwszego syna chciałam dać mu czas, jednak za namową położnej dokarmiałam z butli, co karmienie prawie że schodząc na zawał, bo mały z butli ciągle się krztusił. Jak tylko nadrobił, po około 3 tygodniach po prostu przestałam dokarmiać i został na piersi. Teraz waży prawie 6,5kg, mając niecałe 3 miesiące. Nauczył się, to i wyciąga tyle, ile mu potrzeba. 

Bo mleka zawsze jest tyle, ile potrzebuje go dziecko. 

Im częściej przystawiamy niemowlaka do piersi, tym więcej mleka się produkuje. Jeśli co jakiś czas dziecko chce nam wisieć na piersi cały dzień, to dlatego, że zwiększyło się jego zapotrzebowanie i tym samym nakręca laktację. Po takim dniu z dzieckiem przy piersi non stop na drugi dzień produkcja zwiększa obroty i wszystko się normuje.

Najczęściej jednak na mleko modyfikowane przechodzą mamy, których dzieci nie mają problemów z przybieraniem. Bo np. ciągle płaczą - a dzieci płaczą z wielu powodów, nie tylko z głodu. Problem w tym, że młodzi rodzice na początku nie potrafią tych powodów rozpoznać. Najłatwiej więc dopchać dziecko butlą mm, aż zaśnie z przejedzenia. 

Moja mama opowiadała mi, że kiedyś kobiety nawet się nad tym nie zastanawiały, po prostu karmiły. Nikt też nie ważył dziecka co dzień, żeby sprawdzić, czy przybiera właściwą ilość każdego dnia, ważono je na wizytach lekarskich przy okazji szczepień. 

Uważam więc, że kobiety trzeba uświadamiać i nie widzę nic złego w tym, iż karmienie piersią jest obecnie tak mocno propagowane. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić to jedynie do tego, że kobiety niepotrzebnie straszy się, że jak sięgną po butelkę czy mleko modyfikowane, to koniec. Ich mleko zaniknie, albo dziecko odrzuci pierś. Nie zdarzy się tak, jeśli najpierw zawsze podamy pierś, a później ewentualnie butlę. Znam wiele przypadków mam, które stosowały karmienie mieszane nawet przez okres roku lub też karmiły piersią inaczej, czyli tylko i wyłącznie ściągając pokarm co 3 godziny i podając je dziecku z butli. Zawsze lepiej karmić w ten sposób, albo pierś + mm, niż nie karmić piersią wcale. Jednak wszystko zależy od nastawienia mamy. 

Jeśli chcemy dla dziecka tego, co najlepsze, będziemy karmić piersią. To tylko kwestia wyboru. Najpierw wybieramy: mleko mamy czy mleko modyfikowane dla noworodka, później: woda czy słodki soczek dla niemowlaka. Do nas należy wybór sposobu żywienia dziecka. 

środa, 3 sierpnia 2016

O bezwstydnych matkach

Trafiłam dziś na ciekawy artykuł (link tu). W skrócie: kobieta chciała nakarmić swoje dziecko, będąc z rodziną na obiedzie w restauracji. Kelner zaprotestował i wskazał jej miejsce do nakarmienia tuż przy toalecie. Kobieta poczuła się dyskryminowana i wytoczyła restauracji proces.

I zapewne go wygra. 

Osobiście nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Serio? W dzisiejszym roznegliżowanym na każdym kroku świecie komuś przeszkadza tak naturalna rzecz jak karmienie piersią niemowlaka? 

Właściciel restauracji tłumaczy się, iż kelner działał na prośbę oburzonych klientów restauracji. Nawet jeśli tak było, to dlaczego kierował się osobistymi odczuciami zniesmaczonych ludzi, a nie dobrem małego dziecka i potrzebą natychmiastowego zaspokojenia głodnego brzuszka? Jeśli kogoś razi widok matki karmiącej dziecko, to proponuję wizytę u psychoanalityka, bo zapewne coś w jego procesie dojrzewania zostało zaburzone. A propozycja karmienia przy toalecie? Bez komentarza.

Pierwszego syna karmiłam przez 11 miesięcy. Pierwsze pół roku, gdy dziecko jest tylko i wyłącznie na piersi, nie musiałam zbyt często karmić w miejscach publicznych, zaledwie kilka razy. Była zima, wiosna, wszystkie wyjścia planowałam wcześniej, zazwyczaj też karmiłam w aucie. Później zaczęło się rozszerzanie diety, dłuższe przerwy od piersi, mogłam zabrać ze sobą jakieś chrupki czy soczek. 

Drugi syn urodził się w czerwcu, bardzo dużo czasu spędzamy na świeżym powietrzu. A dziecko karmi się na żądanie. Czyli zje, a za 10 minut znowu chce. Jakbym miała wracać do domu ze spaceru na każde karmienie, to chyba w ogóle bym z niego nie wychodziła, często więc zdarza mi się 'karmić publicznie'. I nie czuję się z tym komfortowo - zawsze wcześniej planuję dogodny ubiór, biorę ze sobą jakiś cardigan czy pieluszkę flanelową, siadam w miarę ustronnym miejscu, zasłaniam się wózkiem... Zapewniam, że nie widać mi nawet kawałka piersi. Jako matka powinnam nie mieć poczucia wstydu, wszak chodzi tu moje głodne dziecko, a jednak to poczucie mam i mimo wszystko wstydzę się. Niedawno byłam z Młodszym na szczepieniu. Wiadomo, że zanoszące się od płaczu dziecko najłatwiej utulić przy piersi. W poczekalni dzieci zdrowych siedział jednak pan. Wzięłam krzesło, ustawiłam je przy oknie, tyłem do całego pomieszczenia i zaczęłam proces przystawiania krzyczącego dziecka. Spociłam się przy tym strasznie i zgrzałam z nerwów. Pan okazał się na tyle taktowny, że po prostu wstał i wyszedł na korytarz. Byłam mu za to ogromnie wdzięczna i mogłam w spokoju nakarmić synka.

Nie sądzę, żeby ta pani wystawiła na widok publiczny cały swój biust i zaczęła karmić. 
Ale nawet jeśli nie zachowała należytej dyskrecji, bo - litości, zazwyczaj ostatnie o czym myśli matka płaczącego niemowlaka to jej własna seksualność i uwaga innych ludzi - to kto każe takim wrażliwcom się gapić? Wystarczy odwrócić wzrok, to takie proste. Lub wyjść, skoro coś im każe patrzeć (i ponownie, udać się prosto do specjalisty). 

wtorek, 2 sierpnia 2016

Opieka okołoporodowa

W związku z najnowszym raportem NIK dotyczącym opieki okołoporodowej w Polsce, zebrało mi się na refleksje na temat moich dwóch porodów.

Co mi się nie podobało:

Brak informacji o dostępnym zzo
Podczas pierwszego porodu w miarę narastania bólu dostałam paracetamol w kroplówce, a następnie gaz rozweselający. Gdy stwierdziłam, iż na mnie nie działa, pani położna powiedziała, że "niestety nic więcej nie ma i dziwne, bo na większość kobiet to działa". Oczywiście nie była to prawda, mogłam skorzystać jeszcze ze znieczulenia zewnątrzoponowego, o czym na szczęście wiedziałam i o nie poprosiłam. Co jednak, gdybym o nim nie wiedziała? Dodatkowo po podaniu zzo ciągle słyszałam, że spowolniło akcję, że przez nie skurcze są za rzadkie. Kolejny fałsz - za drugim razem po podaniu znieczulenia rozwarcie w pół godziny skoczyło z 4,5cm na 7, po kolejnej pół na 9. Położna przy drugim porodzie powiedziała, że zzo często przyspiesza wszystko, a za pierwszym razem po prostu w większości przypadków poród trwa dłużej.

Zaspany anestezjolog
Pan, który przyszedł podać mi zzo tuż nad ranem, zrobił to 'z wielką łaską', bo inaczej określić się tego nie da. Był wręcz niemiły, szarpał mną, próbując ustawić mnie w pozycji odpowiedniej do wkłucia i krytykował mnie kilkakrotnie, podczas gdy ja robiłam, co w mojej mocy.

"Poród boli"
To stwierdzenie przy pierwszym porodzie usłyszałam kilkadziesiąt razy i było ono wytłumaczeniem na wszystko. Owszem, boli, ale ból można zmniejszyć.

"Co to za skurcze!"
Patrząc na wykres ktg położne często dołowały mnie stwierdzeniem, iż moje skurcze są za słabe, pomimo podłączonej oksytocyny. Były stożkowe, podczas gdy powinny być trapezowe i regularne. Miałam wrażenie, że cierpię na darmo, że robię coś źle?! Nie jest to prawdą, o czym przekonałam się na drugim razem - urodziłam o wiele szybciej, na o wiele rzadszych, krótszych i nieregularnych wręcz skurczach. Przemiła położna, która wtedy mi towarzyszyła powiedziała, że zapis ktg nie zawsze oddaje siłę skurczy.

Naciskanie brodawek w celu sprawdzenia obecności mleka
Pierwsze krople siary po pierwszym porodzie pojawiły się u mnie na trzecią dobę. Tymczasem już od pierwszego dnia kilka razy dziennie położne i pielęgniarki ściskały mi brodawki, sprawdzając, czy poleci mleko. Dziś wiem, że było to zupełnie niepotrzebne, a przy tym bardzo bolesne. Niestety zaprotestowałam dopiero wówczas, gdy mleko zaczęło płynąć. 

Zasady szpitalne
W szpitalu, w którym rodziłam, ostatni posiłek - kolacja, podawany był o godzinie 16.
Do rana głodowałam :). 
Pomimo, iż byliśmy z synem w sali jednoosobowej, mąż nie mógł zostawać z nami na noc. Nawet na krześle, już nie mówię o organizowaniu łóżka. Matki muszą zostawać na noc same z dziećmi, co przy pierwszych ciężkich nocach bywa prawdziwym koszmarem, a mnie przy 9 dobach pobytu po porodzie ze Starszym mało co nie wpędziło w depresję. W szpitalu dużo płakałam i już myślałam, że mam baby bluesa, jednak po powrocie do domu wszystko minęło jak ręką odjął. 

Położne bez powołania.
Jak w każdym zawodzie zdarzają się osoby, które zawód wykonują, bo muszą. Trafiłam na kilka takich położnych. Szczególnie utkwiła mi w pamięci jedna. Byłam w szpitalu już jakiś tydzień, 6 rano, wchodzi położna. Była zima, zapala światło, budzi mnie. Krytykuje wygląd sali, torby leżące na podłodze, wodę i laktator stojący na parapecie i każe 'ogarnąć' przed obchodem. Ja na to, że przecież tu jest tylko jedna malutka szafeczka, gdzie mam to wszystko położyć, i że mąż 'ogarnie', jak przyjdzie. Ona na to: "A pani nie wstaje?". Ja: "Nie, dopiero co się położyłam, bo całą noc karmiłam piersią!". Zero taktu i wyczucia. 

Zamieszanie laktacyjne
Tylko niektóre położne miały jakąkolwiek wiedzę na temat laktacji. Jedne polecały karmić z nakładkami, inne kategorycznie je odradzały. Jedne mówiły o karmieniu na żądanie, nawet co chwilę, inne radziły odstęp minimum 1,5 godzinny, żeby dać odpocząć małemu brzuszkowi od ciągłego trawienia (co jest bujdą!). I dieta - dieta matki karmiącej. Przyznam się szczerze, że dopiero teraz wiem, że takie coś nie istnieje i nie ma potrzeby się ograniczać. Normalne, zdrowe odżywianie wystarczy, bo 'nie ma rurki łączącej żołądek mamy z piersią', a ewentualne gazy po potrawach wzdymających dokuczać mogą, ale matce, nie dziecku. Mleko produkuje się z tego, co przenika do krwi. 

Większość z tych rzeczy dotyczyła pierwszego porodu.

Co mi się podobało:

Szkoła rodzenia
W pierwszej ciąży chodziłam na zajęcia, które dały mi szeroką wiedzę na temat porodu i początków macierzyństwa.

Położne z powołania
Podczas porodu z Młodszym trafiłam na wspaniałą położną, bardzo ciepłą i cierpliwą kobietę. Wiele nie wymagałam, miałam męża, wiedziałam, czego się spodziewać, a mimo to położna co chwila do mnie zaglądała, spędzała przy mnie dużo czasu, a w badaniu rozwarcia była bardzo delikatna. Mam porównanie do położnej z pierwszego porodu - niebo a ziemia. Cudowne były też młode położne i pielęgniarki, które po porodzie zaglądały do mnie kilka razy w środku nocy, słysząc płacz Starszaka i pomagając przystawić dziecko do piersi.

Młodzi lekarze
Fantastyczne osoby, wykształceni młodzi ludzie, którzy traktują pacjentów bardzo jednostkowo, cierpliwie tłumaczą wszystko i odpowiadają na pytania. Należą do nich także pani anestezjolog i pielęgniarka anestezjologiczna, które zajmowały się mną za drugim razem. Rozweselały mnie, pomagały przyjąć pozycję w łagodny sposób, chwaliły moją czynność skurczową. 

Z perspektywy czasu rozumiem kobiety, które podczas porodu przeżywają taką traumę, iż nie decydują się na kolejną ciążę. Jeśli nie mają przy sobie osoby towarzyszącej, mogą się czuć osamotnione w bólu. Znajomej tuż po porodzie położna powiedziała, że jest za młoda na ciążę - znajoma miała 20 lat. Nie położne to oceniać i nikt nie powinien w ten sposób mówić do świeżo upieczonej mamy. Myślę,że to efekt tzw. 'ciepłej posadki' za państwowe pieniądze - założę się, że w prywatnym szpitalu nikt nie traktuje pacjentów w ten sposób. Widzę jednak różnicę na plus - cztery lata temu miałam styczność z kilkoma nietaktownymi położnymi, teraz zaledwie z jedną :)

środa, 29 czerwca 2016

Karmienie piersią - po raz drugi

Będąc w pierwszej ciąży podchodziłam na luzie do tego, jak karmione będzie moje dziecko. Chciałam spróbować karmić piersią, ale myślałam, że jeśli 'nie będzie pokarmu' lub po prostu nie wyjdzie, przejdziemy na mleko modyfikowane.

Byłam jednak do tej próby dobrze przygotowana. Wiedzę na temat karmienia piersią, przystawiania dziecka i diety karmiącej matki czerpałam ze szkoły rodzenia, książek, ulotek i internetu. Do szpitala pojechałam z laktatorem elektrycznym, silikonowymi nakładkami (kapturkami) na brodawki i maścią na poranione sutki. Mimo wszystko jednak wydawało mi się, że będzie to bardzo naturalne - jeśli będę miała mleko, dziecko złapie pierś i będzie jadło...

Tuż po narodzinach Starszaka poczyniliśmy pierwsze próby przystawiania - nie wychodziło, synek nie otwierał buzi, łapał brodawki zbyt płytko, masakrując je w krótkim czasie, także do krwi. Sięgnęłam po kapturki, dawałam odpocząć jednej piersi, przystawiałam do drugiej i tak w kółko. Piłam 3 litry wody dziennie. Mogłam liczyć na pomoc pań położnych i pielęgniarek, pozwalałam, by co chwilę ktoś inny ściskał mi brodawkę, sprawdzając, czy coś poleci. Dziś wiem, że akurat to było zupełnie niepotrzebne, a bolesne. Drugi dzień sprawdzania - mleka nadal nie ma, nadal przystawiamy. Zaproponowano dokarmienie małego mm, na co się oczywiście zgodziłam, nie chciałam, żeby był głodny. Dostał mieszankę dwa razy. Trzeciego dnia rano pojawiło się mleko i łzy radości w moich oczach, a wraz z nimi determinacja - będę karmić. Nawał pokarmu przetrwałam samym przystawianiem. Synek miał żółtaczkę, był przez to senny i ciągnął mało efektywnie, krótko po przystawieniu zasypiał. Po jakimś czasie okazało się, że zbyt mało przybiera. Odwiedziłam doradcę laktacyjnego, który upewnił mnie w przekonaniu, że mały przystawiany jest dobrze. Pediatra pomogła w zwalczeniu żółtaczki i poradziła dokarmiać raz dziennie moim mlekiem z butelki. W ciągu dnia ściągałam to, co się dało pomiędzy karmieniami i dawałam mu na noc butlę. Robiłam tak przez jakiś czas, aż synek nadrobił. Po 4 miesiącach zrezygnowaliśmy z kapturków, a syna karmiłam pełne 11 miesięcy.

Będąc drugi raz w ciąży miałam nadzieję, że mleko pojawi się szybciej, drugi syn 'załapie' szybciej, a ja przecież będę wiedziała już jak przystawiać. Tymczasem znów pierwsze krople siary poleciały na trzecią dobę po porodzie. Młodszy niestety też nie chwytał brodawki, kapturki znów okazały się konieczne. Pojawiła się też żółtaczka, a przez to nadmierna senność i mało efektywne ssanie. Tym razem zareagowaliśmy szybciej, gdy po tygodniu okazało się, że synek nic nie przybrał (wagę dla niemowląt mieliśmy po starszym). W ruch znów poszła butla z moim ściągniętym mlekiem, szybciej też obniżył się poziom bilirubiny i w drugim tygodniu synek nadrobił 300g. Z każdym dniem uczy się bardziej efektywnie ssać i nie zasypia od razu po przystawieniu. Mam nadzieję, że szybciej też pozbędziemy się kapturków.

Oczywiście nie jestem na diecie karmiącej matki - nie ma czegoś takiego jak dieta karmiącej matki i mogę jeść wszystko to co w ciąży (także kapustę, bób i czereśnie!), jednak póki co także dla siebie samej jem bardzo lekko.

Dla mnie karmienie piersią to oprócz wiadomych plusów przede wszystkim wygoda - nie muszę myć i wyparzać butelek, mleko zawsze jest. A że pierwsze tygodnie dziecko wisi na piersi? No cóż, ma prawo :).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...