Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą małżeństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Partnerstwo w związku

Czytam czasem posty na fanpage'u Wkurzona Żona - listy kobiet, które tkwią w nieudanych związkach, które same zajmują się domem, dziećmi i mają tego dość. Liczą na pomoc od partnera, ale jej nie dostają. Smutne.

Wychowałam się w rodzinie chyba dość typowej, jak na lata 80. Zawodowo pracował tylko tata, mama nas wychowywała. Tylko ona wypełniała wszystkie obowiązki domowe, typu pranie, sprzątanie, gotowanie. Taty obowiązkiem było naprawianie psujących się rzeczy, pomoc w skopaniu ogródka na wiosnę, zrobienie nam karmika dla ptaków na technikę i wytłumaczenie zawiłości matematyki w kryzysowej sytuacji. Opiekunką domowego ogniska była jednak mama i to ona się nami zajmowała - kobieta. Ona także wychowała się w rodzinie, w której panował patriarchat, chociaż babcia pracowała, cały dom był na jej głowie. Gdy dorastałam, mama próbowała ulepić mnie według znanego sobie wzorca. Już wtedy bardzo się przeciwko temu buntowałam - przeciwko sprzątaniu więcej niż to konieczne, nakrywaniu do stołu, sprzątaniu ze stołu, zmywaniu, podczas gdy od mojego brata zupełnie tego nie oczekiwała, on nie musiał nawet wynieść po sobie talerza :). Ja swój pokój sprzątałam sama, jemu sprzątała mama. Zadziwiające jest to, że miał on zatem wszelkie przesłanki ku temu, by powtórzyć wzorzec w dorosłym życiu, a jednak tego nie zrobił - w swojej rodzinie także on zajmuje się utrzymywaniem porządku czy gotowaniem i dzielą się z bratową obowiązkami.

Mój mąż wychował się w rodzinie, w której oboje rodziców było aktywnych zawodowo. Wychowywaniem zajmowała się raczej jego mama, ale w pewnym momencie wyrównał się u teściów podział obowiązków - gdy ja ich poznałam, teść już urzędował w kuchni :). 

Gdy żyliśmy w związku na odległość, każdy jego przyjazd był świętem. Moja mama i babcia dogadzały mu kulinarnie, a posiłki często odbywały się w formie bufetu szwedzkiego. Do wyboru do koloru. Biedny, myślał, że będę jak mama i babcia. Gdy zamieszkaliśmy razem, szybko wyprowadziłam go z błędu :). Do dziś mówi, że dał się zrobić w bambuko :). On pracował, ja studiowałam i pracowałam. Dlaczego niby cały dom miałby być na mojej głowie? 

Tworzymy związek partnerski - prawie wszystko robimy oboje. Prawie - z wyjątkiem gotowania obiadów, tego niestety mój mąż nie potrafi, ale dlatego też, że tego nie lubi. To znaczy potrafi zrobić prosty obiad składający się z kotleta i ziemniaków, ale bardziej skomplikowane rzeczy odpadają. Jednak śniadania i kolacje organizuje sobie sam, chyba że akurat robię coś dla nas obojga. Ja za to nie wynoszę śmieci, nie zmieniam żarówek, nie zajmuję się naprawami w aucie - ba, nie tankuję :). Tak się składa, że mój mąż dba o pełny bak samochodu bardziej niż o pełną lodówkę - urok życia z maniakiem motoryzacji. 

Mąż zajmuje się dziećmi w takim samym stopniu jak ja, ba - on więcej się z nimi bawi. Dzielimy się obowiązkami - może nie po równo, czasem jedno częściej myje wannę, drugie częściej podłogę, jednak cotygodniową akcję 'sprzątanie' wykonujemy razem. Razem przechodzimy przez dom jak burza doprowadzając go do porządku, który trwa potem co najwyżej do wieczoru (dzieci...). Ja zajmuję się dzieckiem / dziećmi, gdy on jest w pracy, on przejmuje dzieci potem, żebym ja mogla popracować. Wspólnie zarabiamy, wspólnie podejmujemy decyzje, wspólnie planujemy. Jesteśmy dla siebie najlepszymi przyjaciółmi i szanujemy się nawzajem. Przy tym wszystkim on nadal jest silnym facetem, a ja słabą kobietką :). Jedno dla drugiego jest wentylem bezpieczeństwa - jesteśmy dla siebie oparciem, gdy któreś ma dość wszystkiego.

Ja po prostu nie wyobrażam sobie zajmować się wszystkim sama, wstawać wcześniej, by zrobić mu kanapki do pracy (choć pudełko czasem wieczorem przygotuję), biec do kuchni, by podgrzać obiad, gdy on stanie w drzwiach i podsuwać mu talerz pod nos. Czasem może i on by tego chciał i CZASEM tak ma :). Ale na ogół - nie, czego moja mama i babcia nie mogą przeboleć. 

Znam związki, w których facet nigdy nie umył muszli klozetowej, z której co dzień przecież korzysta. Znam takie, w których facet nigdy nie zostaje sam z dziećmi i takie, w których on nie musi robić kompletnie nic, poza chodzeniem do pracy. I ok - skoro tym parom taki układ odpowiada i są w swoich rolach szczęśliwi. Moja mama uwielbia gotować i dosłownie odpoczywa w kuchni, ja za gotowaniem nie przepadam, więc nieco się z tym męczę (ach te zdrowe nawyki...).

Ale znam też takie, gdy pary pracują na zmiany i mijają się w tygodniu, by móc samodzielnie opiekować się dzieckiem. Znam takie, gdy to facet decyduje się zostać w domu z dziećmi, a kobieta pracuje zawodowo. A przede wszystkim - wśród większości moich bliskich znajomych partnerstwo jest na porządku dziennym. Właśnie u Wkurzonej Żony niedawno wdałam się w dyskusję na ten temat. Jakaś kobieta napisała, że jeśli mężczyzna pracuje, a kobieta nie, to nie można wymagać od niego, żeby zmęczony po pracy jeszcze zajmował się domem. Zagotowałam się wewnętrznie, bo przepraszam, to dajmy na to taka kobieta na macierzyńskim te 8-9 godzin po prostu sobie leży i pachnie? I jego praca trwa 8 godzin i kończy się, a kiedy kończy się jej praca? Już abstrahując od tego, że w pracy także się odpoczywa - psychicznie, od domowej gonitwy i konieczności stałego pilnowania dzieci...

Do dziś został we mnie pewnego rodzaju bunt i zwyczajnie wkurzam się na rutynowe domowe czynności. Zmywając stertę naczyń myślę, że mogłabym teraz pisać kolejny rozdział książki, a gotując obiad, który zniknie w 5 minut klnę na swój wstręt do gotowców :). Za to na prasowanie mam sposób - słucham wtedy podcastów i uczę wielu ciekawych rzeczy. 

Nie ma co ukrywać, że my kobiety mamy na głowie więcej od mężczyzn, ale także dlatego, że same sobie dokładamy obowiązków. Przeczytałam gdzieś opinię, iż obecne pokolenie młodych kobiet przeniosło profesjonalizm zawodowy na grunt domowy i absolutnie się z tym zgadzam. Czasy się zmieniają i obecne macierzyństwo jest całkiem inne od tego z lat 80., 90. Kobiety są o wiele bardziej aktywne na wszystkich płaszczyznach życia. Macierzyństwo, małżeństwo, dom - wszystko to daje spełnienie, ale chcemy się spełniać także w innych dziedzinach. Podział obowiązków w domu nie jest niczym dziwnym, jest czymś naturalnym (chociaż moja babcia uważa, że za takiego męża, który zajmie się zlewem pełnym naczyń to ja powinnam na kolanach do Częstochowy...).

Mam nadzieję, że uda mi się wychować synów w taki sposób, by traktowali kobiety po partnersku. Nosili je na rękach, ale i podłogę umyli :).

niedziela, 11 czerwca 2017

Związek na odległość - czy to ma sens?

Często słyszę słowa, że związek na odległość nie ma sensu. Znam związki, które przez odległość właśnie się rozpadły. A może już wcześniej coś w nich nie grało? Może powodem wcale nie była odległość? Może to nie była miłość?

Tak się składa, że o związku na odległość mogę opowiedzieć na podstawie własnych doświadczeń. Z mężem poznaliśmy się na wakacjach. Szybko okazało się, że mieszkamy 500km od siebie. Oczywiście na początku nie można było tego nazwać związkiem, ot taka sobie wakacyjna miłość, której kontynuacją były gorące listy i rzadkie jeszcze wtedy rozmowy telefoniczne (przez telefon stacjonarny!). Co jakiś czas on przyjeżdżał do mnie na kilka dni, albo przyjeżdżał po mnie, żeby zabrać mnie w swoje strony. W tamtym czasie byłam zbyt młoda na samodzielne podróże pociągiem przez Polskę.

Związek zaczął się na poważnie, gdy zaczęliśmy poznawać się nawzajem i przechodził przez różne etapy, jak to w miłości bywa. Nie obyło się bez jednego burzliwego rozstania (przez telefon niestety!), na szczęście krótkiego.

Na każdym kroku otoczenie w nas wątpiło.

"Jak to, masz chłopaka / dziewczynę na odległość?! E, on / ona na pewno tam kogoś ma, na pewno się z kimś umawia!". 

Oczywiście, jak na nastolatków przystało, nie siedzieliśmy całymi dniami w domu, spędzaliśmy czas ze swoimi rówieśnikami i zmieniającym się gronem znajomych. Los proponował nam inne możliwości, stawiając na naszej drodze osoby, którym prawdopodobnie dalibyśmy szansę, gdybyśmy nie znali siebie. Poprzeczka została postawiona wysoko i ciężko było jej dorównać. Tak miało być, bo jeśli wybrałabym inaczej w pewnym momencie życia, dziś mogłabym być wdową...

Był to czas rozwoju telefonii komórkowej, byliśmy więc w stałym kontakcie sms-owym i telefonicznym (kto pamięta darmowe weekendy w Orange, spędzałam je dosłownie z telefonem przy uchu), w pewnym momencie telefon wyparł niestety listy (nad czym ubolewałam!). Celebrowaliśmy wspólne chwile do granic możliwości, każde spotkanie było świętem. Pomiędzy nimi odpoczywaliśmy od siebie, ale też okropnie tęskniliśmy. 
Wraz z naszym wejściem w dorosłość i rozpoczęciem pracy, spędzanego wspólnie czasu było znacznie więcej, ale przyszedł też etap wyjazdu męża za granicę oraz zasadnicza służba wojskowa, którą wbrew pozorom wspominamy z sentymentem, bo trafiając do jednostki na Pomorzu prawie każdy weekend spędzał u mnie.

Na pewno czynnikiem, który miał duży wpływ na naszą sytuację byli nasi rodzice. Obie strony nie sprzeciwiały się naszym najazdom i wyjazdom oraz zwyczajnie nas polubiły. Ulubiony żart mojego taty z tamtych czasów to ten, że dobrze jest, gdy córka ma chłopaka na odległość, przynajmniej nie wystaje pod oknem... ;)

Żyliśmy w związku na odległość przez 5,5 roku. Po tym czasie mąż przeprowadził się do mojego miasta i zamieszkaliśmy wspólnie - całkiem sami, bo tak się akurat złożyło, że mieliśmy do dyspozycji mieszkanie mojej babci, na całe sześć miesięcy.

Początki we wspólnej codzienności były trudne, żeby nie powiedzieć bardziej dosadnie. On myślał, że zawsze będzie miał wszystko podstawione pod nos, ja myślałam, że zawsze będę miała te motylki w brzuchu, oboje zaś myśleliśmy, że będzie tak jak wcześniej. Jednak codzienność to zupełnie inna bajka, inne obowiązki i problemy. Powiedziałam wtedy, że albo się dotrzemy, albo się rozejdziemy.
Cóż, po roku mąż mi się oświadczył, po kolejnym wzięliśmy ślub.

Przetrwaliśmy i zbudowaliśmy wspólne życie, założyliśmy rodzinę, mamy dwójkę wspaniałych synów.

Czy po drodze nie zdarzały nam się wątpliwości? Oczywiście, że się zdarzały. Wiem jednak, że przetrwaliśmy z jednego prostego powodu. 

Jest nim miłość. 

Więc jeśli jesteś w takim związku lub zastanawiasz się, czy jest sens w takim związku być - zdaj się na los. Jeśli to miłość - przetrwacie. Jeśli nie, każde pójdzie swoją drogą.

sobota, 20 maja 2017

Jak dbać o związek po narodzinach dzieci

Nawet u par, które zazwyczaj się nie kłócą, przychodzi taki moment, gdy zaczyna się w związku krwawa jatka i walka o przetrwanie.

Ten moment to narodziny dziecka.

W dotychczasowym poukładanym życiu pojawia się ktoś trzeci. Ktoś mały, a jakże wielki :). Kobiety po porodzie walczą z huśtawką nastrojów, zahaczając czasem o baby blues lub nawet depresję poporodową. Zazwyczaj jednak radzą sobie z przystosowaniem do nowej roli całkiem dobrze (chociaż wydaje im się inaczej!), bo tak je stworzyła natura. Moim skromnym zdaniem zaś permanentnego baby blues'a mają... mężczyźni! A przynajmniej mój mężczyzna takowego wielkiego po pierwszym dziecku i mniejszego po drugim baby blues'a miał. Zazwyczaj zgodni, nagle zaczęliśmy się kłócić o byle co, długo i namiętnie :). Trwało to przez jakiś czas, po narodzinach drugiego dziecka też zdecydowanie krócej, ale nauczyło nas to jednego.

O związek trzeba dbać.

Gdy pojawiają się dzieci, nie ma czasu na flirt i chemię. Jest cała masa nowych obowiązków, stresów, nerwów ('czemu on nie śpi tyle godzin - na pewno coś mu jest', łamane przez 'czemu on śpi już tyle godzin - na pewno coś mu jest'), wieczne niewyspanie, jedzenie w biegu i na zimno, a także kompletny brak czasu dla siebie. O ile wcześniej wszystko układało się samo, teraz trzeba naprawdę zacząć dbać o siebie nawzajem.

Co pomaga w utrzymaniu pozytywnych relacji w małżeństwie?

1. Mąż obecny przy porodzie

Będę to zawsze powtarzać. To wsparcie, które procentuje przez lata. O tym, do czego może przydać się mężczyzna przy porodzie pisałam w tym artykule.

2. Wyjście we dwójkę

Na kolację, do kina, do teatru, a najlepiej tu i tu. Wyjście tylko we dwoje, jak często się da - u nas udaje się w co drugi piątek. Kładziemy dzieci spać, zostaje z nimi babcia, a my wychodzimy.

3. Wolny wieczór 

Nic tak dobrze nie wpływa na psychikę rodziców, jak świadomość, że w końcu fajrant, w końcu dzieci poszły spać... Nasze dzieci śpią już o 19 w najlepszych momentach, co daje nam całe 5 godzin 'wolnego' do północy, o której to zazwyczaj chodzimy spać. Pięć godzin! Bajka ;). Czasem, gdy zdarzy się, że później skądś wrócimy lub mamy gości, chłopcy idą spać najpóźniej o 21 i wtedy już nie jest tak różowo, dlatego ściśle trzymamy się wieczornego rytuału.

4. Wieczory filmowe

To coś, co nas łączy - uwielbiamy razem oglądać filmy i robić sobie maratony serialowe. 

5. Wspólne pasje

Jesteśmy z Tomkiem parą przeciwieństw, lubimy inne rzeczy. Ja najbardziej relaksuję się czytając, on majsterkując przy samochodzie. Jednak mamy punkty styczne, które co jakiś czas się zmieniają. Obecnie jest to nauka angielskiego z aplikacją Duolingo, bieganie, chudnięcie ;). Motywujemy się nawzajem, wspieramy, a także rywalizujemy, co daje nam niezłego kopa do działania.

6. Podział obowiązków 

W naszym domu panuje równy podział obowiązków - mąż nie pomaga w domu - on zajmuje się domem, w którym mieszka, w taki sam sposób jak ja. Poza gotowaniem (to robię głównie ja), resztą po prostu się wymieniamy. Tak samo jest z opieką nad dziećmi - Tomek zajmuje się nimi tak samo jak ja (pisałam o tym tu). Wiem, że są pary, w których on ma za zadanie jedynie iść do pracy i z niej wrócić, po czym ma wolne, a ona ma na głowie cały dom, dzieci, zakupy itp. U nas tak nie jest, dzielimy się wszystkim w zależności od potrzeby.

7. Rozmowy

To jest najważniejsze - trzeba ze sobą rozmawiać. Co dzień opowiadamy sobie nawzajem, co wydarzyło się u drugiego, dzielimy radościami i troskami. 

Jesteśmy dla siebie najlepszymi przyjaciółmi, bawią nas i wkurzają te same rzeczy. Doceniamy swoje zalety, tolerujemy swoje wady (powiedzmy...). Stoimy po tej samej stronie barykady i trzymamy sztamę. Tylko działając w komitywie jesteśmy w stanie ogarnąć naszych nad wyraz energicznych potomków i nie zwariować :).

Wspólnie tworzymy naszą domową bajkę. Ciągle zdziwieni, jak z pary szalonych nastolatków staliśmy się statecznym małżeństwem z dwójką dzieci i kredytem. Jesteśmy rodzicami, ale jesteśmy także małżeństwem, kobietą i mężczyzną. Rodzina jest dla nas wszystkim, ale wszystkim jesteśmy także my dwoje - dla siebie nawzajem i nie chcemy o tym zapominać.

Aby dobrze funkcjonować jako rodzina, musimy dobrze funkcjonować jako para. 

I o to dbamy każdego dnia.










niedziela, 5 lutego 2017

O tym, jak nie doceniałam mojego męża

Nasz laptop sporo w życiu przeszedł. Sam w sobie działa bardzo dobrze, nie jest zaśmiecony, nie zawiesza się itp. Jednak nie raz został zrzucony ze stolika przez Adriana, tysiąckrotnie był zamykany i otwierany w czasach, gdy Adi uczył się związków przyczynowo - skutkowych. Od dobrego roku zaś nie łączyła wtyczka od ładowania i żeby go naładować, trzeba było kręcić tą wtyczką delikatnie na wszystkie strony, a jak załapała, podłożyć pod nią pilota od telewizora lub cokolwiek innego, co ją unieruchomi. I nie ruszać laptopem przez 2 - 3 godziny ładowania ;). Popytałam w kilku miejscach o koszt naprawy - wszędzie fachowcy wyceniali ją na około 500zł, dodając, że nie wiadomo, czy to się da naprawić.

Zaczęłam już godzić się z koniecznością zakupu nowego laptopa, ale wiadomo, są smartfony, jest tablet, no nie paliło się. 

Aż do wczoraj. Laptop się rozładował i nie dało się już podłączyć go do ładowania, gniazdo ładowania zaczęło latać i wtyczka już nie łączyła... Pomyśleliśmy z mężem, że to koniec. Trzeba w trybie pilnym jechać po nowego laptopa. Ale - jak to zwykle w takich przypadkach bywa, nie skopiowałam ważnych rzeczy na dysk zewnętrzny! Zdjęcia, moje teksty, praca! 

Tomek powiedział: "Spróbuję go naprawić". Pomyślałam: "To koniec! Wszystko przepadnie". Naznosił śrubokrętów, wiertarkę, klej poxipol... i zaczęło się rozkręcanie, lutowanie, przyklejanie, przekładanie śrubek z innego starego laptopa, służącego za dawcę części. Naprawdę pogodziłam się z tym, że już nie odzyskam zawartości komputera. Owszem, mąż potrafi naprawić to czy tamto, ale za kompa to się nigdy nie brał...

Dwie godziny później poskładał laptopa do kupy. Gniazdo zamontowane, całość złożona, podłącza wtyczkę i... jest ładowanie!. Nawet nie zostały żadne śrubki :). Nie mogłam w to uwierzyć.  Laptop jak nowy.

I tak oto mój mąż został bohaterem w swoim domu. 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...