Wakacje dobiegają końca. Lipiec był wspaniały i zleciał migiem. Sierpień nieco dał nam w kość. Starszak zwyczajnie zaczął się nudzić, a ja nie mogę mu organizować każdej chwili - jest jeszcze Młodszy. Wakacje to też czas luzu, mniej regularny plan dnia, całe dnie na dworze, późniejsze chodzenie spać.
I lody, lody, lody :). Niestety im więcej luzu, tym trudniej później egzekwować u dziecka cokolwiek. Przedszkolak ogólnie jest grzeczny, jednak książkowo przechodzi wszystkie bunty. Obecny, czterolatka, objawia się niczym tsunami - niezbyt często na szczęście, ale znienacka i ciężko go powstrzymać. Czasami syn nie chce zjeść obiadu, tylko dlatego, że coś mu się wizualnie nie podoba, bo jest w nie takiej formie, jak zazwyczaj, pomimo że wszystkie składniki jadł i lubi. Czasami nie chce myć głowy i żadne tłumaczenia nie pomagają. Nie chce sprzątać swoich zabawek, które zawalają cały pokój. Nie współpracuje, gdy musimy gdzieś iść 'na godzinę', czego efektem jest spóźnianie się. I niestety, ostatnimi czasy żąda słodkiego. Pradziadkowie, dziadkowie, tata, ciocia - każdy coś mu przynosi. Staram się ograniczać, ale wiadomo. W naszym domu nie ma słodyczy, bo ja ich po prostu nie kupuję. Jeśli są, to dlatego, że ktoś je przyniósł.
Niedawno też przeszedł samego siebie - wylał do wanny wszystkie płyny, jakie stały na półce: szampon, żel pod prysznic, emulsję natłuszczającą brata, żel do higieny intymnej, płyn do kąpieli... Zrobił to, pomimo że dzień wcześniej miał karę za wylanie jednego płynu.
Testujemy zatem kary na bajki, zabieranie zabawek, zakaz słodyczy za niezjedzony obiad itp. Trafił nam się uparty egzemplarz i sami uczymy się, jak z nim postępować.
Niestety, otoczenie nie pomaga. Z jednej strony, krytykuje się rodziców, których dzieci kładą się na podłodze w markecie i żądają zabawki. Padają teksty o bezstresowym wychowaniu, że powinno się dać takiemu klapsa, to by się nauczył. Z drugiej strony, gdy chcę, żeby syn stosował się do ustalonych przez nas zasad, niejednokrotnie słyszę: "daj mu spokój, to dziecko" - gdy chcę, żeby zachowywał się spokojnie w miejscu publicznym, "babcia ci kupi", gdy ja tego zabraniam, jednym słowem 'pozwól mu robić co chce', bo to taki wiek, taki etap, bo wyrośnie z tego, bo musisz przeczekać. Przeczekać? Co przeczekać, dzieciństwo? A ja myślałam, że muszę syna wychować, a nie przeczekać...
Idziemy w odwiedziny do cioci, syn jest tam po raz pierwszy. Ciocia stawia na stole miseczkę z ciastkami i lizakami. Syn zjadł jednego, sięga po drugiego. Są malutkie, ciocia mówi 'no daj mu', wyjątkowo pozwalam, ale zaznaczam, że to ostatni. Zjada i sięga po trzeciego. Nie pozwalam, odsuwam miseczkę. Syn zaczyna robić aferę z płaczem i rzucaniem się. Proszę ciocię o zabranie miski. Zabiera, ale słyszę, że przecież raz na jakiś czas może. Tylko, że jest to niejednokrotnie raz od cioci, raz od babci, raz od dziadka, a to ja decyduję, ile słodyczy może zjeść.
Proszę rodziców, żeby nie kupowali wnuczkowi narazie żadnych zabawek, bo w wakacje dość już dostał i w zasadzie co chwila dostaje coś nowego, a ociąga się w sprzątaniu ich i odkładaniu na półkę, czego efektem jest wiecznie 'zawalona' podłoga. Tymczasem - przy najbliższej okazji dziadek wręcza mu nowy tramwaj.
Jadę do centrum handlowego z synek i moją mamą. Po drodze tłumaczę dziecku, że wchodzimy tylko do dwóch sklepów, w konkretnym celu i nie kupujemy nic innego. Syn potakuje. Tymczasem moja mama kupuje mu loda, drugiego w tym dniu. Później dziecko nie chce zjeść kolacji.
Wszyscy inni są z moim na chwilę i wydaje się im się, że mają prawo go rozpieszczać. Tylko nie powinni robić tego w sposób, który odbije się na nim negatywnie. Jeśli my - rodzice, mówimy jedno, a dziadkowie mówią drugie, dziecko dostaje sprzeczne komunikaty. Idąc do sklepu godzi się tylko pooglądać, w sklepie zaś robi aferę, bo on chce coś dostać, bo przecież ostatnio dostał. Dziecko musi znać granice, bo świat nie jest placem zabaw, na którym wszystko wolno. Dorastając w pełnej swobodzie dziecko narażone będzie na szok w zderzeniu z rzeczywistością pełną zasad, nakazów i ograniczeń.
Bardzo nie podoba mi się duch materializmu, w jakim niestety zaczyna dorastać moje dziecko. Zabawki są dla niego najważniejsze na świecie. Bawi się nimi bez ustanku, co oczywiście nie jest złe, ale też wychodzi z domu z jakąś zabawką w ręku i codziennie z inną śpi. Odkąd testujemy zabieranie jakiejś zabawki za karę, syn przywiązuje się do nich jeszcze bardziej. Ostatnio, podczas czytania mu bajki na dobranoc usłyszałam "Mama, przesuń się trochę, żebym widział moje zabawki...". To otworzyło mi oczy - nie tego chciałam. Jak nauczyć dziecko, że ważne jest 'być', a nie 'mieć'? Że liczą się w życiu inne wartości? Jak ma zrozumieć, że coś jest wyjątkowe, skoro za chwilę dostaje kolejną rzecz? 90% zabawek, które ma moje dziecko to prezenty od rodziny. Od nas są te na urodziny i święta, bez okazji kupujemy właściwie tylko książeczki. Ja pamiętam większość moich zabawek z dzieciństwa. Czy jest szansa, że jakąkolwiek ze swoich syn będzie wspominał z sentymentem, mając ich tak wiele? Jak rozbudzić w nim kreatywność w wymyślaniu zabaw, skoro z każdej strony zasypywany jest rzeczami, które świecą, grają i tańczą? Małe dziecko od pierwszych dni narażone jest na tak ogromną ilość bodźców, że nic dziwnego, iż później w zerówce czy pierwszej klasie ciężko jest mu usiedzieć w ławce na lekcji.
Rozmawiałam z mamą na temat tego, że przecież nam (mi i bratu) nie kupowali takiej ilości zabawek, jakie kupują wnukowi. Mama na to, że kiedyś tego wszystkiego nie było. Zgadzam się, ale jednak były sklepy z zabawkami, tylko oni kupowali nam je w rozsądnych ilościach, nie widząc powodu, byśmy mieli mieć ich więcej. Ba, ja nie uważałam, że mi czegoś brakuje, doceniałam to, co miałam. Mój przedszkolak natomiast ciągle mówi, czego to mu jeszcze brakuje, a dziadkowie marzenia wnuczka spełniają. Kilka razy w miesiącu. Dlaczego uważają, że wnuczek musi mieć więcej? Czy brak poczucia odpowiedzialności za wychowanie go (tym zajmują się przecież rodzice) wzmaga potrzebę rozpieszczania? Dlaczego nie potrafią realnie spojrzeć na to, że postępując wbrew zasadom, które dziecko już zna i do których się stosuje łatwo mogą go 'zepsuć'? I przecież, chcąc nie chcąc, w tym momencie też go wychowują, też uczą - pokazują mu, że może się do zasad nie stosować.
Parafrazując popularną ostatnio reklamę jakiegoś banku - moje dziecko, moje zasady. Czas więc chyba zacząć 'wychowywać' otoczenie, aby nie przeszkadzało nam być takimi rodzicami, jakimi chcemy być.
