Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 marca 2018

Łóżko piętrowe Lano Meble

Moi chłopcy mają wspólny pokój. Na szczęście jest to największy pokój w naszym mieszkaniu, miejsca więc mają w nim dość. Do tej pory stało w nim rozkładane łóżko Starszaka i gościnna kanapa, łóżeczko Młodszego natomiast stało u nas. Jednak w czerwcu Młodszy skończy 2 latka, a to jest wiek, w którym Starszaka wyprowadziliśmy do swojego pokoju, tak samo więc zamierzaliśmy uczynić z Młodszym. W lutym rozpoczęliśmy odnawianie całego mieszkania, przy okazji więc postanowiliśmy załatwić sprawę nowych łóżek dla chłopców. 

Najpierw planowaliśmy kupić dwa pojedyncze łóżka, jednak już od jakiegoś czasu Starszak męczył nas o piętrowe. Nie byłam do końca przekonana, czy to przejdzie, czy Adi na pewno będzie chciał spać na górze, czy Młodszy będzie chciał spać na dole... Na Facebooku trafiliśmy na fanpage Lano Meble - producenta łóżek piętrowych, które można także bez problemu rozłączyć na dwa osobne łóżka. Gdy zobaczyłam, iż produkują oni także łóżka piętrowe ze skrzyniami na pościel i wysuwanym trzecim łóżkiem, przepadłam. W końcu zdarza nam się iść w nocy do chłopców i przysnąć z nimi, czasami nocuje u nas także babcia, gdy my mamy wychodne. Trzecie zapasowe łóżko to coś wspaniałego - nie zajmuje dodatkowego miejsca, a jest bardzo praktyczne. 

Do wyboru bogata kolorystyka, różne modele i materace. My wybraliśmy kolor naturalnego drewna w modelu Igor i na chwilę obecną zwykłe piankowe materace - z dziećmi jak to z dziećmi, różnie bywa, a niedługo i tak będziemy je wymieniać na lepsze, lateksowe. Szybciej na pewno dla Starszaka, bo u Młodszego przygodę z odpieluchowaniem mamy jeszcze przed sobą ;).

Wybraliśmy łóżko w największym rozmiarze, z największą przestrzenią między łóżkami, tak aby także mąż czuł się tam swobodnie, towarzysząc dzieciom w wieczornym rytuale czytania bajki. Dolna barierka łóżka jest zdejmowana, za jakiś czas więc można będzie ją zdemontować.

Czas realizacji zamówienia trwa do 6 tygodni, u nas kurier był po równym miesiącu. Dwa dni przed dostałam smsa-a z informacją o dostawie. 

Na instrukcji podano przewidywany czas zmontowania łóżek - 1,5 godziny i tyle też zajęło to mojemu mężowi. Wszystkie elementy wykonane są bardzo estetycznie.

łóżko 3-osobowe Lano Meble

Gdy całość stanęła na środku pokoju byłam lekko przerażona, łóżko jest ogromne. Jednak znaleźliśmy na nie miejsce idealne. Wykorzystaliśmy zachwyt chłopców i już pierwszej nocy oboje spali w swoich nowych łóżkach. Młodszy miał nawet dwie nocki przespane całkowicie, co do tej pory mu się rzadko zdarza, ale teraz któreś z nas może po prostu pójść na jego zawołanie i się koło niego położyć :).

Całość jest bardzo stabilna, nawet gdy mąż wchodzi na górę. Prawdopodobnie jednak za jakiś czas przykręcimy je do ściany - chłopcy rosną i różne rzeczy im do głowy przychodzą.

łóżko piętrowe, Lano meble, łóżko dla dwóch chłopców

Drabinka zaczyna się na tyle wysoko, że Młodszy nie ma szans na nią wejść. Za jakiś czas pewnie zmuszeni będziemy zdemontować dolny stopień, dla bezpieczeństwa. Kupiłam dwie lampki - chmurki, każdy będzie miał swoją. Z elementami ozdobnymi muszę się wstrzymać, Młodszy jest w trudnym wieku niszczenia wszystkiego :).

Chłopcy mają teraz baaaardzo dużo miejsca na zabawę, co przy wyścigach milionem autek jest ogromnym plusem... Obaj uwielbiają swoje nowe łóżko, i my również, bo dzięki niemu odzyskaliśmy swój pokój! Już zapomnieliśmy jak to jest spędzać wieczór przy zapalonym świetle, zamiast przy malej lampce :). 

A moi synowie, którzy robili co tylko mogli, by opóźnić pójście spać teraz kładą się bez problemu i zasypiają w 5 minut na swoim, jak to mówią, magicznym łóżku.

niedziela, 4 czerwca 2017

Maj 2017 - Tu i teraz

Zaczynam nowy cykl na blogu - raz w miesiącu zamierzam przygotowywać tekst, w którym zbiorczo opiszę pozytywne zaskoczenia danego miesiąca, wszystko to, co zrobiło na mnie wrażenie i warte jest zapamiętania oraz polecenia - filmy, książki, miejsca, testowane produkty. 

-----------------------------------------------------------
 W maju rządziły u mnie filmy.

GHOST IN THE SHELL 

Film inspirowany mangą, ze Scarlett Johansson w roli głównej. Ona doskonale się nadaje do takich ról, wcześniej w tym stylu była "Lucy". Czy da się przeszczepić świadomość? Wymazać pamięć i zapełnić ją sztucznymi wspomnieniami, by stworzyć super-maszynę? Czy w świecie przyszłości jest szansa na miłość? 
Dużo efektów, za komiksami nie przepadam, ale ogólny wątek i muzyka bardzo mi się podobały.



PASAŻEROWIE

Statek kosmiczny leci z ludźmi na nową planetę. Z hibernacji, która ma trwać kilkadziesiąt lat, budzi się dwójka pasażerów. Dla odmiany tu efekty fantastyczne były w skali mikro. Cały wątek skupiał się na postaciach dwójki bohaterów, na ich relacjach i wyborach. Nie ma tu wątku ufo na szczęście, za to wspaniale jest ukazana przyszłość i rozwój technologii. Ciekawe, czy tak będzie :).
Bardzo przyjemny film.



BEZPIECZNA PRZYSTAŃ

Bardzo rzadko oglądam coś w tv, bo zazwyczaj znam wszystkie ważne ekranizacje, zanim nada je telewizja, ale tu mnie Tvn zaskoczył. Film na podstawie książki Nicolasa Sparksa, którego powieści uwielbiam. Książki nie czytałam, o filmie nawet nie słyszałam, ale wciągnął mnie od pierwszej chwili. Młoda dziewczyna przyjeżdża do małego nadmorskiego miasteczka, uciekając przed przeszłością.
Cudowna, chwytająca za serce historia a idyllicznym amerykańskim miasteczkiem w tle, przede wszystkim o miłości, nie tylko w jej ziemskim wymiarze. 
Chociaż mój mąż twardziej wyśmiał akcję kulminacyjną, mnie film bardzo wzruszył, w pozytywnym sensie.



LION. DROGA DO DOMU

Film oparty na prawdziwej historii. Pięcioletni chłopiec z Indii zasypia w pociągu i zamknięty w nim przejeżdża 1000 kilometrów od domu. Zostaje adoptowany przez rodzinę z Australii. Dwadzieścia pięć lat później stara się odnaleźć miejsce, z którego pochodzi, chociaż nie wie o sobie prawie nic. 
W roli głównej aktor z filmu "Slumdog. Milioner z ulicy". Starszy, przystojniejszy i bardziej przypakowany ;), a towarzyszy mu Nicole Kidman w roli przybranej matki. 
Niesamowita historia, która chwyta za serce, wyciska łzy, szokuje, ale także daje nadzieję. Koniecznie muszę poszukać książki, na której podstawie powstał film.


 

Poza tym odkryłam lustrzaną glazurę do tortów, bardzo prostą w wykonaniu i pyszną (klik).


Oraz dobroczynne działanie kawy z dodatkiem odrobiny oleju kokosowego.

wtorek, 14 marca 2017

"Ostatnia rodzina" - o filmie

Zanim obejrzałam film, od jesienie zeszłego roku zewsząd docierały do mnie informacje o nim - reportaże, wywiady, recenzje. Reklamowany był mocno, a przeważnie dostrzegam taką zależność, że im większy nacisk położony na reklamy, tym słabszy film. Nie spieszyło mi się zatem do kina, choć historia Beksińskich zainteresowała mnie już dawno temu. Dużo czytałam o ich tragicznych losach, fascynowała mnie mroczność obrazów Zdzisława Beksińskiego. Wczoraj szukając czegoś na wieczór, trafiłam na "Ostatnią rodzinę" online. 

Recenzja zawiera spojlery.


Film fantastyczny - historia wciągająca, rewelacyjni aktorzy, wspaniała muzyka. I to coś, co udaje się nielicznym - stworzenie odpowiedniego klimatu. Nie spodziewałam się, że postać Zdzisława Beksińskiego okaże się tak... sympatyczna, dobrotliwa. Jest taka scena, gdy odwiedzający mieszkanie rodziny Piotr Dmochowski wypowiada dokładnie moje myśli - spodziewał się czegoś mrocznego, na co Beksiński odpowiedział coś w stylu, że trupy i pająki pochowali po szafach. 

Ta codzienność, życie 'zwyczajnej' rodziny żyjącej w latach 70., 80. ubiegłego wieku z jednej strony jest normalna, z drugiej zaś przerażająca. Nauka nastawiania pralki pomiędzy tworzeniem iście barokowych obrazów ojca, obiad u mamy i częste kontakty z rodzicami mieszkającymi tuż obok, pomiędzy próbami samobójczymi i nieudanymi związkami u syna. Całość trochę smutna, trochę straszna, a trochę groteskowa. Motyw śmierci wpisuje się w tą codzienność, zostaje oswojona. Żyje się, pracuje, tworzy i co jakiś czas żegna kolejną osobę z rodziny. Czas upływa, mijają lata, następuje rozwój technologiczny, nadchodzi pora na picie pepsi i jedzenie z McDonald'sa. A potem tragiczny koniec - Beksiński zostaje zamordowany we własnym mieszkaniu, zasztyletowany przez nastolatka, którego ojciec wykonywał dla niego różne prace.

Andrzej Seweryn był w swojej roli fantastyczny, podobnie jak Dawid Ogrodnik w roli Tomasza Beksińskiego. Nie wiem na ile prawdziwie go odwzorował, bo po premierze były głosy protestu, płynące od ludzi, którzy znali go prywatnie, mówiące o tym, że Tomasz Beksiński nie był takim 'świrem'. Jednak Ogrodnik stworzył bardzo ciekawą postać, z ciekawym sposobem bycia i mówienia, ekscentryka walczącego z życiem i oddającego je walkowerem. Człowieka, który męczył się żyjąc - zapewne chorując na depresję.
Nie zachwyciła mnie za to Aleksandra Konieczna w roli Zofii Beksińskiej, a słyszałam o niej same pozytywne opinie. 

Jan Matuszyński, niewiele starszy ode mnie reżyser "Ostatniej rodziny" stworzył bardzo dojrzałe dzieło. Zakończony seans zostawił we mnie ambiwalentne uczucia - z jednej strony smutek, współczucie, że tak potoczyły się ich losy, że tak zakończyła się ich historia. Z drugiej zaś - ulga i radość, że mogę powrócić do swojej rzeczywistości, do historii, która cały czas się dzieje.

Polecam.

wtorek, 17 stycznia 2017

Phil Knight - "Sztuka zwycięstwa. Wspomnienia twórcy NIKE" - o książce

Mój brat kupił sobie ostatnio kilka książek. Tematyka może nie całkiem moja, ale nowiutkim, pachnącym drukarnią książkom to ja się oprzeć nie mogę :). 
Autobiografie nie są moim ulubionym gatunkiem literackim, ale od czasu do czasu po jakąś sięgnę. Tak było i "Sztuką zwycięstwa" - opowieścią o powstaniu firmy NIKE.


Opowiedziana w chronologiczny sposób historia zaczyna się od momentu, gdy Phil Knight wraca do domu po studiach i zastanawia się, co robić dalej. Decyduje się wdrożyć w życie Szalony Pomysł handlu butami sprowadzanymi z Japonii. Zapożycza się u ojca i zaczyna sprzedawać pojedyncze sztuki. Tak oto tworzą się podwaliny jednej z największych firm na świecie.

Z opowieści o firmie NIKE wyłania się przepis na to, jak osiągnąć sukces: trzeba zaryzykować, trzeba wierzyć w to, co się robi, nie odpuszczać (nawet jeśli konkuruje się z wielkimi firmami- w jego przypadku Adidas i Converse) i krok po kroku przeć do przodu, nawet jeśli zajmie to lata. 

I trzeba się niestety zadłużyć. To, co szczególnie utkwiło mi w pamięci, to stwierdzenie autora, że przez większość swojego życia był zadłużony, mimo posiadania rozwijającej się firmy. 

Być może dlatego nie wyciągnęłam milionów z mojej firmy trzy lata temu, bo choć przynosiła fantastyczne dochody w szczytowym momencie, to gdy zaczęły się one obniżać (co spowodowane było tym, iż po narodzinach syna nie mogłam już w pełni się w nią zaangażować), nie podjęłam ryzyka - nie zadłużyłam się, tylko ją zamknęłam, w chwili, gdy jeszcze zarabiałam. Czego nie żałuję, bo gdy zamykamy jedne drzwi, zaraz otwierają się inne i tak też było w moim przypadku.

Phil Knight zaryzykował i zapracował na swój sukces, robiąc coś, na co ja po zostaniu matką nie mogłam się zdecydować - poświęcił całe swoje życie firmie. Wszystko inne było z boku, nawet rodzina, przez co nie udało mu się nawiązać relacji ze starszym synem, którego zresztą w którymś z końcowych rozdziałów krytykuje. 

Zaskakujące, ile musiał mieć w sobie siły i samozaparcia, by brnąć w to dalej, by nie rezygnować, przez pięć, dziesięć lat powolnego rozkręcania firmy i napotykających go kolejnych problemów, kolejnych 'razów' z wizją bankructwa w tle.

Z książki wyłania się obraz człowieka, który przeżył swoje życie w bardzo stresujący sposób, który zaznał w nim wiele dobrego, ale i dotknęło go kilka tragedii, m.in. śmierć syna. Człowieka, który zbliżając się do 80-tki, odczuwa przede wszystkim żal, że to już minęło i pragnienie, by przeżyć to wszystko jeszcze raz (co zresztą podkreśla kilkukrotnie). Gdy oddaje przywództwo w firmie innym, gdy jego żółty notes nie zawiera już planów na kolejny dzień, jest mu źle z powodu braku celu. Czyżby więc prawdą było powiedzenie, że cała zabawa tkwi w gonieniu króliczka, a nie złapaniu go?

Postanawia więc zrealizować kolejny Szalony Pomysł i zabrać się za uwiecznienie swojej historii na papierze. A jego żona, wierna jak zawsze, czeka. Przez całe życie czeka, aż on zrealizuje swoje pomysły. 

Czy warto podążać za marzeniami za wszelką cenę? Jeśli to marzenia są priorytetem, to przykład twórcy NIKE pokazuje, że tak.

Książkę czyta się szybko i przyjemnie, polecam.

niedziela, 15 stycznia 2017

"Bridget Jones 3" - o filmie

Pierwsze dwie części Bridget Jones średnio mi się podobały. Sceptycznie więc podeszłam do części trzeciej, w zasadzie licząc się ze zmarnowanym wieczorem. Tymczasem - uśmiałam się nieźle :).


Opis filmu:
"Bridget zachodzi w upragnioną ciążę. Problem tylko w tym, że nie wie, kto jest ojcem jej dziecka."

Główna bohaterka to już nie walcząca z własnymi słabościami i wagą dziewczyna, a dość świadoma siebie, dojrzała, 43-letnia kobieta, która niestety nadal jest samotna. Konsekwencją miłosnych zawirowań jest nieoczekiwana, choć upragniona ciąża. Tym bardziej zaskakująca, że nie wiadomo, kto jest jej sprawcą :). Bridget mianowicie spędziła dwie noce z dwoma mężczyznami w krótkim odstępie czasu. Pierwsza była szaleńczą przygodą z nieznajomym na festiwalu muzycznym, drugą zaś - niespodziewany 'come back' dawnej miłości, z którą jak się wydawało, nic już ją nie łączy. Panowie zostają poinformowani o potencjalnym ojcostwie i rozpoczynają walkę o względy Bridget - każdy na swój sposób.
Krytyka wielu społecznych zachowań stwarza wiele okazji do niepohamowanego śmiechu.
Szczególnie rozbawiło mnie satyryczne ukazanie hipsterskiego looku u mężczyzn - przystojni, ale jakże nieoryginalni mężczyźni o tej samej fryzurze, zaroście i stylu.
Film gwarantuje zakwasy od śmiania się i przysłowiowe 'zerwanie boków'.
Polecam.

środa, 28 grudnia 2016

"Sully" - o filmie

Cud na rzece Hudson to temat, który mnie fascynuje. Chyba każdy pamięta historię samolotu, który wylądował awaryjnie na rzece i przeżyli wszyscy ze 155 osób na pokładzie. Oglądałam już kilka filmów dokumentalnych o tym, a także jeden z odcinków "Katastrof w przestworzach". Byłam bardzo ciekawa pełnometrażowego filmu z Tomem Hanksem, który wcielił się w rolę niesamowitego pilota Chesleya "Sully'ego" Sullenbergera.


Sześć minut po starcie z lotniska w samolot uderza stado ptaków - siadają oba silniki. Cytując za Wikipedią (klik), konsekwencją jest kontrolowany lot szybowcowy i opadanie. Piloci mają sekundy na podjęcie decyzji - główny bohater decyduje się posadzić samolot na środku rzeki Hudson. Po 'udanym'' lądowaniu następuje ewakuacja, pasażerowie wychodzą na skrzydła. Ratują ich przypływające promy. Jest styczeń, woda ma 5 stopni.

Clint Eastwood postanowił opowiedzieć widzom nie tylko historię samego lądowania i akcji ratunkowej, ale także tego, co działo się potem - próby osądzenia pilotów za ten wyczyn. Przeżyli, to może powinni spróbować dolecieć do lotniska, może samolot dałoby się uratować? W końcu miliony poszły na dno... Tam, gdzie chodzi o pieniądze, tam musi znaleźć się winny. Śledczy próbują ją udowodnić pilotowi. Gdyby im się to udało, na sam koniec kariery Sully zostałby wykluczony ze środowiska zawodowego i pozbawiony prawa do emerytury.


Eastwood podkreśla rolę bohaterów, nie tylko Sully'ego - nazywa bohaterami wszystkich członków akcji ratunkowej, którzy przeprowadzili ją w 24 minuty. Nikt nie zawiódł, każdy wykazał się profesjonalizmem w swojej branży, dzięki czemu ocaleli wszyscy pasażerowie, bez większych uszczerbków na zdrowiu - przynajmniej tych fizycznych. Przedstawiona wspólnota w działaniu służb ratunkowych tworzy niesamowity klimat - bezpieczeństwa, spokoju, nadziei na szczęśliwe zakończenie nawet w obliczu katastrofy. Na pewno przyczyniły się do tego wydarzenia z 11 września.

Film trzyma w napięciu, pomimo, iż wiemy, co będzie dalej i pomimo braku sztucznie podkręcanej akcji czy fantastycznych momentów. Dreszcze na całym ciele wywołuje właśnie realność całej sytuacji - to się wydarzyło naprawdę, to się mogło przydarzyć każdemu.

Zdecydowanie polecam.

niedziela, 4 grudnia 2016

"Złe mamuśki" - o filmie

Wpis zdradza fabułę filmu.

 
 Opis filmu:
"Trzy przepracowane i niedoceniane matki porzucają swoje obowiązki, by doświadczyć od dawna upragnionej wolności."
źródło

Jest sobie zwyczajna mama, która ogarnia WSZYSTKO, jak większość matek. Dzieci, szkołę, pracę, zakupy, psa, kiermasze itp. Lata co dzień z jęzorem na wierzchu, by wszędzie zdążyć, je w biegu, dba o rodzinę. Jednak jak to zwykle bywa, jest niedoceniana przez otoczenie. Chociaż, wróć. Jest niedoceniana w pracy mimo wypełniania obowiązków kilku osób, ale najgorsze, że jest niedoceniana przez męża, którego to nakrywa na zdradzie via internet. Scena jakich mało. Ona wchodzi do pokoju, a on ze spodniami opuszczonymi do kolan i nagą laską na kompie online. Główna bohaterka jeszcze się upewnia, czy to przypadkiem nie trwa dłużej, bo jak raz, to może by wybaczyła, ale jak dłużej, to o nie, wynoś się z mojego domu. On podkula ogon i się wynosi. 

I tu następuje krach. Coś w niej pęka. Ona jest taką wspaniałą, ogarniającą wszystko mamą, a on ją zdradza? To ona teraz pokaże. No właśnie. Tylko co i komu. Najpierw pokazuje swoim niczego winnym dzieciom, że mają sobie same robić śniadanie. WOW.  Następnie idzie w tango, że tak to nazwę, z dwoma innymi zbuntowanymi mamami. Rzuca na kilka dni pracę, po czym jest zdziwiona, że szef wyrzuca ją. Staje do walki z inną, najbardziej Perfekcyjną Mamą w szkole i próbuje zająć jej miejsce w radzie pedagogicznej. A przy tym wszystkim ma czas na szybki romans z wyglądającym niczym młody bóg samotnym tatą, bo przecież cóż innego mogłoby ją bardziej dowartościować?

Lubię Milę Kunis, jednak tu się nie popisała. Na przód wysuwa się za to postać drugoplanowa, grana przez Kathryn Hahn, sceny z nią to w zasadzie jedyny powód, dla którego obejrzałam film do końca. Mały plus za ścieżkę dźwiękową, pasującą idealnie do klimatów imprezowych (szczególnie tegoroczne "Cake by the Ocean" DNCE i "Hey mama" Davida Guetta/ Nicky Minaj).

Całość jednak oceniam bardzo słabo. Jest kilka "momentów", ale jest ich niewiele, a szkoda, bo temat współczesnego macierzyństwa daje wiele możliwości parodiowych.

Dopiero na plakacie dojrzałam hasło "Film twórców 'Kac Vegas'". No tak. To wszystko wyjaśnia.

niedziela, 6 listopada 2016

"Trawers" Remigiusza Mroza - o książce

Trzeci tom serii z Forstem.


Opis książki:
"Grupa uchodźców miała zostać w Kościelisku tylko przez trzy dni. Wójt zakwaterował ich w sali gimnastycznej, czekając, aż rząd znajdzie dla nich stałe miejsce pobytu.
Wszystko zmieniło się, gdy przypadkowy turysta został odnaleziony martwy na szlaku prowadzącym na Czerwone Wierchy. Odcięto mu opuszki palców, wybito wszystkie zęby, a w ustach umieszczono syryjską monetę. Czy Bestia z Giewontu powróciła? A może to któryś z uchodźców jest winny? Rozpoczyna się nagonka medialna, a wraz z nią śledztwo prowadzone przez Dominikę Wadryś-Hansen.
Tymczasem Wiktor Forst wsiąka coraz bardziej w więzienny świat, zupełnie nieświadomy tego, że na wolności jest ktoś, kto liczy na jego ratunek…"

Sprawdza się powiedzenie, że praktyka czyni mistrza. Każda kolejna część trylogii jest lepsza od poprzedniej i tak "Trawers" czyta się bardzo dobrze. Mróz trzyma czytelników w klimacie niepokoju, serwując kolejne przygody komisarza Forsta. Tym razem główny bohater zostaje wrzucony w więzienny świat, bez nadziei na ratunek. Opisy scen więziennych przypominają mi nieco sceny rodem z serialu Prison Break.

Wątek uchodźców przygotowany bardzo dobrze - Mróz próbuje odpowiedzieć na pytanie, co by było, gdyby Polska przyjęła uchodźców. Rozmowy bohaterów to głosy za i przeciw, to chęć niesienia pomocy z jednej strony i nieufność oraz lęk z drugiej. Wydaje się jednak, że sam autor jak najbardziej jest za.
Ogromny plus za  research - w detalach i opisach dopracowanych w każdym szczególe widać niesamowitą pracę, jaką wykonał Mróz przy pisaniu tej powieści. Dobrze czyta się o autentycznych wydarzeniach i faktach z polskiego podwórka.

Autorowi należą się także wielkie dzięki za wprowadzenie postaci Joanny Chyłki - sceny z nią są niczym balsam na duszę spragnionego jej losów czytelnika, natomiast dla kogoś, kto serii z nią nie czytał, jest to sprawna przynęta i niezły marketing. Założę się, że mało kto odmówi sobie sięgnięcia po serię z niefrasobliwą panią prawnik.

Zakończenie - kolejny raz szokuje. Przypuszczam, że absolutnie nikt nie spodziewał się, kto jest mordercą. Najciemniej pod latarnią :).

O ile dwie pierwsze części trylogii można przeczytać i szybko odłożyć, tak po lekturze "Trawersu"przychodzi chwila refleksji. Oraz - jakkolwiek to nie zabrzmi - radość, że to już koniec. Bo choć trylogię z Fortem polecam, warto ją przeczytać, to jednak na pewno nie będę do niej wracać. Wolę sięgać po kolejne nowości Remigiusza Mroza, a tych ci u nas dostatek :).

niedziela, 30 października 2016

"Przewieszenie" Remigiusza Mroza - o kiążce

Drugi tom serii z Forstem (recenzja I tomu tutaj).


Opis książki:
"Podhalem wstrząsa seria wypadków w górach. Początkowo czarna passa wydaje się jedynie ciągiem pechowych zdarzeń, jednak śledczy ostatecznie odkrywają związek między ofiarami. Każe on sądzić, że ktoś morduje turystów na szlakach. Dochodzenie prowadzi komisarz Forst. Szybko zdaje sobie sprawę z tego, że zabójstwa powiązane są ze sprawą, nad którą pracował z Olgą Szrebską. Zaczyna tropić mordercę, zbierając okruchy informacji, które ten zdaje się z premedytacją zostawiać. Kiedy zbliża się do rozwiązania sprawy, doganiają go upiory z przeszłości. Wiktor Forst będzie musiał stawić czoła nie tylko człowiekowi, którego ściga, ale także ludziom gotowym zrobić wszystko by go pogrążyć."

Kolejne spotkanie z komisarzem Forstem. Kolejny raz tropi on mordercę i znów sam jest ścigany. Schemat powielony, jednak tym razem autor nieco zwolnił tempo. Podkreślam - nieco :). Sam Forst wydaje się być trochę bardziej rzeczywisty - nawet on zostaje ukarany za swoją zuchwałość przez surowe góry, wszak jest tylko człowiekiem.

Ciekawa jest narracja prowadzona przez samego mordercę oraz tło geograficzne - główna akcja toczy się w polskich Tatrach. Nie jestem fanką 'chodzenia' po górach, jednak ciekawość gór w ogóle sprawiła, że czytałam niektóre opisy z zapartym tchem. Mroczny klimat i profesjonalne opisy majestatycznych górskich szczytów przenoszą czytelnika w miejsca, które chciałoby się zobaczyć na własne oczy, chociaż trochę strach. Widać, że autor niejeden górski szlak przebył samodzielnie i w niejednym schronisku nocował (czyżby na podłodze?:) ).

Świat przedstawiony w "Przewieszeniu" wydaje się być bardziej realny niż ten w "Ekspozycji". Jednak znów daję minusa za zbyt obszerne opisy brutalności, zwłaszcza w scenach z córką Osicy. Moja bardzo bujna wyobraźnia i inteligencja emocjonalna nie pozwalają na normalne funkcjonowanie jeszcze przez jakiś czas po przeczytaniu drastycznych scen. Między innymi dlatego odstawiłam całego Mastertona - odkąd zostałam matką, to już nie na moje nerwy. Zawsze też w takich chwilach zastanawiam się, co też autor ma w głowie, że jest w stanie wymyślić tego typu sceny. Mroczna strona Mroza daje popis :).

Podobał mi się wątek prokurator Wardyś-Hansen i jej męża - ciekawe spojrzenie nie tylko na pracę prokuratora, ale i na problemy małżeńskie na tle międzynarodowym. Mróz doskonale oddał także uczucia, jakich doznaje czasem każda kobieta posiadająca dzieci.

Całość jest na zdecydowanie wyższym poziomie niż pierwsza część trylogii, wciągnęła mnie o wiele bardziej. Zakończenie znów zaskakuje i sprawia, że odczuwamy złość na autora, a jednocześnie nie możemy doczekać się kolejnej części.

wtorek, 25 października 2016

"Ekspozycja" Remigiusza Mroza - o książce

Nazwisko Remigiusza Mroza obiło mi się o uszy już jakiś czas temu. Wpadła mi w ręce przypadkiem jedna z jego książek, o której będzie nieco później, bo kończę ostatnią część. Zaczęłam czytać i przepadłam na pół nocy, absolutnie zachwycona. Niedługo potem, 'spod lady' w bibliotece udało mi się zdobyć serię książek z komisarzem Forstem. Z nadzieję na wielkie emocje przeczytałam wszystkie trzy części trylogii.
"Ekspozycja" to  pierwszy tom.


O książce:
"Wciągająca powieść kryminalna z wątkami politycznymi i historycznymi, której akcja toczy się pod Giewontem. 
Pewnego dnia turyści odnajdują na szczycie góry zwłoki nagiego mężczyzny. Wszystkim wydaje się, że zabójca nie pozostawił po sobie żadnych śladów. Przenikliwy detektyw Forst zauważa jednak, że ciało zmarłego zawieszonego na krzyżu niesie ze sobą zaszyfrowaną wiadomość. Niespodziewanie Wiktor zostaje odsunięty od śledztwa. Detektyw nie poddaje się i wspólnie z dziennikarką podejmuje prywatne śledztwo. Sięgają do historii, która, jak się okazuje, może dać odpowiedź na nurtujące pytania. Choć śledztwo nabiera tempa, morderca jest wciąż o krok dalej? " 

Książkę czytało mi się dosyć ciężko. Główny bohater przypomina spolszczoną wersję Jamesa Bonda - z jednej strony ciągle pakuje się w tarapaty, z drugiej wychodzi z nich obronną ręką. Ucieka przed policją z piękną kobietą u boku, która rzuca wszystko i decyduje się wyjechać z nim za granicę, by rozwiązać zagadkę morderstwa. Porwanie, strzelaniny, pobyt w więzieniu, wplecione wątki historyczne i polityczne, oraz zbyt duża ilość informacji przekazywanych przez autora ustami bohaterów sprawiła, że czułam się nieco przytłoczona. Zazwyczaj bardzo lubię, gdy autorzy książek przemycają fachową wiedzę swoim czytelnikom, dzięki temu w ten przyjemny sposób uczymy się nowych rzeczy wraz z każdą przeczytaną książką. Tu było tego trochę za dużo - jeszcze nie zdążyłam przyswoić jednego skrupulatnego opisu, a już zostawałam wprowadzona w nową tematykę. 

Niewątpliwie ciekawa jest postać samego komisarza. Kobiety lubią takich mocnych i silnych mężczyzn, którzy nie boją się czasem oberwać, stają w ich obronie i w nieporadny sposób próbują je uwieść. Komizm słowny dodatkowo dodaje uroku relacjom damsko - męskim, choć i tu zabrakło nieco głębi. 

Nie mogę odmówić autorowi tego, że książka jest naprawdę dobrze, hmm, opracowana; wydaje się, jakby Mróz postanowił zawrzeć w niej wszystkie aktualne pomysły literackie. Bardziej nazwałabym ją powieścią przygodową lub sensacyjną, niż kryminałem. Brakuje mi w niej tej lekkości, tego czegoś, co sprawia, że świat literacki porywa czytelnika i wypluwa go na koniec z wielkim "wow" na ustach. Mnie wypluł z zastanawiającym "hmmm" :).

Zakończenie zaskakuje bardzo - mnie oburzyło z powodu swojej, jak mi się wydawało, nieodwracalności.
Nie mniej ciekawość nie pozwoliła na tym poprzestać i oczywiście sięgnęłam po kolejne tomy, ale o tym już następnym razem.

piątek, 14 października 2016

"Dziewczyna z pociągu" - o filmie

O książce słyszałam dużo, ale jakoś nie wpadła mi w ręce. A gdy usłyszałam, że będzie film, to już jej nie szukałam. Od lat w przypadku głośnych ekranizacji wolę najpierw zobaczyć film, później sięgam po książkę, bo w odwrotnej kolejności film nigdy nie dorówna książce i mojej wyobraźni.

Gdy zobaczyłam tydzień temu zwiastun, pomyślałam "wow". Coś akurat na zimny, ponury, jesienny wieczór, mroczny klimat, dobra fabuła, świetna muzyka. Tak mi się wydawało - oczekiwałam czegoś w stylu "Zaginionej dziewczyny" z Benem Affleckiem.

Opis filmu:
"Rachel codziennie podróżuje do pracy tą samą trasą kolejową, obserwując przydrożne domy. Gdy mieszkanka jednego z nich znika, kobieta postanawia zeznać, co widziała."


Główna bohaterka obserwuje domy - pewnie większość z nas robi tak podczas podróży, zwłaszcza pociągiem. Sama lubię 'zaglądać' ludziom w okna i zastanawiać się kim są, co robią, jak wygląda ich życie. Gdy byłam mała, uwielbiałam patrzeć na duże rodzinne domy, na wszystkie oświetlone wieczorem okna. Wyobrażałam sobie, jak to będzie kiedyś, gdy będę miała własną rodzinę, własny dom.

I za tym tęskni Rachel - pragnie miłości, rodziny, pragnie być częścią tego idyllicznego obrazka, jaki widuje co dzień za oknem pociągu. Pewnego dnia zauważa kobietę, którą co dzień obserwuje, w ramionach mężczyzny, który nie jest jej mężem. Jej wizja idealnego życia przestaje być bez skazy, z czym nie może się pogodzić. Standardowo dla siebie sięga po alkohol, czego skutkiem są braki w pamięci następnego dnia. Obserwowana kobieta znika a Rachel angażuje się w jej odnalezienie.

Zapowiadała się świetna, tajemnicza historia - niestety okazała się dość schematyczna i rozgryzłam ją po 20 minutach filmu, mówiąc do męża, kto zabił. Jak zwykle - wszystko przez faceta. Zawiodłam się nieco na całości - owszem, klimat był, jednak czegoś zabrakło. Być może muzyki? Odświeżona wersja utwóru Kanye'a Westa "Heartless" z trailera nie wystąpiła ani w filmie, ani nawet w napisach końcowych. W ogóle nie bardzo kojarzę muzykę, nic nie utkwiło mi w pamięci, poza dołującymi dźwiękami.
Potrójna narracja daje możliwość zagłębienia się w umysł aż trzech kobiet, z których każda ma własne, bolesne doświadczenia związane z macierzyństwem.
Jeden z moich ulubionych zabiegów w filmach - inwersja czasowa, pozwala na logiczne połączenie z pozoru niezwiązanych ze sobą wątków. Nieco przeraża brutalność kilku scen. Plusem są momenty czarnego humoru i świetna gra aktorska Emily Blunt. Smutno jest patrzeć na kobietę, która toczy się po równi pochyłej z powodu zdrady. Wraz ze stratą męża straciła ona sens życia i już tylko egzystuje, udając przed światem normalność. 
Jest to jeden z tych filmów, o których nie myśli się po wyjściu z kina, a szkoda, bo bardzo lubię, gdy film zostaje ze mną chociaż przez parę dni. Nie żałuję, że obejrzałam, ale wracać do niego na pewno nie będę.

czwartek, 8 września 2016

Gulia Enders "Historia wewnętrzna" - o książce

Buszując po internetowych księgarniach trafiłam ostatnio na promocję dotyczącą książki, którą już dawno chciałam przeczytać. Międzynarodowy bestseller, z podtytułem "Jelita - najbardziej fascynujący organ naszego ciała". Jest już u mnie na półce :).


Książka napisana jest w bardzo przystępny dla zwykłego czytelnika, a jednocześnie bardzo obrazowy sposób. Autorka bardzo lekko pisze na temat naszego układu pokarmowego, niejednokrotnie zaskakując poczuciem humoru i trafnością stwierdzeń. Momenty humorystyczne doskonale przeplatają się z naukowymi terminami. Do połowy książkę przeczytałam ekspresowo - zawsze  lubiłam biologię. Od połowy stała się nieco trudniejsza, przypomniałam sobie, dlaczego nie poszłam na planowaną od dziecka medycynę.

Od dawna interesuję się zdrowym stylem życia, a co za tym idzie, zdrowym odżywianiem się i mam już na tym punkcie lekkiego fisia. Przeczytałam już sporo pozycji naukowych dotyczących tego tematu, w żadnej jednak kwestia jelit i procesów w nich zachodzących nie była opisana tak szczegółowo. Dowiedziałam się wielu bardzo ciekawych rzeczy. Wszystko co jemy, oddziałuje na nas w jakichś sposób - dobry lub zły,w zależności od tego, jakie pożywienie wybieramy. To, co dzieje się w naszym układzie pokarmowym, odbija się na naszym życiu, na naszym zdrowiu - nie tylko fizycznym, ale i psychicznym.

"Po części sami wybieramy bakterie, które się w nas osiedlą: przez chwilę ssiemy pierś, zaraz potem próbujemy obgryzać stołową nogę, a na koniec składamy mokrego całusa na szycie samochodowej lub psim pysku. Wszystkie żyjątka, które w ten sposób trafiają do naszej buzi, mogą niedługo później zbudować w naszych jelitach mocarstwo. Nie wiadomo tylko, jak długo takie imperium przetrwa ani też czy ma wobec nas dobre zamiary. Można powiedzieć, że ustami wyszykowujemy sobie swój przyszły los". (s. 178)

Bardzo zaciekawiło mnie to, że już sposób, w jaki przychodzimy na świat, decyduje o tym, co osiedli się w naszych jelitach. Dziecko w brzuchu matki przebywa w sterylnych warunkach, a rodząc się siłami natury przechodzi przez drogi rodne mamy, stykając się z jej florą bakteryjną i stamtąd pobierając pierwsze bakterie, które osiedlają się w jego jelitach i zaczynają go chronić. Natomiast dziecko, który rodzi się poprzez cesarskie cięcie pierwszą styczność ma z florą lekarzy, pielęgniarek, szpitala, dopiero później matki, podczas kontaktu skóra do skóry. Zatem u dzieci urodzonych w różny sposób powstaje różna flora bakteryjna. Różnice pomiędzy nimi zacierają się dopiero około siódmego roku życia!
Podobnie sprawa ma się z karmieniem piersią - dziecko ssąc pierś matki nie tylko pobiera dobre bakterie z jej mleka, ale także z jej skóry. 

 Autorka jest młodą osobą (26 lat) i być może wiek jest powodem tego, że nie zamknęła się jeszcze w stricte medycznym świecie, z używaniem tylko i wyłącznie fachowej, lekarskiej terminologii. Mam wrażenie, że w środowisku naukowym panuje coś w rodzaju zmowy milczenia - ci, którzy posiedli tajniki wiedzy danej dziedziny, nie zamierzają ułatwiać sprawy innym, mówiąc o niej w przystępny dla laików sposób. Wielu z nas ma zapewne doświadczenia choćby z wizyt lekarskich, gdy podczas diagnozowania choroby pada tylko nazwa (a często i nie!) i wypisywana jest recepta. Czy to tylko brak czasu na rozmowę z pacjentem? Czy raczej brak chęci? Ja nie daję się łatwo zbyć i jeśli mi coś dolega, szczegółowo chcę wiedzieć, co dzieje się w moim wnętrzu i zasypuję lekarzy pytaniami. Jednak zauważyłam, że sami z siebie coś więcej oprócz nazwy choroby mówią raczej lekarze młodzi właśnie, i to jest fantastyczne. Dla przykładu, mój Adi kilkakrotnie chorował w zeszłym roku na uszy. Za pierwszym razem w punkcie nocnej opieki medycznej trafiliśmy na lekarza 'starej daty', który stwierdził zapalenie, przepisał antybiotyk i tyle. Za drugim razem dyżur miał młody lekarz, mniej więcej w naszym wieku. Wytłumaczył skąd się bierze zapalenie uszu, dlaczego często nawraca, dlaczego w tym przypadku zaleca antybiotyk itp. Za pierwszym razem byliśmy zdołowani chorobą, za drugim mimo wszystko nieco podniesieni na duchu, bo zostaliśmy uraczeni szczegółową wiedzą na jej temat. 

Każdy, kto chce cieszyć się zdrowiem powinien znać budowę i sposób funkcjonowania naszego układu pokarmowego. Gulia Enders wyjaśnia dlaczego przełyk wpada do naszego żołądka nieco  z boku, a nie po prostu z góry, dlaczego żołądek jest tak śmiesznie zakrzywiony i po co w nim bańska powietrza, jaka pozycja do wypróżniania się jest najwłaściwsza, skąd się biorą nietolerancje pokarmowe i czy bakterie lub pasożyty mogą sterować naszym zachowaniem? Ona nie tylko o tym pisze, ona to tłumaczy, można by rzec 'jak krowie na rowie'.
Ogromnie polecam tę książkę. Po jej lekturze zapewne każdy uzna swoje jelita za fascynujące i bardziej świadomie sięgał będzie po pożywienie.

środa, 24 sierpnia 2016

Harlan Coben "Nieznajomy" - o książce

Niesamowicie ucieszyłam się, gdy podczas wizyty w bibliotece dostałam odłożoną specjalnie dla mnie najnowszą powieść Cobena. Zazwyczaj połykam takie w jeden wieczór, jednak z powodu pełnienia bardzo absorbującej czasowo funkcji matki karmiącej, tym razem zajęło mi to trzy wieczory. Coben mnie nie zawiódł i ponownie wciągnął w fascynującą fabułę.


Opis książki:
"Podczas spotkania rodziców dzieci grających w lidze lacrosse, ojciec dwóch nastoletnich synów, prawnik Adam Price,zostaje zaczepiony przez nieznajomego mężczyznę. Twierdzi on, że przed laty żona Adama, chcąc powstrzymać rozwój jego romansu, oszukała go udając, że jest w ciąży. Nieznajomy przekazuje Adamowi dowody świadczące o prawdziwości swoich słów. Kiedy zaszokowany Adam doprowadza do konfrontacji z żoną, ta początkowo obiecuje mu wyjaśnienia, lecz wkrótce znika bez śladu. "

Jak zwykle, autor pozwala nam zajrzeć do głowy głównego bohatera, którego idealne życie zostaje zburzone przez kilka zdań obcego mężczyzny. Ziarno wątpliwości zostaje zasiane i powoli kiełkuje, rujnując doszczętnie amerykański sen.
W bardzo wzruszający sposób Coben opisuje uczucia, jakimi rodzice obdarzają swoje dzieci, tą nierozerwalną nić łączącą rodzinę. Do czego bylibyśmy zdolni, by ją ochronić? Do czego jest zdolna kobieta, by zatrzymać mężczyznę? Czy kłamstwo zawsze niesie ze sobą nieodwracalne konsekwencje? 
Autor bardzo wnikliwie opisuje możliwości, jakie daje współczesny internet. Dzięki niemu obecnie można kupić naprawdę wszystko, zaspokoić każdą potrzebę, jednak nie istnieje w nim coś takiego, jak anonimowość.

Zakończenie nieco mnie przygnębiło, poniekąd dlatego, że nie cierpię niesprawiedliwości, jednak spodziewałam się go. I tu zabrakło mi tej 'niespodzianki', którą zazwyczaj zaskakiwał mnie Coben w swoich książkach. Mimo to przeczytać, polecam.

piątek, 8 lipca 2016

"Tarzan: Legenda" - o filmie

Wyrwaliśmy się z mężem do kina na Tarzana. Dla pewności, że młodszy będzie najedzony, ściągnęłam mleko laktatorem i przed wyjściem podałam mu z butelki. Dzięki temu mieliśmy 3 godziny luzu, babcia została z dziećmi. 


Pewnie nie zwróciłabym uwagi na lecący w telewizji zwiastun, gdyby nie postać Aleksandra Skarsgårda - odtwórcy roli głównej. Ze swoim wzrostem, urodą i zwiększoną masą mięśniową nadawał się do tej roli idealnie :).

Opis filmu:
"Mijają lata, od kiedy Tarzan (Skarsgård), opuścił afrykańską dżunglę na rzecz cywilizowanego życia w Londynie. Jako John Clayton III, Lord Greystoke decyduje się wrócić do Konga, gdzie ma pełnić funkcję emisariusza rządu z misją handlową. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że jest pionkiem w śmiertelnie niebezpiecznej grze targanego wolą zemsty, chciwego kapitana Leona Roma z Belgii (Waltz). Okazuje się, że osoby stojące za zabójczym spiskiem nie mają pojęcia, co rozpęta się za ich sprawą." źródło

Film bardzo wciągający i nieprzesycony efektami komputerowymi. Napięcie jest idealnie stopniowane, dzięki czemu nie ma ani momentów nudy, ani zbyt długich akcji. Piękne obrazy i wspaniała muzyka pozwalają oderwać się od rzeczywistości. Momenty retrospekcji powoli odsłaniają przed nami przeszłość Tarzana. Jako świeżo upieczona podwójna matka z bólem serca obserwowałam sceny z niemowlakiem, a później dzieckiem i gorylami. Na uwagę zasługuje także gra aktorska -  Tarzan sam w sobie był wspaniały (jak mógłby nie być!), jednak czegoś mi u niego zabrakło. Natomiast inni zbudowali swoje role fantastycznie. Margot Robbie (Jane) dodała głębi i drapieżnego pazura postaci kobiecej, tworząc silną i 'wyszczekaną' partnerkę dla Tarzana, choć we wcześniejszych ekranizacjach Jane była raczej delikatną niewiastą. Samuel L. Jackson (Williams) wspaniale okrasił całość elementami humorystycznymi, natomiast Christoph Waltz (Rom) jako czarny charakter z nienagannymi manierami, kroczący przez dżunglę w białym garniturze, z różańcem w dłoni - karykaturalny, a jednak ciekawy.
Liczyłam może na trochę więcej romansu (a możliwości były :)), ale mojemu mężowi film także bardzo się podobał, może więc tyle wystarczy. 





Podczas napisów końcowych leci wspaniały utwór Hoziera "Better Love" i na długo zostaje w głowie.


Film bardzo mi się podobał, ma niesamowity klimat - wprowadza w atmosferę wielkiej przygody, odkrywania dzikich lądów. Ale cóż się dziwić, jak od miesiąca u nas ponownie tylko cyc, pielucha i nieprzespane noce :).

piątek, 13 maja 2016

Jodi Picoult - "Zagubiona przeszłość"

Autorka książek na trudne, a jednak bardzo 'życiowe' tematy. Po każdej z nich muszę sięgnąć po coś lżejszego, bo tematyka na długo zostaje w głowie i skłania do przemyśleń. Jodi jest matką trójki dzieci i to właśnie dzieci bardzo często są bohaterami jej powieści. Z wielkim wyczuciem pisze o rodzicielstwie, więzi łączącej rodziców i dziecko.


"Zagubiona przeszłość" to opowieść o trudnych decyzjach i poświęceniu wszystkiego dla dobra dziecka. W dorosłym życiu, sama będąc już matką, główna bohaterka dowiaduje się, iż jako dziecko została uprowadzona z domu, od matki, przez swojego ukochanego ojca. Ten wychował jej, zapewnił szczęśliwe dzieciństwo - teraz jednak może ponieść za to karę - sprawa wychodzi na jaw i ojciec zostaje aresztowany. Proces ukazuje siłę ojcowskiej miłości, pomaga głównej bohaterce odzyskać zatarte wspomnienia. W książce nie zabrakło także wspaniale opisanej przyjaźni i zawiłości tzw. "trójkąta" - dwóch mężczyzn i kobiety. Autorka próbuje także odpowiedzieć na pytanie, czy może istnieć prawdziwa, platoniczna przyjaźń między kobietą i mężczyzną?
Podoba mi się też częsty zabieg i Picoult - 'podział' na bohaterów, przedstawianie rzeczywistości oczami każdego z nich.

Bez wahania sięgam po wszystkie jej książki i na żadnej się jeszcze nie zawiodłam. Polecam, szczególnie rodzicom!

sobota, 9 kwietnia 2016

Nicci French "Kraina życia" - recenzja

Thriller psychologiczny stworzony przez małżeństwo dziennikarzy, piszących pod wspólnym pseudonimem. Kilka lat temu dostałam w prezencie inną książkę tej pary, gdy więc zobaczyłam w bibliotece kilka innych pozycji tych autorów, bez wahania zgarnęłam wszystkie. 

Nicci French, kryminały, recenzje książek,


"Abbie Devereaux budzi się w obcym miejscu, w zupełnych ciemnościach i w centrum prawdziwego koszmaru. Kobieta ma skrępowane ręce i nogi oraz kaptur na głowie. Porywacz zapewnia ją, że na razie nic jej nie grozi, ale nadejdzie dzień, w którym podzieli los pozostałych jego ofiar. Abbie wie, że niechybnie oznacza to śmierć. Przerażona ucieka z pułapki. Jednak to nie koniec dramatycznych wydarzeń. Policja nie wierzy w jej opowieść, a ona czuje się obserwowana..."

Już zam początek wprowadza nas w mroczny klimat. Bohaterka zostaje dosłownie ubezwłasnowolniona przez porywacza, a do tego ma luki w pamięci. Te luki będzie systematycznie uzupełniać już po ucieczce. Nie do końca wiadomo kto jest kim, tym bardziej więc zaskakuje zakończenie. 
Muszę przyznać, że widać tu idealne połączenie męskiego i kobiecego spojrzenia na życie i kwestie z nim związane. Dla kogoś, kto nie lubi analizy psychologicznej bohaterów niektóre fragmenty mogą wydawać się przydługie i zbędne - mnie jednak one tym bardziej ciekawiły. Poznajemy wszystkie myśli głównej bohaterki, co pozwala całkowicie zatopić się w fabule książki. Idealna na ciemną, deszczową noc.

Warto po nią sięgnąć.

poniedziałek, 21 marca 2016

"Everest" - o filmie

Zawsze lubiłam filmy i książki z motywem wspinaczki wysokogórskiej. Pewnie dlatego, że sama do śmiałków wędrujących po górach nie należę i najwyżej nad poziomem morza byłam rekreacyjnie na Śnieżce. Latem :). Jest jednak coś niesamowitego w tej pasji, której chociaż nie potrafię zrozumieć, to podziwiam. 
Dalsza część wpisu może zawierać spojlery.


 "Rok 1996. Podczas wspinaczki na najwyższy szczyt świata członkowie ekspedycji stawiają czoło potężnej burzy śnieżnej."
źródło

Oparty na prawdziwych wydarzeniach, ze wspaniałymi zdjęciami i muzyką film, w którym bohaterami jest cała grupa - każdy jest ważny i w zasadzie nie ma postaci nr 1. Wspinają się z różnych powodów, często poruszany jest motyw finansowy. Bohaterowie przedstawieni są jako zwykli ludzie, pragnący przezwyciężyć swoje słabości. Nie ma tu niezniszczalnych superbohaterów o nadludzkich możliwościach, nie ma szokujących, krwawych scen, przez co wspaniale ukazana została siła i bezwzględność gór - jeden podmuch wiatru i człowiek znika... W ciszy. 

Uderzyło mnie także coś, o czym wcześniej nie miałam pojęcia. Kolejki. Prawdziwe kolejki na Mount Everest, zbyt duża ilość grup próbujących zdobyć górę w tym samym czasie, czekanie na kilkustopniowym mrozie. Surrealizm.

Klimat filmu przypomniał mi tragedię na Broad Peak z 2013 roku, gdzie zginęło dwóch Polaków. Zapis ich ostatnich rozmów z bazą pozwala przypuszczać, co się wydarzyło - zbyt późne wejście na szczyt, opadnięcie z sił, przemarznięcie.  

Historia, która tkwi w głowie jeszcze kilka dni po obejrzeniu.  

piątek, 18 marca 2016

Gillian Flynn - "Ostre przedmioty"

Po "Zaginionej dziewczynie" Gillian Flynn wiedziałam, że muszę sięgnąć po inne książki tej autorki.
W bibliotece trafiłam na jej debiutancką powieść - "Ostre przedmioty".


"Camille Preaker po krótkim pobycie w klinice psychiatrycznej wraca do pracy reporterki w „Daily Post” i otrzymuje i zlecenie na artykuł o tajemniczych zabójstwach dwóch małych dziewczynek w jej rodzinnym miasteczku. Z niechęcią wraca do wspaniałej wiktoriańskiej rezydencji, w której się wychowała, gdzie zaczyna ją prześladować wspomnienie tragedii z dzieciństwa. Stara się odkryć prawdę o brutalnych zbrodniach. Wszystkie tropy prowadzą jednak w ślepą uliczkę i zmuszają Camille do rozwikłania zagadki własnej przeszłości, której musi stawić czoło."

Wciągająca historia o nieco mrocznym klimacie, zwłaszcza jeśli czyta się ją w nocy, gdy reszta domowników śpi :). Interesujące spojrzenie na kobiety, ale także na słabości ludzkiej psychiki. Jedyny minus - nieco szybko nadchodzi zakończenie, niepotrzebnie też jest aż nadto streszczone. Niemniej ekranizacja mogłaby być świetna.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...